czwartek, 23 sierpnia 2012

Chelsea in Eden


 Chelsea w środowy wieczór pokonała na własnym stadionie Reading 4:2. Choć wynik nikogo nie zaskoczył, to przebieg meczu pokazał, że nawet mając w składzie absolutny prima sort zawodników, można się niemiłosiernie męczyć do ostatnich minut o wydarcie zwycięstwa. Choć nie o było się bez kontrowersji, zwycięstwo Chelsea było absolutnie zasłużone, a postawa Edena Hazarda zasługuje na najwyższe uznanie.

Zaczęło się zgodnie z przewidywaniami. The Blues budowali swoje akcje wymieniając mnóstwo podań, spychając The Royals do pola karnego. Totalna dominacja zaowocowała bramką Lamparda z rzutu karnego. Eden Hazard przebojem wdarł się w pole karne Reading, podłożył się pod nogę obrońcy i wywalczył dla swojej drużyny jedenastkę, którą zamienił na gola angielski pomocnik.

Od tego momentu gra mistrzów Europy zaczęła się... sypać. Tak jakby przeświadczeni o swojej wyższości piłkarze The Blues odpuścili czując, że mecz sam się wygra. Pierwsze zaskoczenie przyszło chwilę po bramce dającej prowadzenie. Krótkie rozegranie z klepki na prawym skrzydle dało Garathowi McCleary'emu dużo czasu na dośrodkowanie w pole karne, które uderzeniem z główki w okienko bramki Petra Cecha zamienił na bramkę Paweł Pogrebniak. Chelsea nie zdążyła się jeszcze otrząsnąć po wyrównującym golu, kiedy to do wykonania rzutu wolnego przygotowywał się Danny Guthrie. Ten posłał silnym strzałem piłkę w okolice pola bramkowego. Wydawało się, że czeski bramkarz bez problemu zatrzyma futbolówkę, jednak źle obliczył tor jej lotu i ustawił się tak, że ta odbiła się od niego i zatrzepotała w siatce.

Choć The Blues wydawali się oszołomieni, dalej grali swoje, wymieniając dużo podań, starając się znaleźć lukę w obronie Reading. Dobrze zaprezentował się szczególnie Eden Hazard, który nie bał się brać ciężaru gry na siebie, udanie dryblował i szukał lepiej ustawionych partnerów. Pomagał mu w tym szczególnie Juan Mata, który często schodził pomiędzy linie, chciał uczestniczyć w ataku pozycyjnym już od samej formacji obronnej. Hiszpańsko-belgijski duet może być wielkim atutem Chelsea w tym sezonie. Po przerwie na boisku pojawił się również Daniel Sturridge, który dynamicznymi rajdami starał się rozmontować obronę rywala. Wyrównanie przyszło jednak za sprawą obrońcy. Gary Cahill włączył się do ataku i wykorzystując wolną przestrzeń, uderzył mocno na bramkę Federiciego, który przyłączył się do akcji zainicjowanej przez Petra Cecha i postanowił pomóc piłce znaleźć się w bramce. Podobny pomysł przyświecał asystentowi sędziego Lee Masona. Nie zauważył on oczywistego spalonego przy bramce Fernando Torresa na 3:2, co mogło wypaczyć wynik całego spotkania. - „Nie był to dobry wieczór asystenta sędziego i przez to nie jest to miły wieczór dla mnie. Sędzia popełnił błąd” - powiedział trener Reading Brian McDermott dodając później, że jego drużyna nie zasłużyła na porażkę. Warto jednak oddać cesarzowi co cesarskie – cała akcja doprawdy mogła się podobać, piłka szła jak po sznurku, na jeden, dwa kontakty.

Bez tej bramki nie byłoby ostatniego gola dla Chelsea. Piłkarze Reading rzucili się do ataku i w doliczonym czasie gry wykonywali rzut rożny. Do pola karnego udał się nawet Frederici, zostawiając pustą bramkę. Piłkarzom Chelsea udało się przejąć piłkę, ta trafiła do niezawodnego Edena Hazarda, który w pełnym biegu udał się w stronę szesnastki rywala, gdzie podał do Branislava Ivanovica, który pewnym strzałem do niestrzeżonej bramki ustalił wynik spotkania. Tym samym Hazard powiększył swój dorobek asyst do trzech kończących podań.

Chelsea wygrała to spotkanie zasłużenie, a momentami prezentowała naprawdę świetny futbol. Po zejściu Ramiresa i Mikela na boisku znajdowali się Oscar, Hazard, Mata, Sturridge i Torres, a za ich plecami operował Lampard. Z tyloma świetnymi zawodnikami z przodu, Chelsea grała szybki, ofensywny futbol – marzenie Romana Abramowicza. Rosyjski właściciel często wspominał, że jego celem jest taka właśnie gra The Blues.
Są jednak pewne problemy. Częste wypady Ashleya Cole'a do przodu powodowały, że mało ruchliwa obrona Chelsea miała problemy z utrzymaniem odpowiedniej organizacji gry. Lepszy przeciwnik może skuteczniej wykorzystać te problemy, co stawia pod znakiem zapytania kwestię wysokiego miejsca w tabeli drużyny ze Stamford Bridge w dalszej perspektywie.

Roberto di Matteo jest świadomy tych zagrożeń, dlatego jest dość powściągliwy w zapowiedziach ofensywnego stylu gry. - „Zawsze mówiłem, że najistotniejsze jest zachowanie wszelkich proporcji. Wszyscy chcą oglądać otwarty, atakujący futbol – to świetnie – ale żeby wygrywać, potrzeba odpowiedniego balansu i tego będziemy szukać”. Trener Chelsea będzie iść na kompromisy w przeciwieństwie do swojego poprzednika, który za wszelką cenę próbował zaszczepić drużynie wysoką linię obrony i agresywny pressing. Można się spodziewać, że w tym sezonie The Blues będą przeplatać mecze, w których będą stroną dominującą z tymi, w których ich taktyką będzie próba gry z kontry, może w stylu reprezentacji Rosji z meczu z Czechami, gdzie Sborna absorbowała ataki naszych południowych sąsiadów i używała dużej kreatywności Szirokowa, Arszawina i Dżagojewa do wyprowadzania szybkich, płynnych kontrataków. Jest to w pewnym sensie myślenie życzeniowe, ale nie da się ukryć, że di Matteo chce udowodnić wszystkim, że potrafi zbudować drużynę grającą tak, że ręce same składają się oklasków.

W ten weekend na Stamford Bridge przyjeżdża Newcastle United i można się spodziewać, że żadna ze stron nie będzie chciała zawieść kibiców, co zwiastuje dość otwarty mecz ze sporą ilością goli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz