Jeśli słuchać Eryka Mistewicza –
felietonisty „Uważam Rze” - najlepszą techniką kreowania
wizerunku jest marketing narracyjny. W dobie szybkiego przepływu
informacji tym, co przyciąga uwagę konsumenta i wyborcy jest pewna
opowieść, historia, która w odpowiedni sposób przekazana potrafi
przynieść ogromne zyski. Czymże byłby Starbucks bez łatki
wysublimowanej kawiarni będącej miejscem spotkań bohemy? Czy Nike
osiągnąłby taki sukces bez kampanii reklamowych odwołujących się
do odważnych i ryzykujących sportowców? Raczej nie.
Każde rozgrywki sportowe mają swoje
historie, co sezon opowiadane na nowo. Tym, co wyróżnia ligę
angielską spośród innych, jest ich obfitość, złożoność, co
składa się na ten indywidualny charakter, dający jej status
najlepszej ligi na świecie. Choć czysty sport brudzą tutaj
pieniądze, czuć tę charakterystyczną dla Anglii tradycję piłki
nożnej. Stare stadiony urzekają bliskością trybun, piękną
zielenią boisk i atmosferą, którą wciąż trudno zabić. O
fenomenie Premier League decydują te małe, piękne rzeczy zespolone
ze sobą czymś trudno definiowalnym, niemalże metafizycznym. Z tego
wyrastają te piękne historie: George Best, Crazy Gang, Paul
Gascoigne, sir Alex Ferguson. Każdy może dorzucić swoje trzy
grosze do wspólnej opowieści – tu panuje czysty kapitalizm. Swój
angielski sen zaczęli spełniać imigranci z Walii - Swansea City na
czele z charyzmatycznym trenerem Brendanem Rodgersem teraz menedżerem
Liverpoolu.
Na co więc należy zwrócić uwagę w
tym sezonie? Co będzie tym elan vital, które popchnie do przodu
historię Premier League? Oto mój subiektywny zbiór narracji sezonu
2012/2013.
**********
Co wymyśli sir Alex Ferguson?
Szkocki menedżer dobrze wie, że
zdobycie mistrzostwa będzie nad wyraz trudne, poprzeczka zawieszona
jest bardzo wysoko. Ci „głośni sąsiedzi” są wystarczająco
silni, by obronić tytuł. Gol Aguero mógł stać się momentem, w
którym piłkarze City zaczęli tworzyć Drużynę, podobnie jak
strzał Andresa Iniesty na Stamford Bridge trzy lata temu był
początkiem ery dominacji Barcelony w europejskim futbolu. The
Citizens mają stabilny skład, trenera zahartowanego, który zdołał
poukładać drużynę po spadku formy, radząc sobie jednocześnie z
kaprysami gwiazd. Najbardziej krnąbrny był Carlos Tevez, który
teraz wrócił do drużyny odchudzony, z odnalezioną ambicją. Tak,
pokonanie City należy do zadań z gatunku najtrudniejszych.
Dlatego też Ferguson wzmocnił
ofensywę, która w poprzednim sezonie zbytnio zależała od Wayne'a
Rooneya. Do tego mistrzostwo przegrane zostało dzięki różnicy
bramek. To, iloma golami mecz zostanie wygrany, nie będzie bez
znaczenia. Dlatego też Kagawa i van Persie mają pomóc Rooneyowi w
niszczeniu obrony rywala, dają też większe pole manewru w zakresie
rozwiązań taktycznych. United powinni więc kroczyć od zwycięstwa
do zwycięstwa, stosując nieustanną rotację w ustawieniu drużyny.
Wyzwaniem będzie przede wszystkim
wygrywanie spotkań, gdy drużyna będzie miała słabszy dzień, gdy
jest prowadzenie, ale przeciwnik ciągle nie jest na kolanach. Do
dziś piłkarzom United śni się remis 4:4 z Evertonem, który
odwrócił sytuację na szczycie tabeli. Od tego momentu, to City
rozdawało karty w grze o mistrzostwo i rzutem na taśmę zgarnęło
całą stawkę.
Każdy mecz dla Czerwonych Diabłów
będzie swoistym finałem, w którym na dodatek dobrym pomysłem
byłoby wygrać wysoko. The Citizens na chwilę obecną są lekko z
przodu – to oni są mistrzami, ale w trakcie sezonu sytuacja może
często ulegać zmianie. Kto nie potrafi utrzymać kroku – skazany
jest na porażkę. Dla wszystkich związanych z obydwoma klubami to
będą bardzo wymagające ze wszystkich stron miesiące. Kibice zaś
mogą tylko zacierać ręce, szykuje się pasjonująca walka o
mistrzostwo.
Czy Chelsea pogodzi faworytów? Czy
di Matteo przetrwa? Czy Fernando Torres udźwignie presję?
Znaków zapytania
wokół The Blues kręci się wiele. Patrząc na to, jakie transfery
wykonano w tym okienku, Chelsea jest jednym z kandydatów do tytułu.
Do klubu przyszli Hazard, Marin i Oscar. Dobrzy technicznie,
uniwersalni zawodnicy – wszystko wydaje się być na swoim miejscu.
Wiele zależy jednak od trenera, który pomimo zdobycia Ligi Mistrzów
musi udowodnić, że jest po prostu dobrym trenerem, potrafiącym
zaszczepić u swoich piłkarzy ofensywny, otwarty futbol. Z takimi
piłkarzami po prostu nie da się inaczej grać. Poprzedni trener –
Andre Villas-Boas, chciał zrobić to od początku swojej pracy na
Stamford Bridge, ale spotkał się z oporem najbardziej wpływowych
zawodników, przyzwyczajonych do futbolu bardziej siłowego, opartego
na grze z kontry. Pogodzenie tego wszystkiego przy sapiącym zza
pleców właścicielu może okazać się bardzo trudnym zadaniem dla
Roberto di Matteo, ale ten na pewno nie zamierza składać broni,
choć Chelsea w meczach przedsezonowych nie zachwycała, irytując
kibiców kurczowym trzymaniem się defensywnego stylu gry.
Di Matteo musi
też odpędzić demony związane z osobą Pepa Guardioli. Nie od dziś
wiadomo, że Abramowicz zagiął parol na Katalończyka i zrobi
wszystko, by ten został trenerem The Blues. I w momencie gdy
Guardiola zdecyduje się na powrót na ławkę trenerską, menedżer
Chelsea będzie musiał zwolnić tę na Stamford Bridge. Możliwe, że
niezależnie od wyników. Taka perspektywa może nie nastrajać
optymistycznie do pracy, ale podobnie było z kwestią tymczasowego
objęcia stanowiska. Może ta tymczasowość będzie służyć di
Matteo?
Na
kluczową postać tegorocznej kampanii wyrósł Fernando Torres. Król
strzelców Mistrzostw Europy po odejściu Didera Drogby w końcu może
pokazać pełnię swoich możliwości. Przez poprzednie sezony,
ciągle czegoś Hiszpanowi brakowało, dało się wyczuć, że coś
go blokuje. Swoją grą dawał do zrozumienia, że czuje się w
cieniu silnego
napastnika z Wybrzeża Kości Słoniowej. El Nino pracujący w
obrębie pola karnego rywala, ze wsparciem Maty, Hazarda i Oscara -
to plan na ten sezon. Biorąc pod uwagę umiejętności
poszczególnych zawodników, przynoszący sporo dogodnych okazji do
strzelenia mnóstwa bramek. Mecz o Tarczę Dobroczynności wskazuje,
że powoli zaczyna wszystko się zazębiać i Torres stanie się
poważnym kandydatem do tytułu króla strzelców tym razem
angielskiej Premier League. Teraz wszystko w nogach Hiszpana, bo ma
wielu osobom coś do udowodnienia, a może zrobić to tylko
strzelając bramki w hurtowych ilościach.
Czy
Sroki udowodnią, że poprzedni sezon nie był jednorazowym
wyskokiem?
Wielu
było zaskoczonych tym, że Newcastle United przez cały zeszły
sezon walczyli o miejsce w pierwszej czwórce. Pomimo tego, że będą
reprezentować Anglię tylko w europejskich rozgrywkach pocieszenia –
Lidze Europejskiej i tak trzeba uznać wyczyn zespołu Alana Pardew
za spory sukces. Skazywani na tułanie się w środku tabeli rzucili
wyzwanie największym klubom. Tym razem rywale podchodzić będą do
nich z większym respektem, o wiele trudniej będą przychodzić
zwycięstwa, a co więcej - trzeba będzie grać co trzy dni i nie
jest wcale pewne, że młody skład wytrzyma trudy całego sezonu.
Powtórzyć
wynik z poprzedniego sezonu będzie niesamowicie trudno, Pardew musi
stosować rotację w składzie, żeby uniknąć tego, co dosięgnęło
w ostatniej fazie sezonu Athletic Bilbao. Piłkarze grający w bardzo
wymagającym systemie Marcelo Bielsy byli tak zmęczeni, że niemalże
bez walki oddali mecze w finale krajowego pucharu i Ligi
Europejskiej. Na szczęście Newcastle zatrzymało swoje największe
gwiazdy – Cabaye'a, Tiote i Cisse, co zapewniło Pardew stabilność
w składzie. Wcześniejsze sukcesy na rynku transferowym teraz
powodują, że kluby, do których Sroki zwracają się z ofertą
kupna zawodnika wiedzą, że mają do czynienia ze świetnym
scoutingiem. A to podbija stawkę, a włodarze Newcastle należą do
tych, którzy są dość powściągliwi w wydawaniu pieniędzy. Nie
udało się kupić Luuka de Jonga, który wybrał Borussię
Monchengladbach. Przeciąga się sprawa kupna Mathieu Debuchy'ego i
powrotu Andy'ego Carrolla, a dopiero teraz udało się wyciągnąć z
Ajaxu Vurnona Anitę. Nad rzekę Tyne przybyli zawodnicy, którzy
zwiększają głębię składu: Gael Bigirimana z Coventry, awizowany
jako nowy Mickael Essien, Australijczyk Curtis Good i Romain
Amalfitano z Reims. Jeżeli nie uda się pozyskać piłkarzy, o
których zabiega Alan Pardew, Sroki mogą stać się ofiarą własnego
sukcesu i w obliczu olbrzymiej ilości spotkań spadną w
przeciętność.
Czy
beniaminkowie pozostaną w lidze?
W
poprzednim sezonie, po raz pierwszy od bardzo dawna, wszystkie nowe
zespoły pozostały na następne rozgrywki w najwyższej klasie.
Swansea i Norwich osiągnęły sukces grając jednocześnie
widowiskową piłkę, a QPR udało się utrzymać na „słowo
honoru”. Tym razem jednak trudno będzie powtórzyć wspólny
wyczyn zeszłosezonowych beniaminków.
West
Ham, jeden z bardziej szanowanych, angielskich klubów, ma jednak
spore szanse na pozostanie w lidze. Choć fani ofensywnego,
technicznego stylu gry nie będą zachwyceni, West Ham ma sporo
atutów, by w Premier League pozostać. Bardzo prawdopodobne
przenosiny na stadion olimpijski, niezłe transfery – to może
pomóc West Hamowi w walce o utrzymanie się w lidze. Wiele zależy
od atmosfery towarzyszącej drużynie, kibice często wyrażali
dezaprobatę wobec ekstremalnie wyspiarskiego stylu grania i zagrań,
przez które piłka nieustannie szybuje ponad głowami zawodników.
Jeżeli West Ham dobrze wejdzie w sezon, a piłkarze się rozluźnią
– środek tabeli może okazać się miejscem, w którym zakotwiczy
klub z Boleyn Ground.
Gra
w Premier League może być za dużym wyzwaniem dla Reading.
Przeprowadzona w maju transakcja kupna klubu przez rosyjskiego
oligarchę dała zastrzyk gotówki, spożytkowanej głównie na
transfery. Sprzed nosa Fulham sprzątnięto Pawła Pogrebniaka, do
tego doszli Adrian Mariappa, Danny Guthrie i Garath McCleary. Brian
McDermott – menedżer Reading – przy budowaniu drużyny stawia na
wzmacnianie ducha zespołu i poczucie wspólnoty. Ten cel najlepiej
mogą spełnić zawodnicy głodni sukcesu, często młodzi, dlatego
pokonanie Reading będzie bardzo trudnym zadaniem. Z tej mieszanki
może wyjść skład na utrzymanie, ale będzie to bardzo ciężka
batalia.
Southampton
zaś w piorunującym stylu w przeciągu dwóch lat awansowało
kolejno do Championship i do Premier League. Menedżer Świętych
Nigel Adkins zapowiedział, że jego celem nie będzie tylko
pozostanie w lidze, ale przede wszystkim budowanie pozycji w Premier
League, by w niedługim czasie grać o miejsca w pierwszej połówce
tabeli. Może to świadczyć o porywaniu się z motyką na słońce,
ale z tych słów bije duża pewność siebie i można się
spodziewać, że Southampton będzie grać piłkę w myśl pewnej
filozofii, a nie tylko przebijać futbolówkę na połowę rywala i
liczyć na cud. Pomóc w tym mają Gaston Ramirez – skrzydłowy
ściągnięty z Bolonii – oraz Jay Rodriguez, były zawodnik
Burnley. Adkins wydaje duże pieniądze, ale niekoniecznie może to
przynieść zamierzony cel. Walka będzie toczyć się do samego
końca i to raczej o utrzymanie, a nie o środek tabeli.
Czy
Wigan znowu zostanie w Premier League?
Rokrocznie
drużyna Roberto Martineza typowana jest do spadku z Ekstraklasy. I
co roku udaje im się zostać, głównie dzięki myśli taktycznej
swojego trenera, który niezależnie od wyników stara się grać
miłą dla oka piłkę, która może się podobać nawet najbardziej
wymagającym estetom. W zeszłym sezonie wydawało się, że w końcu
to Wigan spadnie, że w ostatnich meczach sezonu nie uda im się
zdobyć wymaganej liczby punktów. Martinez zaryzykował, postawił
na obronę złożoną z trójki zawodników i to ryzyko się
opłaciło, wygrał siedem z ostatnich dziewięciu spotkań. Nic
dziwnego, że to właśnie do niego zwrócił się Liverpool z
propozycją objęcia stanowiska pierwszego trenera. Dlaczego się nie
dogadano, trudno powiedzieć.
Tak
jak gol Aguero był kamieniem węgielnym pod budowę wielkiej
drużyny, tak końcówka poprzedniego sezonu może być fundamentem,
na którym Roberto Martinez zbuduje drużynę walczącą nie tylko o
pozostanie w lidze, ale również o wyższe miejsca. Warto ściskać
kciuki za Hiszpana, który zasłużył na prowadzenie drużyny
walczącej o najwyższe cele. Może się do tego przybliżyć udanie
przeprowadzając drużynę przez zawieruchę sezonu 2012/2013. O
ładny futbol nie trzeba się martwić.
Jak
poradzą sobie nowi trenerzy?
Aston
Villa, Liverpool, Norwich, Swansea, Tottenham i West Bromwich to
kluby, które zdecydowały się przed sezon na zatrudnienie nowych
menedżerów, którzy mieliby sprawić, by ich drużyny zaczęły
prezentować futbol wykorzystujący maksimum ze składu personalnego.
Na
Villa Park trafił Paul Lambert, wcześniej trener Norwich City, z
misją zbudowanej drużyny grającej atrakcyjną piłkę. Działacze
i kibice byli sfrustrowani grą pod wodzą Alexa McLeisha, nie
obfitującą w bramki, a co więcej – nie było to równoważone
przez wyniki. Lambert dał się poznać jako menedżer ustawiający
swoje drużyny ofensywnie, przez co mecze Norwich City w zeszłym
sezonie często były istną kanonadą. W Aston Villi szkocki
menedżer znajdzie zawodników reprezentujących dobry poziom
piłkarski, którzy mając swobodę atakowania mogą wznieść się
na wyżyny swoich umiejętności. A kibice na pewno będą
zadowoleni.
Za
Lamberta na ławce Norwich City pojawił się Chris Hughton. W
przeciwnieństwie do poprzednika, Hughton stawia na solidność i
organizację gry w obronie, licząc na indywidualne umiejętności
zawodników z przodu. Dzięki ciężkiej pracy plan pozostania w
lidze powinien się udać, w klubie pozostał Grant Holt, do tego
doszli Michael Turner i Wes Hoolahan. Jeżeli obrona będzie w
istocie dobrze zorganizowana, Norwich City z batalii o pozostanie w
lidze powinno wyjść zwycięsko.
Jednym
z ciekawszych zmian na stanowisku szkoleniowca w Premier League było
zatrudnienie Brendana Rodgersa w Liverpoolu. Charyzmatyczny menedżer,
autor sukcesu Swansea z zeszłego sezonu, ma za zadanie nadrobić
stracony czas w czerwonej części miasta Beatlesów. The Reds mają
grać piłkę nowoczesną, ofensywną, opartą na nieustannej
wymianie podań. W rewolucji Rodgersa mają pomóc jego dwaj
podopieczni z wcześniejszych czasów – Fabio Borini oraz Joe
Allen. Kibice Liverpoolu muszą jednak uzbroić się w cierpliwość,
początek sezonu jest wybitnie ciężki, a zrozumienie nowej
filozofii może trochę zająć.
Pierwszy
przeciwnik Liverpoolu w tym sezonie to drużyna West Bromwich Albion
z nowym trenerem – Stevem Clarkiem. 50-latek zapracował na swoją
reputację ciężką pracą w roli asystenta w Chelsea i przy Anfield
Road. Choć może to dziwić – pierwszy raz widzimy go jako
samodzielnego szkoleniowca. Po Royu Hodgsonie odziedziczył zespół
doskonale rozumiejący grę w obronie, do tego z wieloma ciekawymi
zawodnikami. Clarke'owi powinno udać się zbudować drużynę na
miarę pozostania w lidze, jeżeli będzie miał silną pozycję w
szatni. To zupełnie inna praca niż stanowisko asystenta.
Na
koniec trener, o którym na tym blogu pisałem dość często.
Portugalczyk Andre Villas-Boas ma w tym sezonie poprowadzić
Tottenham Hotspur. Pomimo problemów poprzednim sezonie, gdy popadł
w konflikt ze starszymi graczami w Chelsea Londyn, dostał olbrzymi
kredyt zaufania u derbowych rywali The Blues. Villas-Boas w
przedsezonowych rozgrywkach grał najczęściej ustawieniem 4-2-3-1,
co wskazuje na dość duży szacunek wobec spuścizny Harry'ego
Redknappa. Coś, czego brakowało u poprzedniego pracodawcy. Jego
filozofia futbolu – ofensywny styl gry, połączony z wysoką linią
obrony i nieustannym pressingiem – może trafić na podatny grunt
na White Hart Lane. Ma do dyspozycji młodszych, szybszych
zawodników, którzy lepiej zrozumieją jego wizję. Brakować na
pewno będzie Luki Modricia, myślami będącego jednak w Realu
Madryt.
Jeżeli
uda się natomiast sfinalizować transfery Joao Moutinho i Leandro
Damiao, Tottenham może być drużyną przygotowaną do walki co
najmniej o pierwszą czwórkę tabeli.
O
co będzie walczyć Arsenal?
Do
klubu z Emirates Stadium zawitali Santi Cazorla, Olivier Giroud i
Lukas Podolski. Arsene Wenger wzmocnił ofensywę – będzie łatwiej
o kreowanie sytuacji. Wszystko byłoby pięknie, można by nawet
stwierdzić, że Kanonierzy będą bić się nawet o mistrzostwo,
gdyby nie sprawa Robina van Persiego. Sprawa, która ciągnęła się
przez całe okienko transferowe i dopiero na chwilę przed
rozpoczęciem rozgrywek znalazła swój finał. Arsenal po raz
kolejny musiał pożegnać się z gwiazdą swojego zespołu, co
więcej – kapitanem. Do Barcelony udał się natomiast Alex Song.
Po raz kolejny Wenger jest zmuszony na nowo ustawiać zespół, choć
tym razem nie musi na ostatnią chwilę szukać zastępców.
Zgranie
się wszystkich zawodników na pewno będzie musiało potrwać - przy
ofensywnym stylu preferowanym przez Wengera rozbrajanie obrony rywala
wymaga zrozumienia pomiędzy zawodnikami. Nie mam jednak wątpliwości,
że rozwiązanie tego problemu to kwestia czasu.
Czy
jednak Arsenal to ekipa na mistrzostwo? Ważny tutaj jest kontekst.
United i City to drużyny, które na swoich rywali mogą patrzeć z
góry, co daje dość dużą pewność siebie, a rywalom często
plącze nogi. To przeciwnicy muszą się do nich przystosować, a nie
oni do nich. Przez to rzadziej zdarzają im się wpadki, utrzymują
wysoką formę przez cały sezon. Arsenal ma problemy z wygrywaniem
wtedy, kiedy nie wszystko idzie po jego myśli. Brakuje ten
mistrzowskiej mentalności. Dlatego Arsenal po raz kolejny musi
celować w miejsca 3-4, o które bić się będzie z Tottenhamem,
Chelsea i Newcastle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz