poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Zapowiedź nowego sezonu Premier League


 Jeśli słuchać Eryka Mistewicza – felietonisty „Uważam Rze” - najlepszą techniką kreowania wizerunku jest marketing narracyjny. W dobie szybkiego przepływu informacji tym, co przyciąga uwagę konsumenta i wyborcy jest pewna opowieść, historia, która w odpowiedni sposób przekazana potrafi przynieść ogromne zyski. Czymże byłby Starbucks bez łatki wysublimowanej kawiarni będącej miejscem spotkań bohemy? Czy Nike osiągnąłby taki sukces bez kampanii reklamowych odwołujących się do odważnych i ryzykujących sportowców? Raczej nie.

Każde rozgrywki sportowe mają swoje historie, co sezon opowiadane na nowo. Tym, co wyróżnia ligę angielską spośród innych, jest ich obfitość, złożoność, co składa się na ten indywidualny charakter, dający jej status najlepszej ligi na świecie. Choć czysty sport brudzą tutaj pieniądze, czuć tę charakterystyczną dla Anglii tradycję piłki nożnej. Stare stadiony urzekają bliskością trybun, piękną zielenią boisk i atmosferą, którą wciąż trudno zabić. O fenomenie Premier League decydują te małe, piękne rzeczy zespolone ze sobą czymś trudno definiowalnym, niemalże metafizycznym. Z tego wyrastają te piękne historie: George Best, Crazy Gang, Paul Gascoigne, sir Alex Ferguson. Każdy może dorzucić swoje trzy grosze do wspólnej opowieści – tu panuje czysty kapitalizm. Swój angielski sen zaczęli spełniać imigranci z Walii - Swansea City na czele z charyzmatycznym trenerem Brendanem Rodgersem teraz menedżerem Liverpoolu.

Na co więc należy zwrócić uwagę w tym sezonie? Co będzie tym elan vital, które popchnie do przodu historię Premier League? Oto mój subiektywny zbiór narracji sezonu 2012/2013.

**********

Co wymyśli sir Alex Ferguson?

Szkocki menedżer dobrze wie, że zdobycie mistrzostwa będzie nad wyraz trudne, poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko. Ci „głośni sąsiedzi” są wystarczająco silni, by obronić tytuł. Gol Aguero mógł stać się momentem, w którym piłkarze City zaczęli tworzyć Drużynę, podobnie jak strzał Andresa Iniesty na Stamford Bridge trzy lata temu był początkiem ery dominacji Barcelony w europejskim futbolu. The Citizens mają stabilny skład, trenera zahartowanego, który zdołał poukładać drużynę po spadku formy, radząc sobie jednocześnie z kaprysami gwiazd. Najbardziej krnąbrny był Carlos Tevez, który teraz wrócił do drużyny odchudzony, z odnalezioną ambicją. Tak, pokonanie City należy do zadań z gatunku najtrudniejszych.

Dlatego też Ferguson wzmocnił ofensywę, która w poprzednim sezonie zbytnio zależała od Wayne'a Rooneya. Do tego mistrzostwo przegrane zostało dzięki różnicy bramek. To, iloma golami mecz zostanie wygrany, nie będzie bez znaczenia. Dlatego też Kagawa i van Persie mają pomóc Rooneyowi w niszczeniu obrony rywala, dają też większe pole manewru w zakresie rozwiązań taktycznych. United powinni więc kroczyć od zwycięstwa do zwycięstwa, stosując nieustanną rotację w ustawieniu drużyny.

Wyzwaniem będzie przede wszystkim wygrywanie spotkań, gdy drużyna będzie miała słabszy dzień, gdy jest prowadzenie, ale przeciwnik ciągle nie jest na kolanach. Do dziś piłkarzom United śni się remis 4:4 z Evertonem, który odwrócił sytuację na szczycie tabeli. Od tego momentu, to City rozdawało karty w grze o mistrzostwo i rzutem na taśmę zgarnęło całą stawkę.

Każdy mecz dla Czerwonych Diabłów będzie swoistym finałem, w którym na dodatek dobrym pomysłem byłoby wygrać wysoko. The Citizens na chwilę obecną są lekko z przodu – to oni są mistrzami, ale w trakcie sezonu sytuacja może często ulegać zmianie. Kto nie potrafi utrzymać kroku – skazany jest na porażkę. Dla wszystkich związanych z obydwoma klubami to będą bardzo wymagające ze wszystkich stron miesiące. Kibice zaś mogą tylko zacierać ręce, szykuje się pasjonująca walka o mistrzostwo.

Czy Chelsea pogodzi faworytów? Czy di Matteo przetrwa? Czy Fernando Torres udźwignie presję?

Znaków zapytania wokół The Blues kręci się wiele. Patrząc na to, jakie transfery wykonano w tym okienku, Chelsea jest jednym z kandydatów do tytułu. Do klubu przyszli Hazard, Marin i Oscar. Dobrzy technicznie, uniwersalni zawodnicy – wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Wiele zależy jednak od trenera, który pomimo zdobycia Ligi Mistrzów musi udowodnić, że jest po prostu dobrym trenerem, potrafiącym zaszczepić u swoich piłkarzy ofensywny, otwarty futbol. Z takimi piłkarzami po prostu nie da się inaczej grać. Poprzedni trener – Andre Villas-Boas, chciał zrobić to od początku swojej pracy na Stamford Bridge, ale spotkał się z oporem najbardziej wpływowych zawodników, przyzwyczajonych do futbolu bardziej siłowego, opartego na grze z kontry. Pogodzenie tego wszystkiego przy sapiącym zza pleców właścicielu może okazać się bardzo trudnym zadaniem dla Roberto di Matteo, ale ten na pewno nie zamierza składać broni, choć Chelsea w meczach przedsezonowych nie zachwycała, irytując kibiców kurczowym trzymaniem się defensywnego stylu gry.

Di Matteo musi też odpędzić demony związane z osobą Pepa Guardioli. Nie od dziś wiadomo, że Abramowicz zagiął parol na Katalończyka i zrobi wszystko, by ten został trenerem The Blues. I w momencie gdy Guardiola zdecyduje się na powrót na ławkę trenerską, menedżer Chelsea będzie musiał zwolnić tę na Stamford Bridge. Możliwe, że niezależnie od wyników. Taka perspektywa może nie nastrajać optymistycznie do pracy, ale podobnie było z kwestią tymczasowego objęcia stanowiska. Może ta tymczasowość będzie służyć di Matteo?

Na kluczową postać tegorocznej kampanii wyrósł Fernando Torres. Król strzelców Mistrzostw Europy po odejściu Didera Drogby w końcu może pokazać pełnię swoich możliwości. Przez poprzednie sezony, ciągle czegoś Hiszpanowi brakowało, dało się wyczuć, że coś go blokuje. Swoją grą dawał do zrozumienia, że czuje się w cieniu silnego napastnika z Wybrzeża Kości Słoniowej. El Nino pracujący w obrębie pola karnego rywala, ze wsparciem Maty, Hazarda i Oscara - to plan na ten sezon. Biorąc pod uwagę umiejętności poszczególnych zawodników, przynoszący sporo dogodnych okazji do strzelenia mnóstwa bramek. Mecz o Tarczę Dobroczynności wskazuje, że powoli zaczyna wszystko się zazębiać i Torres stanie się poważnym kandydatem do tytułu króla strzelców tym razem angielskiej Premier League. Teraz wszystko w nogach Hiszpana, bo ma wielu osobom coś do udowodnienia, a może zrobić to tylko strzelając bramki w hurtowych ilościach.


Czy Sroki udowodnią, że poprzedni sezon nie był jednorazowym wyskokiem?

Wielu było zaskoczonych tym, że Newcastle United przez cały zeszły sezon walczyli o miejsce w pierwszej czwórce. Pomimo tego, że będą reprezentować Anglię tylko w europejskich rozgrywkach pocieszenia – Lidze Europejskiej i tak trzeba uznać wyczyn zespołu Alana Pardew za spory sukces. Skazywani na tułanie się w środku tabeli rzucili wyzwanie największym klubom. Tym razem rywale podchodzić będą do nich z większym respektem, o wiele trudniej będą przychodzić zwycięstwa, a co więcej - trzeba będzie grać co trzy dni i nie jest wcale pewne, że młody skład wytrzyma trudy całego sezonu.

Powtórzyć wynik z poprzedniego sezonu będzie niesamowicie trudno, Pardew musi stosować rotację w składzie, żeby uniknąć tego, co dosięgnęło w ostatniej fazie sezonu Athletic Bilbao. Piłkarze grający w bardzo wymagającym systemie Marcelo Bielsy byli tak zmęczeni, że niemalże bez walki oddali mecze w finale krajowego pucharu i Ligi Europejskiej. Na szczęście Newcastle zatrzymało swoje największe gwiazdy – Cabaye'a, Tiote i Cisse, co zapewniło Pardew stabilność w składzie. Wcześniejsze sukcesy na rynku transferowym teraz powodują, że kluby, do których Sroki zwracają się z ofertą kupna zawodnika wiedzą, że mają do czynienia ze świetnym scoutingiem. A to podbija stawkę, a włodarze Newcastle należą do tych, którzy są dość powściągliwi w wydawaniu pieniędzy. Nie udało się kupić Luuka de Jonga, który wybrał Borussię Monchengladbach. Przeciąga się sprawa kupna Mathieu Debuchy'ego i powrotu Andy'ego Carrolla, a dopiero teraz udało się wyciągnąć z Ajaxu Vurnona Anitę. Nad rzekę Tyne przybyli zawodnicy, którzy zwiększają głębię składu: Gael Bigirimana z Coventry, awizowany jako nowy Mickael Essien, Australijczyk Curtis Good i Romain Amalfitano z Reims. Jeżeli nie uda się pozyskać piłkarzy, o których zabiega Alan Pardew, Sroki mogą stać się ofiarą własnego sukcesu i w obliczu olbrzymiej ilości spotkań spadną w przeciętność.

Czy beniaminkowie pozostaną w lidze?

W poprzednim sezonie, po raz pierwszy od bardzo dawna, wszystkie nowe zespoły pozostały na następne rozgrywki w najwyższej klasie. Swansea i Norwich osiągnęły sukces grając jednocześnie widowiskową piłkę, a QPR udało się utrzymać na „słowo honoru”. Tym razem jednak trudno będzie powtórzyć wspólny wyczyn zeszłosezonowych beniaminków.

West Ham, jeden z bardziej szanowanych, angielskich klubów, ma jednak spore szanse na pozostanie w lidze. Choć fani ofensywnego, technicznego stylu gry nie będą zachwyceni, West Ham ma sporo atutów, by w Premier League pozostać. Bardzo prawdopodobne przenosiny na stadion olimpijski, niezłe transfery – to może pomóc West Hamowi w walce o utrzymanie się w lidze. Wiele zależy od atmosfery towarzyszącej drużynie, kibice często wyrażali dezaprobatę wobec ekstremalnie wyspiarskiego stylu grania i zagrań, przez które piłka nieustannie szybuje ponad głowami zawodników. Jeżeli West Ham dobrze wejdzie w sezon, a piłkarze się rozluźnią – środek tabeli może okazać się miejscem, w którym zakotwiczy klub z Boleyn Ground.

Gra w Premier League może być za dużym wyzwaniem dla Reading. Przeprowadzona w maju transakcja kupna klubu przez rosyjskiego oligarchę dała zastrzyk gotówki, spożytkowanej głównie na transfery. Sprzed nosa Fulham sprzątnięto Pawła Pogrebniaka, do tego doszli Adrian Mariappa, Danny Guthrie i Garath McCleary. Brian McDermott – menedżer Reading – przy budowaniu drużyny stawia na wzmacnianie ducha zespołu i poczucie wspólnoty. Ten cel najlepiej mogą spełnić zawodnicy głodni sukcesu, często młodzi, dlatego pokonanie Reading będzie bardzo trudnym zadaniem. Z tej mieszanki może wyjść skład na utrzymanie, ale będzie to bardzo ciężka batalia.

Southampton zaś w piorunującym stylu w przeciągu dwóch lat awansowało kolejno do Championship i do Premier League. Menedżer Świętych Nigel Adkins zapowiedział, że jego celem nie będzie tylko pozostanie w lidze, ale przede wszystkim budowanie pozycji w Premier League, by w niedługim czasie grać o miejsca w pierwszej połówce tabeli. Może to świadczyć o porywaniu się z motyką na słońce, ale z tych słów bije duża pewność siebie i można się spodziewać, że Southampton będzie grać piłkę w myśl pewnej filozofii, a nie tylko przebijać futbolówkę na połowę rywala i liczyć na cud. Pomóc w tym mają Gaston Ramirez – skrzydłowy ściągnięty z Bolonii – oraz Jay Rodriguez, były zawodnik Burnley. Adkins wydaje duże pieniądze, ale niekoniecznie może to przynieść zamierzony cel. Walka będzie toczyć się do samego końca i to raczej o utrzymanie, a nie o środek tabeli.

Czy Wigan znowu zostanie w Premier League?

Rokrocznie drużyna Roberto Martineza typowana jest do spadku z Ekstraklasy. I co roku udaje im się zostać, głównie dzięki myśli taktycznej swojego trenera, który niezależnie od wyników stara się grać miłą dla oka piłkę, która może się podobać nawet najbardziej wymagającym estetom. W zeszłym sezonie wydawało się, że w końcu to Wigan spadnie, że w ostatnich meczach sezonu nie uda im się zdobyć wymaganej liczby punktów. Martinez zaryzykował, postawił na obronę złożoną z trójki zawodników i to ryzyko się opłaciło, wygrał siedem z ostatnich dziewięciu spotkań. Nic dziwnego, że to właśnie do niego zwrócił się Liverpool z propozycją objęcia stanowiska pierwszego trenera. Dlaczego się nie dogadano, trudno powiedzieć.

Tak jak gol Aguero był kamieniem węgielnym pod budowę wielkiej drużyny, tak końcówka poprzedniego sezonu może być fundamentem, na którym Roberto Martinez zbuduje drużynę walczącą nie tylko o pozostanie w lidze, ale również o wyższe miejsca. Warto ściskać kciuki za Hiszpana, który zasłużył na prowadzenie drużyny walczącej o najwyższe cele. Może się do tego przybliżyć udanie przeprowadzając drużynę przez zawieruchę sezonu 2012/2013. O ładny futbol nie trzeba się martwić.

Jak poradzą sobie nowi trenerzy?

Aston Villa, Liverpool, Norwich, Swansea, Tottenham i West Bromwich to kluby, które zdecydowały się przed sezon na zatrudnienie nowych menedżerów, którzy mieliby sprawić, by ich drużyny zaczęły prezentować futbol wykorzystujący maksimum ze składu personalnego.

Na Villa Park trafił Paul Lambert, wcześniej trener Norwich City, z misją zbudowanej drużyny grającej atrakcyjną piłkę. Działacze i kibice byli sfrustrowani grą pod wodzą Alexa McLeisha, nie obfitującą w bramki, a co więcej – nie było to równoważone przez wyniki. Lambert dał się poznać jako menedżer ustawiający swoje drużyny ofensywnie, przez co mecze Norwich City w zeszłym sezonie często były istną kanonadą. W Aston Villi szkocki menedżer znajdzie zawodników reprezentujących dobry poziom piłkarski, którzy mając swobodę atakowania mogą wznieść się na wyżyny swoich umiejętności. A kibice na pewno będą zadowoleni.

Za Lamberta na ławce Norwich City pojawił się Chris Hughton. W przeciwnieństwie do poprzednika, Hughton stawia na solidność i organizację gry w obronie, licząc na indywidualne umiejętności zawodników z przodu. Dzięki ciężkiej pracy plan pozostania w lidze powinien się udać, w klubie pozostał Grant Holt, do tego doszli Michael Turner i Wes Hoolahan. Jeżeli obrona będzie w istocie dobrze zorganizowana, Norwich City z batalii o pozostanie w lidze powinno wyjść zwycięsko.

Jednym z ciekawszych zmian na stanowisku szkoleniowca w Premier League było zatrudnienie Brendana Rodgersa w Liverpoolu. Charyzmatyczny menedżer, autor sukcesu Swansea z zeszłego sezonu, ma za zadanie nadrobić stracony czas w czerwonej części miasta Beatlesów. The Reds mają grać piłkę nowoczesną, ofensywną, opartą na nieustannej wymianie podań. W rewolucji Rodgersa mają pomóc jego dwaj podopieczni z wcześniejszych czasów – Fabio Borini oraz Joe Allen. Kibice Liverpoolu muszą jednak uzbroić się w cierpliwość, początek sezonu jest wybitnie ciężki, a zrozumienie nowej filozofii może trochę zająć.

Pierwszy przeciwnik Liverpoolu w tym sezonie to drużyna West Bromwich Albion z nowym trenerem – Stevem Clarkiem. 50-latek zapracował na swoją reputację ciężką pracą w roli asystenta w Chelsea i przy Anfield Road. Choć może to dziwić – pierwszy raz widzimy go jako samodzielnego szkoleniowca. Po Royu Hodgsonie odziedziczył zespół doskonale rozumiejący grę w obronie, do tego z wieloma ciekawymi zawodnikami. Clarke'owi powinno udać się zbudować drużynę na miarę pozostania w lidze, jeżeli będzie miał silną pozycję w szatni. To zupełnie inna praca niż stanowisko asystenta.

Na koniec trener, o którym na tym blogu pisałem dość często. Portugalczyk Andre Villas-Boas ma w tym sezonie poprowadzić Tottenham Hotspur. Pomimo problemów poprzednim sezonie, gdy popadł w konflikt ze starszymi graczami w Chelsea Londyn, dostał olbrzymi kredyt zaufania u derbowych rywali The Blues. Villas-Boas w przedsezonowych rozgrywkach grał najczęściej ustawieniem 4-2-3-1, co wskazuje na dość duży szacunek wobec spuścizny Harry'ego Redknappa. Coś, czego brakowało u poprzedniego pracodawcy. Jego filozofia futbolu – ofensywny styl gry, połączony z wysoką linią obrony i nieustannym pressingiem – może trafić na podatny grunt na White Hart Lane. Ma do dyspozycji młodszych, szybszych zawodników, którzy lepiej zrozumieją jego wizję. Brakować na pewno będzie Luki Modricia, myślami będącego jednak w Realu Madryt.
Jeżeli uda się natomiast sfinalizować transfery Joao Moutinho i Leandro Damiao, Tottenham może być drużyną przygotowaną do walki co najmniej o pierwszą czwórkę tabeli.


O co będzie walczyć Arsenal?

Do klubu z Emirates Stadium zawitali Santi Cazorla, Olivier Giroud i Lukas Podolski. Arsene Wenger wzmocnił ofensywę – będzie łatwiej o kreowanie sytuacji. Wszystko byłoby pięknie, można by nawet stwierdzić, że Kanonierzy będą bić się nawet o mistrzostwo, gdyby nie sprawa Robina van Persiego. Sprawa, która ciągnęła się przez całe okienko transferowe i dopiero na chwilę przed rozpoczęciem rozgrywek znalazła swój finał. Arsenal po raz kolejny musiał pożegnać się z gwiazdą swojego zespołu, co więcej – kapitanem. Do Barcelony udał się natomiast Alex Song. Po raz kolejny Wenger jest zmuszony na nowo ustawiać zespół, choć tym razem nie musi na ostatnią chwilę szukać zastępców.

Zgranie się wszystkich zawodników na pewno będzie musiało potrwać - przy ofensywnym stylu preferowanym przez Wengera rozbrajanie obrony rywala wymaga zrozumienia pomiędzy zawodnikami. Nie mam jednak wątpliwości, że rozwiązanie tego problemu to kwestia czasu.

Czy jednak Arsenal to ekipa na mistrzostwo? Ważny tutaj jest kontekst. United i City to drużyny, które na swoich rywali mogą patrzeć z góry, co daje dość dużą pewność siebie, a rywalom często plącze nogi. To przeciwnicy muszą się do nich przystosować, a nie oni do nich. Przez to rzadziej zdarzają im się wpadki, utrzymują wysoką formę przez cały sezon. Arsenal ma problemy z wygrywaniem wtedy, kiedy nie wszystko idzie po jego myśli. Brakuje ten mistrzowskiej mentalności. Dlatego Arsenal po raz kolejny musi celować w miejsca 3-4, o które bić się będzie z Tottenhamem, Chelsea i Newcastle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz