Chelsea w środowy wieczór pokonała
na własnym stadionie Reading 4:2. Choć wynik nikogo nie zaskoczył,
to przebieg meczu pokazał, że nawet mając w składzie absolutny
prima sort zawodników, można się niemiłosiernie męczyć do
ostatnich minut o wydarcie zwycięstwa. Choć nie o było się bez
kontrowersji, zwycięstwo Chelsea było absolutnie zasłużone, a
postawa Edena Hazarda zasługuje na najwyższe uznanie.
Zaczęło się zgodnie z
przewidywaniami. The Blues budowali swoje akcje wymieniając mnóstwo
podań, spychając The Royals do pola karnego. Totalna dominacja
zaowocowała bramką Lamparda z rzutu karnego. Eden Hazard przebojem
wdarł się w pole karne Reading, podłożył się pod nogę obrońcy
i wywalczył dla swojej drużyny jedenastkę, którą zamienił na
gola angielski pomocnik.
Od tego momentu gra mistrzów Europy
zaczęła się... sypać. Tak jakby przeświadczeni o swojej
wyższości piłkarze The Blues odpuścili czując, że mecz sam się
wygra. Pierwsze zaskoczenie przyszło chwilę po bramce dającej
prowadzenie. Krótkie rozegranie z klepki na prawym skrzydle dało
Garathowi McCleary'emu dużo czasu na dośrodkowanie w pole
karne, które uderzeniem z główki w okienko bramki Petra Cecha
zamienił na bramkę Paweł Pogrebniak. Chelsea nie zdążyła
się jeszcze otrząsnąć po wyrównującym golu, kiedy to do
wykonania rzutu wolnego przygotowywał się Danny Guthrie. Ten
posłał silnym strzałem piłkę w okolice pola bramkowego. Wydawało
się, że czeski bramkarz bez problemu zatrzyma futbolówkę, jednak
źle obliczył tor jej lotu i ustawił się tak, że ta odbiła się
od niego i zatrzepotała w siatce.
Choć The Blues wydawali się
oszołomieni, dalej grali swoje, wymieniając dużo podań, starając
się znaleźć lukę w obronie Reading. Dobrze zaprezentował się
szczególnie Eden Hazard, który nie bał się brać ciężaru gry na
siebie, udanie dryblował i szukał lepiej ustawionych partnerów.
Pomagał mu w tym szczególnie Juan Mata, który często
schodził pomiędzy linie, chciał uczestniczyć w ataku pozycyjnym
już od samej formacji obronnej. Hiszpańsko-belgijski duet może być
wielkim atutem Chelsea w tym sezonie. Po przerwie na boisku pojawił
się również Daniel Sturridge, który dynamicznymi rajdami starał
się rozmontować obronę rywala. Wyrównanie przyszło jednak za
sprawą obrońcy. Gary Cahill włączył się do ataku i
wykorzystując wolną przestrzeń, uderzył mocno na bramkę
Federiciego, który przyłączył się do akcji zainicjowanej przez
Petra Cecha i postanowił pomóc piłce znaleźć się w bramce.
Podobny pomysł przyświecał asystentowi sędziego Lee Masona. Nie
zauważył on oczywistego spalonego przy bramce Fernando Torresa na
3:2, co mogło wypaczyć wynik całego spotkania. - „Nie był to
dobry wieczór asystenta sędziego i przez to nie jest to miły
wieczór dla mnie. Sędzia popełnił błąd” - powiedział trener
Reading Brian McDermott dodając później, że jego drużyna
nie zasłużyła na porażkę. Warto jednak oddać cesarzowi co
cesarskie – cała akcja doprawdy mogła się podobać, piłka szła
jak po sznurku, na jeden, dwa kontakty.
Bez tej bramki nie byłoby ostatniego
gola dla Chelsea. Piłkarze Reading rzucili się do ataku i w
doliczonym czasie gry wykonywali rzut rożny. Do pola karnego udał
się nawet Frederici, zostawiając pustą bramkę. Piłkarzom Chelsea
udało się przejąć piłkę, ta trafiła do niezawodnego Edena
Hazarda, który w pełnym biegu udał się w stronę szesnastki
rywala, gdzie podał do Branislava Ivanovica, który pewnym strzałem
do niestrzeżonej bramki ustalił wynik spotkania. Tym samym Hazard
powiększył swój dorobek asyst do trzech kończących podań.
Chelsea wygrała to spotkanie
zasłużenie, a momentami prezentowała naprawdę świetny futbol. Po
zejściu Ramiresa i Mikela na boisku znajdowali się Oscar, Hazard,
Mata, Sturridge i Torres, a za ich plecami operował Lampard. Z
tyloma świetnymi zawodnikami z przodu, Chelsea grała szybki,
ofensywny futbol – marzenie Romana Abramowicza. Rosyjski właściciel
często wspominał, że jego celem jest taka właśnie gra The Blues.
Są jednak pewne problemy. Częste
wypady Ashleya Cole'a do przodu powodowały, że mało ruchliwa
obrona Chelsea miała problemy z utrzymaniem odpowiedniej organizacji
gry. Lepszy przeciwnik może skuteczniej wykorzystać te problemy, co
stawia pod znakiem zapytania kwestię wysokiego miejsca w tabeli
drużyny ze Stamford Bridge w dalszej perspektywie.
Roberto di Matteo jest świadomy tych
zagrożeń, dlatego jest dość powściągliwy w zapowiedziach
ofensywnego stylu gry. - „Zawsze mówiłem, że najistotniejsze
jest zachowanie wszelkich proporcji. Wszyscy chcą oglądać otwarty,
atakujący futbol – to świetnie – ale żeby wygrywać, potrzeba
odpowiedniego balansu i tego będziemy szukać”. Trener Chelsea
będzie iść na kompromisy w przeciwieństwie do swojego
poprzednika, który za wszelką cenę próbował zaszczepić drużynie
wysoką linię obrony i agresywny pressing. Można się spodziewać,
że w tym sezonie The Blues będą przeplatać mecze, w których będą
stroną dominującą z tymi, w których ich taktyką będzie próba
gry z kontry, może w stylu reprezentacji Rosji z meczu z Czechami,
gdzie Sborna absorbowała ataki naszych południowych sąsiadów i
używała dużej kreatywności Szirokowa, Arszawina i Dżagojewa do
wyprowadzania szybkich, płynnych kontrataków. Jest to w pewnym
sensie myślenie życzeniowe, ale nie da się ukryć, że di Matteo
chce udowodnić wszystkim, że potrafi zbudować drużynę grającą
tak, że ręce same składają się oklasków.
W ten weekend na Stamford Bridge
przyjeżdża Newcastle United i można się spodziewać, że żadna
ze stron nie będzie chciała zawieść kibiców, co zwiastuje dość
otwarty mecz ze sporą ilością goli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz