wtorek, 17 lipca 2012

17.07.2012




Z racji tego, że tekst wrzucony będzie w środku nocy, a możliwe, że w ciągu dnia coś się stanie, to data jest wczorajsza. Trochę się działo w świecie piłkarskim, a jednocześnie zamuliłem, no i dopiero teraz coś wrzucam. Mam nadzieję, że się to nie powtórzy już.


W sklepiku PSG można już kupić koszulki z nazwiskiem Thiago Silvy, a nadruki „Ibrahimović” są w zasadzie gotowe. Wieczorem pojawiła się informacja, że Szwed w Paryżu zarabiać będzie 13 mln euro rocznie. Ciekawe, czy netto. W każdym razie jeżeli Hollande'owi uda się przeforsować pomysł z 70 procentowym podatkiem od zarobków dla najbogatszych, to ktoś będzie rwał włosy i będzie to albo Zlatan, albo księgowy klubu z Parc de Princes.

Kontrakt podpisał też Marco Verratti (wcześniej Pescara) i już może przygotowywać się do ciężkiego sezonu w Ligue 1. Podopieczni Carlo Ancelottiego rozegrali już dwa sparingi. Najpierw pokonali Stegersbach 9:0, a następnie zremisowali z CSKA Moskwa 2:2. Całkiem niezłe wrażenie zrobił Ezequiel Lavezzi, kilka jego akcji mogło się podobać. Choć przy nim nie ma ani Hamsika, ani Cavaniego, to jak sam stwierdził po meczu – dobrze grało mu się z kolegami z nowej drużyny. Fani Chels City PSG mogą tylko się cieszyć.

Z pogłosek transferowych: mówi się, że PSG zamierza wykupić z Newcastle United napastnika Dembę Ba, wykorzystując klauzulę w kontrakcie. Jak wiadomo, napastników nigdy dość. Manchester City coś o tym wie.


Klub z St James's Park chce się dobrze przygotować na odejście swojego asa i chce ściągnąć do siebie Andy'ego Carrolla z Liverpoolu. Na Anfield Road trafił właśnie z Newcastle i to za 35 mln funtów, więc raczej zarobić na nim się nie uda. W mieście Beatlesów nie chcą słyszeć o wypożyczeniu, bo na razie tylko taki charakter przybierają oferty byłego klubu Anglika; wolą Carrolla po prostu sprzedać. Choć Brendan Rodgers chwalił napastnika, jak zresztą wszystko związane z Liverpoolem, to i tak nie ma dla niego miejsca w koncepcji gry trenera. Irlandczyk woli zawodników lepszych technicznie, którzy szybciej zrozumieją założenia tiki-taki i w nich się odnajdą. Carroll jest po prostu jednowymiarowy. Jego mocną stroną są – owszem – strzały głową, ale żeby mógł oddać taki strzał, potrzebne jest dobre dośrodkowanie, które zależy od tak wielu czynników, że - jak zauważył autor "Soccernomics" Simon Kuper - jest najzwyczajniej w świecie nieefektywne.

Pierwszy transfer Rodgers ma już za sobą, bo do klubu trafił Fabio Borini. Przerwał nawet urlop, żeby pojechać z nową drużyną na obóz przygotowawczy do USA. O Włochu jako o potencjalnym celu Liverpoolu wspominałem już wcześniej.

A propos Rodgersa, to tak na boku – jego były klub Swansea zamierza wykupić z Rayo Vallecano za 2 miliony euro pomocnika Michu. Biorąc pod uwagę kwotę odstępnego byłby to całkiem niezły transfer – w końcu Hiszpan strzelił 15 bramek w poprzednim sezonie La Liga. Wcześniej do walijskiego klubu trafili De Guzman z Villarreal oraz Chico z Majorki. Michael Laudrup z takim składem może z powodzeniem kontynuować pracę Sousy, Martineza i Rodgersa.



Bardzo bliski przejścia do Chelsea jest wspominany wcześniej w kontekście Tottenhamu brazylijski rozgrywający Oscar. Miałby kosztować 25 milionów funtów, co jak na nieobytego z europejską piłką zawodnika to dość dużo. Na pewno to jednak spory talent, pytanie tylko jak szybko uda się Brazylijczykowi go pokazać.

W całej sprawie jest też szerszy kontekst. Teraz trener Chelsea – Roberto di Matteo będzie miał spory ból głowy jak ustawić Edena Hazarda, Juana Matę, Oscara, Lamparda, Ramiresa. Każdy będzie chciał grać, a przecież właściciel musi być zadowolony. Taka drużyna ma nie tylko wygrywać, ale robić to we wspaniałym stylu, tego wymaga właściciel. Włoski menedżer jednak pewnie wie, że tak czy siak w następnym sezonie drużynę może poprowadzić Pep Guardiola, wszak nowe nabytki The Blues to piłkarze doskonale pasujący do filozofii futbolu byłego trenera Barcelony, który teraz wypoczywa na włoskich plażach i zapomina o piłce.

Z takiego obrotu sprawy Oscara pewnie mocno niezadowolony jest Andre Villas-Boas, nowy trener Tottenhamu. Były pogłoski, że do załatwienia transferu pozostało naprawdę niewiele, jedynie detale, ale wiadomo, że czasem ktoś postanowi włożyć kij w szprychy. Rynek jest jednak bezlitosny. Kibicom Spurs warto przytoczyć stare polskie przysłowie: „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Ich klub ciągle jest w grze o Joao Moutinho z Porto (tutaj są rozbieżności pomiędzy klubami, ale z racji fiaska operacji pt. „Oscar” pewnie zwolnią się niemałe środki), który może wiele zdziałać w lidze angielskiej, patrząc na jego dokonania w trakcie Euro.



Treningi zainaugurowali też piłkarze Barcelony. Treningi treningami, na pewno piłkarzom nie można odmówić pracowitości, ale ważniejsza była konferencja prasowa z udziałem nowego trenera Dumy Katalonii – Tito Vilanovy. Nie można było uciec od pytania o kwestię meczu Superpucharu Hiszpanii z zeszłego roku i sprawy Jose Mourinho i jego palcu w oku wtedy jedynie asystenta Guardioli, a dziś pierwszego trenera Blaugrany. „Osobiście jestem już zmęczony rozmawiając o tym rok po całej sprawie (...) Mourinho przywitał się ze mną, kiedy się zobaczyliśmy na Bernabeu. Nie wydaje mi się, byśmy mieli ze sobą złe stosunki”. Dodał też, podsumowując: „Nie ma co spekulować o przyszłości. Zobaczymy jak ułoży się ten rok i jakie będą kontakty pomiędzy piłkarzami i trenerami”.

Vilanova nie był tak powściągliwy jeśli chodzi o pochwały dla swoich piłkarzy. Laurkę wystawił – a jakże – Leo Messiemu, który ma ciągle się rozwijać, a w tym rozwoju na pewno pomoże mu normalne przygotowanie się do sezonu, niezaburzone jakimikolwiek mistrzostwami lub Igrzyskami Olimpijskimi. Tito pochwalił też Davida Villę oraz Alexisa Sancheza. Ten pierwszy dobrze pracuje po przebytej kontuzji i ciężkiej rehabilitacji, natomiast Chilijczyk może mieć teraz lepszy sezon niż ten poprzedni, przeplatany lepszymi i gorszymi meczami.

Nie obyło się o pytania dotyczące zakupu środkowego obrońcy. Vilanova ciepło wypowiedział się o Basku Javim Martinezie reprezentującym barwy Athleticu Bilbao. Reprezentant Hiszpanii może występować też na pozycji defensywnego pomocnika i taka różnorodność jest jak najbardziej pożądana w klubie z Katalonii. Martinez miałby tak pasować do Barcelony, że w razie niepowodzenia klub sięgnąłby po wychowanka. Więc sprawa wygląda prosto – albo Javi, albo nikt. Tak prosto, że wypada szykować się na podobną sagę jak w przypadku Cesca Fabregasa.

PS. Fajny obrazek ;)

czwartek, 12 lipca 2012

12.07.2012




Dobrze, że dopiero teraz przystąpiłem do pisania. Wieczór obfituje w ciekawe wydarzenia, które sporo zmieniają w europejskim futbolu. Gazzetta dello Sport podaje, że właściciel AC Milan Silvio Berlusconi zgodził się na sprzedaż Thiago Silvy i Zlatana Ibrahimovica do PSG za 60 mln euro. Choć wcześniej odrzucono ofertę wartą 45 mln za tego pierwszego, to teraz były premier nie mógł się oprzeć. Zaznacza, że przez to zaoszczędzi 150 mln euro przez dwa lata.
Niewątpliwie jest to spory cios dla kibiców Milanu. Na pewno ich ukochany klub nie będzie zepchnięty do Szeolu futbolu, ale walka w europejskich pucharach będzie o wiele cięższa niż wcześniej, a odzyskanie Scudetto z rąk wzmocnionego Juventusu może graniczyć ze sporą niespodzianką, bo wszyscy wiemy, że cuda w futbolu się zdarzają.

Wolałbym jednak spojrzeć na szerszy kontekst sprawy. Serie A traci swoje największe gwiazdy i nadzieje. Do Paryża zawitał już Ezequiel Lavezzi z Napoli, na najlepszej drodze jest Marco Verratti z Pescary, a teraz duet z Mediolanu. Dziś pojawiła się też informacja, że Fabio Borini z Romy jest bardzo blisko przejścia do Liverpoolu. Już wczoraj sprawiał wrażenie nieobecnego na treningu swojej drużyny, myślami był w mieście Beatlesów.

Nie ulega wątpliwości, że Milan będzie w stanie znaleźć zastępców dla swoich gwiazd. Dżeko, Tevez – któryś z nich miałby wypełnić lukę po Ibrahimovicu. Możliwe, że strzeliliby sporo bramek dla nowego zespołu, a nawet zdobyli tytuł capocannoniere. Można jednak wyczuć, że Serie A nie jest tą samą ligą, którą była tak niedawno, a Milan nie jest tym samym klubem, który rokrocznie bił się o tytuł klubowego Mistrza Europy. Najlepsi zawodnicy odchodzą, stare stadiony nie są wypełniane przez kibiców, a rak korupcji dalej toczy włoską piłkę. Niemalże jak światło w tunelu lśni Juventus, który przeprowadził się na oszałamiającą Juventus Arenę, znacznie się wzmocnił przed sezonem, a dodatkowo głośno mówi się o przyjściu do Starej Damy Robina van Persiego. Ramię w ramię z turyńskim klubem idzie reprezentacja Włoch, która tak pięknie (poza meczem finałowym) grała na Euro.

Jednak to uczucie dekadencji wśród miłośników włoskiej piłki jest dominujące. Zadłużone kluby są zmuszone, by sprzedawać najlepszych zawodników, niemalże jak w Brazylii, czy przede wszystkim Argentynie. Nierozsądne gospodarowanie pieniędzmi, wchodzące w życie Financial Fair Play – to wszystko powoduje, że Serie A traci swoją reputację. W rankingu UEFA liga włoska straciła miejsce za angielską i hiszpańską na rzecz niemieckiej, która buduje swoją pozycję dzięki pracy z młodzieżą i nowy stadionom zbudowanym na potrzeby mundialu sprzed sześciu lat. Włosi chcieli wzmocnić prestiż swojej piłki poprzez organizację Mistrzostw Europy, ale najpierw wybrano Polskę z Ukrainą, a później Francję.

Praktyka pokazała, że nowe areny, z powierzchnią do wykorzystania komercyjnego, zdecydowanie zwiększają wpływy do budżetu poszczególnych klubów. To wskazuje, że kluby Ligue 1 mogą już zacierać ręce i przygotowywać się na piłkarski boom związany z organizacją Euro w ich kraju. Czy to oznacza, że kolejna liga prześcignie Serie A? Bardzo możliwe. Samo PSG, wsparte katarskimi petrodolarami, może sporo namieszać w europejskiej piłce. Bardzo szybko wyzbywa się odium średniaka europejskiej piłki, sięgając już teraz po prima sort piłkarzy.

Dla pokrzepienia serc miłośników calcio warto przytoczyć historię klubu Hellas Werona z początku lat 80. Mając ograniczone fundusze, trener Osvaldo Bagnoli wraz z dyrektorem sportowym Emiliano Mascettim sięgali po zawodników niechcianych w innych drużynach. Inni szukali głośnych nazwisk i stawiali na sensację, klub z miasta Romeo i Julii zaś skupił się na ściąganiu tych, którzy mieli coś do udowodnienia we włoskiej piłce. Bagnoli, by wyjaśnić, w jaki sposób buduje drużynę, używał anegdoty związanej z gotowaniem rosołu dla żony odwiedzającej go w Weronie. Jej zadaniem było tylko zakupienie sztuki mięsa, bulionu i warzyw. On zrobi resztę. Podobnie jest z drużyną. Każdy zawodnik to inny składnik, a trener musi to wszystko dobrze ugotować.*

Warto tutaj dodać, że włoscy trenerzy jak mało kto potrafią ugotować dobry rosół. Zeszły sezon obfitował w tytuły przez nich zdobyte: Premier League, Liga Mistrzów, Serie A (rzecz jasna), liga rosyjska, Puchar Anglii, Puchar Włoch. Tak wysublimowana szkoła taktyczna musi znaleźć sposób, by przeciwdziałać upadkowi włoskiej piłki. Dla dobra siebie, Włochów i całego europejskiego futbolu. Warto trzymać za to kciuki.



* - akapit napisany przy pomocy zerowego wydania magazynu „Blizzard”

środa, 11 lipca 2012

11.07.2012


 Postaram się oprócz pisania dłuższych tekstów codziennie wrzucać wieści ze świata piłki (lub innych sportów) z moim komentarzem. Zatrudnienie nowego trenera, czy jakiś ważny mecz jest sporadyczne, natomiast codziennie wydarzy się coś, co jest warte wspomnienia i choćby drobnego komentarza. W prowadzeniu bloga chodzi też o to, żeby pisać jak najczęściej, chociażby dla poprawienia warsztatu. Wiem, że i tak nikt tego nie czyta, ale jak rapował Smark: „po pierwsze satysfakcja, po setne dla kapusty/ sława to punkt 86”, więc im więcej piszę, tym przychodzi mi to łatwiej.

Zaczęły się już przygotowania do sezonu 2012/13. Piłkarze wracają do ciężkiej pracy, a trenerzy szykują scenariusze treningowe, by zawodnicy jak najlepiej grali w nadchodzących rozgrywkach.


Brendan Rodgers rozpoczął swoją pracę w Liverpoolu. Na konferencji prasowej przed wyjazdem do USA na obóz przygotowawczy chętnie odpowiadał na pytania dziennikarzy. Dużo mówił o tym, jaki spotkał go zaszczyt, że może pracować w tak wielkim klubie. Z dużym respektem podchodzi do pracy, jaką musi wykonać. Trochę za dużo słodzi i moim zdaniem jest blisko tego, by kibice i dziennikarze przestali zwracać uwagę na te słowa.
Rodgers odniósł się też do słów syna właściciela Milanu – Piersilvio Berlusconiego, który jest pod wrażeniem gry Andy'ego Carrolla i chętnie widziałby go w klubie swojego ojca. „To wspaniały zawodnik i nie dziwię się, że media wiążą go z wielkimi klubami” - powiedział nowy trener Liverpoolu. Jednak z dość dużą rezerwą wypowiadał się o tym, jaką rolę przy Anfield Road widzi dla Carrolla w swojej wizji futbolu. Mówi się o tym, że chciałby napastnika wypożyczyć a nawet sprzedać. Wysoki napastnik pasuje raczej do drużyny grającej w typowym angielskim stylu, niż do drużyn Rodgersa, które stylem przypominają te hiszpańskie. Zainteresowany jest West Ham, gdzie gra kolega Andy'ego z Newcastle – Kevin Nolan. Mówi się też właśnie o drużynie znad rzeki Tyne, ale w to głównie spekulacje.
Plotki o pozbyciu się Carrolla są tym silniejsze, że Rodgers szuka do ataku zawodników bardziej wszechstronnych a przede wszystkim dobrych technicznie. Choć dopiero co Roma podpisała kontrakt z Fabio Borinim, to jest on silnie łączony z Liverpoolem. Tym bardziej, że pracował już z Rodgersem w akademii Chelsea, a potem w Swansea. Miałby kosztować około 11 mln funtów. Z Serie A do Merseyside miałby trafić też Urugwajczyk z Bolonii – Gaston Ramirez. Obaj mogliby pasować do filozofii piłkarskiej Brendana Rodgersa. Powstała też plotka, mówiąca, że z Barcelony do „The Reds” mógłby odejść Ibrahim Afellay. Szczerze mówiąc to byłby strzał w dziesiątkę. Zawodnik obeznany w tiki-tace bez problemu wpasowałby się do drużyny budowanej przez Irlandczyka. W każdej plotce jest ziarnko prawdy, więc kto wie, jeżeli dojdzie do tych transferów, Liverpool może solidnie wzmocnić linię ataku.



Treningi z nowym menedżerem rozpoczęli też piłkarze Tottenhamu – Andre Villasem-Boasem. O tym, jak patrzę na kwestię jego zatrudnienia w Londynie pisałem już wcześniej, więc nie będę się teraz zbytnio rozpisywać.

Sam Villas-Boas po raz pierwszy jako trener Spurs wypowiedział się dziś na krótkiej konferencji prasowej. Zaznaczył, że praca w nowym klubie to wielki przywilej i jest bardzo zaszczycony, że się tu znajduje. Nie uciekał od pytań o kwestię Chelsea, mówiąc, że choć jego pobyt nie był owocny w sukcesy i na pewno nie jest z tego zadowolony, to sporo się tam nauczył, choćby tego, że ufać należy odpowiednim osobom i dlatego też był wybredny jeśli chodzi o następny krok w karierze. Dodał też, że wie, co zrobił źle w zachodnim Londynie i użyje tego doświadczenia w pracy w Tottenhamie, która nie jest dla niego okazją do udowodnienia swojej wartości, tylko okazją do zdobycia trofeów dla swojego klubu.

AVB był również zapytany o Lukę Modrica, który miałby na dniach odejść do Realu Madryt. „Luka to ważny zawodnik dla naszego klubu, o czym świadczy skala zainteresowania ze strony innych klubów. Jednak mogę powiedzieć, że szanujemy decyzję Luki o tym, że chciałby zrobić kolejny krok w swojej karierze. Myślę też, że sam zawodnik rozumie, jak jest ważny w rozwoju naszego klubu. Będziemy negocjować z innymi klubami dopóki nie uzyskamy satysfakcjonującej oferty” - odpowiedział Portugalczyk. Dodał, że dobrym zastępstwem dla Modrica w razie jego odejścia byłby Joao Moutinho, który miał świetny turniej Euro i dwa ostatnie sezony w Porto.

Jeden ze starszych piłkarzy w kadrze Tottenhamu – Brad Friedel - pozytywnie wypowiedział się o swoim nowym trenerze, wspominając, że jest to człowiek z wielką ambicją i dobrze to czuć. Będzie starał się wykonywać swoją robotę, niezależnie od tego, czy będzie pierwszym, drugim, czy trzecim bramkarzem, a do klubu miałby przyjść reprezentant Francji Hugo Lloris. „Każdy dobry zawodnik podnosi poziom gry drużyny” - powiedział Amerykanin. Wspomniał też o tym, że podobają mu się treningi z nowym trenerem, chociażby dlatego, że choć jest dopiero początek przygotowań, to zajęcia odbywają się tylko z piłkami i w ramach tych ćwiczeń piłkarze są przygotowywani motorycznie.

O Villasu-Boasie mówił też z kolei jeden z młodszych zawodników – Danny Rose, który powiedział, że szatnia na White Hart Lane będzie za nowym trenerem. Sam piłkarz podziela ambicje Portugalczyka i chętnie będzie pracował pod jego okiem.


Większość trenerów prowadzi zajęcia z piłkami, a w Romie pierwszy obóz ze Zdenkiem Zemanem jest przeznaczony stricte na pracę poświęconą kondycji. Piłkarze dużo biegają, a najlepiej to bieganie wychodzi ponoć Erikowi Lameli, który jako jedyny ostatnie, dziewiąte okrążenie na 1000 metrów wykonał w czasie poniżej 3 minut. Brawo.
Francesco Totti na konferencji prasowej powiedział, że nie będzie to kolejny rok zmian, bo to miasto i ten klub nie chce kolejnego roku zmian. Dodam, że chodziło mu o rok Luisa Enrique w Romie, w czasie którego ten miał zaimplementować system gry Barcelony w Rzymie, ale kilka decyzji spowodowało, że Roma była dość marną kopią pierwowzoru. Teraz z Zemanem mają osiągnąć jak najlepszy wynik i znając czeskiego trenera, można się spodziewać, że mecze Giallorossich mogą być bardzo ciekawe. Radosny futbol zawsze ogląda się ciekawie.


Ładny obrazek z rozpoczęcia treningów w Milanello:


Curva Sud wita piłkarzy na pierwszym treningu. Podobają mi się takie sceny. Widać dużą pasję wśród kibiców i autentyczne zainteresowanie losami drużyny. Szkoda, że wielu coś takiego nie pasuje i piłka nożna ma być li tylko produktem, wyzutym z emocji, które spowodowały, że stała się globalnym sportem. Mam nadzieję, że ktoś pójdzie po rozum do głowy i zrozumie, że futbol jest przede wszystkim dla kibiców.


Massimiliano Allegri, trener Milanu chętnie wypowiadał się o pomysłach taktycznych na nowy sezon. „Czy Montolivo zagra jako regista [cofnięty rozgrywający]? Na pewno nie jest trequartistą [klasyczna 10], więc widzimy dla niego rolę w naszej trójce w pomocy.” Choć wcześniej wspominał, że Montolivo miałby grać właśnie jako trequartista, a cofnięty do pomocy miałby być Prince Boateng, ale muszę powiedzieć, że bardzo podoba mi się taka otwartość w rozmowach o ustawieniach i taktyce. Zwykle trenerzy nabierają wody w usta i nie chcą się na ten temat wypowiadać, bo jeszcze ktoś ich przejrzy. Cóż, każdy ma swoje sposoby.

Tak nawiasem mówiąc, to o nowych ustawieniach wspomina też Walter Mazzarri z Napoli, który ćwiczy z piłkarzami grę 1-3-5-1-1. „Chcę, żeby zespół mógł się dostosować do zmiennych sytuacji w trakcie spotkania” - powiedział trener neapolitańczyków. Do jego drużyny dołączył Lorenzo Insigne, który wrócił z wypożyczenia z Pescary. Z tego samego klubu do PSG odchodzi Marco Verratti, młody talent, łączony wcześniej z Juventusem i Milanem. Paryżanie szukają zawodników na rynku włoskim, wszak wcześniej dołączył do nich Ezequiel Lavezzi z Napoli oraz Thiago Motta z Interu. Nie ma się co dziwić, w końcu trenerem PSG jest Carlo Ancelotti, a dyrektorem sportowym Leonardo, były trener Milanu i Interu. Teraz mówi się, że ten duet miałby sięgnąć po Thiago Silvę i Zlatana Ibrahimovica z Rossonerich. Choć Milan mógłby znaleźć dla nich w miarę godne zastępstwo (Tevez, Kolarov), to można dojść do wniosku, że byłby to przede wszystkim spory cios dla całej Serie A. Adriano Galliani zaznacza, że letnie mercato jest długie i wszystko się może zdarzyć. Kibice włoskiej piłki na pewno mają nadzieję, że do tego transferu nie dojdzie i Paryżanie obejdą się smakiem.

Waldek (Polish?) King



Wczoraj oprócz tego, że polski futbol był najsilniejszy, gdy istniał mecenat państwowy, były lewe etaty w górnictwie, a w rolnictwie rządziły PGR-y, dowiedzieliśmy się, ze nowym selekcjonerem będzie Waldemar Fornalik. Wczorajsza konferencja PZPN miała być poświęcona właśnie byłemu już trenerowi Ruchu Chorzów, ale z racji tego, że dowiedział się on o swojej nowej pracy z telewizji, szefostwo PZPN postanowiło zrobić show w swoim stylu.

Za kilka tygodni pierwsze po Euro mecze polskiej reprezentacji i do tego czasu powinien być „klepnięty sztab”, jak to subtelnie wyraził Grzegorz Lato. Oprócz tego były również postkomunistyczne tyrady Antoniego Piechniczka, który sprawiał wrażenie, jakby właśnie wyszedł z hibernacji. Trudno o lepszy przykład, dlaczego zarząd PZPN nazywany jest „leśnymi dziadkami”. Nawet młody człowiek oglądający wczorajszą konferencję dostrzegał paralelę pomiędzy Piechniczkiem i Lato, a zjazdami PZPR. Podobne gąbczaste oblicza i podobny poziom oderwania od rzeczywistości. Był jednak pewien dysonans – czy należy się śmiać, czy płakać.

W tym wszystkim nastąpiło odejście od meritum, kwestii nowego szkoleniowca. Dwie godziny później Fornalik miał swoją konferencję. Jak ktoś słusznie zauważył, trzeba przyzwyczaić się do selekcjonera, który mówi płynnie po polsku (sic!), do tego powściągliwie wypowiadający się na temat tego, jak będzie wyglądać jego praca. Niczego nie obiecuje, nie chce narażać się na niekonsekwencję lub ograniczanie się na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Brawo, na przemyślenia i ułożenie sobie w głowie planu działanie będzie jeszcze czas.

Guus Hiddink w rozmowie z magazynem Blizzard powiedział, że w praca w klubie daje możliwość bezpośredniego wpływu na piłkarzy każdego dnia. Co więcej, nie tylko na piłkarzy, ale na sposób funkcjonowania klubu, na skautów i cały personel. Inaczej rzecz ma się z selekcjonerem reprezentacji. Są dni, gdy trzeba pracować bardzo intensywnie, kiedy są mecze, jednak są również dni, gdy nic się nie dzieje i wpływ na piłkarzy jest znikomy. Holenderski trener skonkludował swoją odpowiedź, mówiąc, że praca w klubie to jednak większe wyzwanie niż ta z reprezentacją.

W Ruchu Chorzów Fornalik wyzwanie miał o tyle spore, że pieniądze, jakimi mógł operować, nie pozwalały na zbyt wiele. Szukał zawodników darmowych, starał się korzystać również z młodszych zawodników. Polski odpowiednik Oakland A's? Być może, efekt w każdym razie był podobny. Drużyna, która miała raczej walczyć o utrzymanie i o pieniądze z transmiji, rokrocznie starała się uzyskiwać jak najlepsze wyniki. Dwukrotnie w przeciągu trzech lat awansowała do pucharów, a w minionym sezonie byli bardzo blisko zdobycia Mistrzostwa Polski. Nie dla Fornalika była gra z kontry, szukanie stałych fragmentów gry. Udało się znaleźć odpowiedni balans pomiędzy grą ofensywną, a stabilnością w obronie. Ruch próbował grać piłką, często wykorzystując umiejętności techniczne zawodników z przodu do gry z klepki i szybkiego przemieszczania się pod pole karne rywala.

Wydaje się, że przeniesienie takiego sposobu gry na lepszych piłkarzy, reprezentantów kraju powinno zadziałać. Czy można już szukać hoteli w Brazylii? Nie tak szybko.

Pozostaje kwestia tego, jak zawodnicy grający na co dzień w zachodnich klubach, spotykając się z trenerami o sporej wiedzy taktycznej, zareagują na metody Waldemara Fornalika. Wielu zarzuca mu, że jest przedstawicielem polskiej myśli szkoleniowej, w której trudno odnaleźć wysublimowane nowinki taktyczne czy te związane z treningiem Że nigdy nie prowadził zespołu walczącego o najwyższe cele i pod presją. Krótko mówiąc – jest za cienki w uszach, by prowadzić reprezentację.

Paradoksalnie, brak presji w Ruchu Chorzów był sporym fundamentem do tego, by rozwijać własną filozofię gry. Polscy trenerzy wiedzą, że przepracują przy dobrych wiatrach kilka miesięcy i nastawiają się raczej na pragmatyczne rozwiązania, nie próbując się rozwijać wraz z upływem czasu. Fornalik mógł natomiast lepić sobie drużynę wedle własnego uznania, co prawda w ramach dość skąpego budżetu, co jednak nic nie zmienia. W kontekście budowania zespołu w oparciu o własne pomysłu to czas jest najważniejszy. Musi go trochę minąć, by piłkarze jak najlepiej zrozumieli to, czego wymaga od nich trener. Warto tu przytoczyć pewną anegdotę związaną z Chelsea Londyn. Roman Abramowicz zaprosił kiedyś do klubu Txiki Begiristaina. Wizyta nie miała być tylko kurtuazyjna. Rosjanin zafascynowany grą Barcelony i tym, w jaki sposób pracuje się tam z młodzieżą, zapytał, czego trzeba, by zbudować to samo w zachodnim Londynie. Już był przygotowany, by wyciągnąć książeczkę czekową, gdy usłyszał odpowiedz: „10 lat”. Tyle, to on akurat nie ma.

Wrócę jeszcze do jednej kwestii. Fornalik prowadząc jedynie polskie kluby i to bez nieustannej presji rzekomo ma nie mieć takiej siły przebicia, by dotrzeć do zawodników grających w Borussii czy Arsenalu, czy nawet średniakach europejskich. Kamil Grosicki powiedział kiedyś, że dobrze rozumie się na boisku z Rafałem Wolskim, bo to dobry zawodnik, a „dobrzy zawodnicy zawsze się dogadują”. Odstawiając na bok kwestię skromności Grosickiego, podobny wniosek można wysnuć w relacjach trener-zawodnik. Jasne, są wyjątki, że świetni trenerzy nie potrafili porozumieć się z piłkarzami, przykładem może być chociażby kadencja Villasa-Boasa w Chelsea, ale rozpatrując tę kwestię ogólnie, można ją uprościć stwierdzając, że dobry trener dotrze do dobrego zawodnika. Jeżeli naprawdę Fornalik to świetny trener, z dobrym warsztatem i sporą wiedzą na temat piłki, bez problemu powinien znaleźć wspólny język z Lewandowskim czy Szczęsnym.

Co więc czeka kibiców? Zobaczymy na pewno lepiej zorganizowaną drużynę, która nie będzie bała się grać o zwycięstwo. Ciekawe, jak podejdzie Fornalik do kwestii tzw. „farbowanych lisów”. Przyznam się, że dla mnie sporym niesmakiem (i jest to eufemizm) jest oglądanie w koszulce z Orłem Białym Niemców czy Francuzów, tym bardziej, że da się odszukać Polaków, którzy nie będą odstawać pod względem piłkarskim, a przynajmniej nie będzie wątpliwości, czy zaśpiewają hymn. Nie chcę bić w jakieś patetyczne tony, ale ważne jest, by zawodnik czuł dumę z reprezentowania kraju. Czy można tę dumę odnaleźć u tych, którzy w grali w młodzieżówkach innych krajów? A nawet byli ich kapitanami? Wątpię.

Przed Fornalikiem naprawdę trudne zadanie i kto wie, czy wyzwanie nie większe niż praca w Ruchu Chorzów. Guus Hiddink akurat w tej kwestii może się mylić i kierowanie reprezentacją Polski okaże się trudniejsze niż prowadzenie śląskiego klubu. Cóż to jednak za trener, który boi się podnosić poprzeczkę? Ja skłaniam się ku opcji, że Fornalik okaże się dobrym selekcjonerem. Piłka międzynarodowa dąży do jak największego upraszczania kwestii taktycznych i taki trener jak Fornalik, stroniący od skomplikowanych strategii, ma potencjał, by być odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. Czy czas będzie odpowiedni, to pokażą wyniki.

środa, 4 lipca 2012

Andre Villas-Boas w Tottenhamie




Choć Euro się skończyło, to futbolowy świat nie śpi. O tym, że do podpisania kontraktu pomiędzy stronami jest już blisko, wspominało się od jakiegoś tygodnia, to dopiero wczoraj oficjalnie Spurs podali, że w najbliższym sezonie ich trenerem będzie Andre Villas-Boas. Od wspaniałego sezonu z Porto minął już rok, to reputacja Portugalczyka jest zgoła inna niż w czasie, gdy przychodził do Chelsea.

Przypomnijmy: Villas-Boas w pierwszym i swoim jedynym sezonie w Porto zdobył wszystko, co było do zdobycia: Superpuchar Portugalii, Mistrzostwo, Puchar Portugalii oraz Ligę Europejską. Co więcej, w lidze był niepokonany i dodatkowo w porywającym stylu, nie przegrywając ani jednego spotkania. Szybko został zauważony przez większe kluby, między innymi Bayern oraz Inter, ale to Chelsea Romana Abramowicza złożyła najlepszą ofertę. Z pewnością wpływ na podjęcie decyzji miał fakt, że za czasów Jose Mourinho, Villas-Boas był jego asystentem od rozpracowania przeciwnika.

Mówiło się jednak o tym, że biorąc pod uwagę szatnię, która znała go, gdy był jeszcze młodym skautem, jego kadencja w Chelsea może być drogą przez ciernie. Był młodszy niż kilku zawodników, przez co mógłby mieć problemy z utrzymaniem odpowiedniego respektu wobec siebie.

Villas-Boas byłby głupi, nie wiedząc o tym. Musiał mieć zapewnienie Abramowicza, że ten będzie go wspierał w misji zrobienia z Chelsea drużyny grającej ofensywnie, pełnej młodych, energicznych piłkarzy. Czując początkowe wsparcie właściciela klubu, Villas-Boas przystąpił do pracy.

Zaczął z wysokiego C. Wygrał 3 z 4 pierwszych spotkań, dominując przeciwnika w każdym meczu. Później jednak, gdy zaczęły się spotkania z trudniejszym rywalami, okazało się, że nie wszyscy zawodnicy nadają się do utrzymania wysokiej linii obrony, nie czują się dobrze w ofensywnym stylu gry.

Problemy zaczęły się nawarstwiać. Villas-Boas mówił starszym piłkarzom, że nie będą kluczowymi postaciami. Jego podpowiedzi, raporty dotyczące przeciwnika, nie spotykały się ze zrozumieniem zawodników Chelsea. „Nie podoba mi się to, że Villas-Boas mówi, jak mam grać” - mówił Ashley Cole. Jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało, piłkarzom nie podobało się, że AVB ma swoją wizję futbolu.

Chciał iść co prawda na kompromisy, pozwalając przeciwnikowi na posiadanie piłki, obniżył linię obrony, ale można było wyczuć, że Portugalczyk długo na Stamford Bridge nie popracuje. Na konferencjach prasowych niemalże błagał o wsparcie właściciela w tych trudnych momentach. Nie poskutkowało. Po porażkach z Napoli w 1/8 finału Ligi Mistrzów i West Bromwich w lidze, Villas-Boas został zwolniony z Chelsea.

Alan Pardew, trener Newcastle powiedział wtedy: „Straciliśmy bardzo utalentowanego trenera. Przejął klub w trakcie przemian, z wieloma starszymi piłkarzami w szatni. Miał bardzo trudne zadanie. Mam nadzieję, że przyjdzie taki dzień, że niektórzy z tych zawodników przeproszą kiedyś Andre. Powinni, bo ten na takie traktowanie sobie nie zasłużył.”

Później pojawiły się informacje, że Villas-Boas był tak zestresowany pracą w Chelsea, że bał się wracać do żony i spał na leżaku w centrum treningowym. Zamiast budzić się koło małżonki, przeglądał statystyki.

Jego asystent Roberto di Matteo, przejął jego obowiązki w Chelsea. Ustawił drużynę tak, jak ta chciała grać. Nisko ustawiona obrona, ataki z kontry. Taki sposób gry najlepiej rozumieli piłkarze. Przynajmniej ci, którzy pamiętają Jose Mourinho. Taka taktyka przyniosła lepsze wyniki, niż można było się spodziewać. Co prawda w lidze Chelsea radziła sobie nie najlepiej, zdobyła Ligę Mistrzów oraz Puchar Anglii. To pierwsze trofeum wygrała w stylu greckim, przede wszystkim nie dopuszczając rywali (m.in. Barcelonę i Bayern) do własnej bramki, aniżeli starając się strzelić przeciwnikowi.

Patrząc właśnie na trofea zdobyte przez di Matteo, wydaje się, że Villas-Boas był bardzo słabym trenerem, który nie poradził sobie ze wspaniałymi zawodnikami. Owszem, sukcesy w tak krótkim czasie mogą robić wrażenie, ale nie zapominajmy, że Portugalczyk do Chelsea przyszedł nie po to, by ta w krótkoterminowej perspektywie zdobywała trofea, tylko miał zmienić styl gry na średni lub długi termin. Bez wsparcia właściciela nie udało się tego zrobić.

Teraz Villas Boas ma przeprowadzić podobny proces w Tottenhamie.

„Tottenham to wspaniały klub, z wielką tradycją i fantastycznym wsparciem ze strony kibiców, zarówno u siebie, jak i na całym świecie. Czuję się zaszczycony, mogąc tutaj pracować. Dla mnie to jedno z najciekawszych miejsc pracy w Premier League” - powiedział Villas-Boas zaraz po tym, gdy oficjalnie potwierdzono podpisanie przez niego kontraktu z nowym klubem. Później dodał, że dzieli z zarządem i właścicielem pewną wizję rozwoju tego klubu, a co więcej – każdy trener chciałby pracować z taką grupą piłkarzy. Na pewno jest w tym sporo dyplomacji i słodzenia, ale można wyczuć, że obie strony są bardzo zadowolone z tego, co ustalono między nimi.

Villas-Boas musiał jednak przyznać się do tego, że w trakcie swojej pracy w Chelsea popełnił błędy. Że nie wszystko wyszło tak, jak powinno, nawet abstrahując od wyników. Jego polityka postępowania z zawodnikami nie była najlepsza. Co by nie mówić, szatnia po prostu mu uciekła. Daniel Levy jest jednak przekonany, że przez te cztery miesiące bez pracy, Portugalczyk zrozumiał, na czym polegały błędy w trakcie pobytu w zachodnim Londynie.

Wychodząc z takiego założenia, można się zorientować, że Villas-Boas ma coś do udowodnienia. Praca w Spurs to spore wyzwanie, walka z Chelsea, duetem z Manchesteru czy rywalem z północnej części Londynu – Arsenalem - na pewno nie będzie należeć do najłatwiejszych. I z tego właśnie powodu jest to też dobra okazja, by pokazać swoją wartość.

Wydaje się też, że implementacja stylu gry preferowanego przez AVB może być łatwiejsza na White Hart Lane, aniżeli w Chelsea. W Tottenhamie nie ma tak silnych charakterów, jak w The Blues, a co więcej – jest to zdecydowanie bardziej młodszy skład, a przez to bardziej głodny sukcesów. I jeśli potwierdzą się doniesienia medialne, czy to, co Levy mówił między słowami – solidnie wzmocniony. Dzisiaj potwierdzony został transfer Gylfi Sigurdssona z Hoffenheim, który wybrał Londyn, zamiast Liverpool, gdzie dołączyłby do swojego trenera z czasów wypożyczenia do Swansea – Brendana Rodgersa. Z wypożyczenia z Walii wraca natomiast utalentowany zawodnik olimpijskiej reprezentacji Wielkiej Brytanii - Steven Caulker. Pod okiem Rodgersa młody Anglik rozwijał się w filozofii gry podobnej do tej reprezentowanej przez Andre Villasa-Boasa. Takie doświadczenia mogą zaprocentować w tym sezonie.

Z plotek transferowych mówi się najczęściej o byłym podopiecznym Portugalczyka z Porto – Joao Moutinho. Ten sprytny rozgrywający mógłby zastąpić odchodzącego Lukę Modrica i wydaje się, że z bardzo dobrym skutkiem. Moutinho ciepło wypowiadał się o swoim byłym trenerze i bardzo chętnie dołączyłby do niego w Tottenhamie.
W kontekście przejścia do Spurs często wspomina się też o Ałanie Dżagojewie, Hugo Llorisie czy duecie z brazylijskiego Internacional – rozgrywającego Oscara i napastnika Leandro Damiao. Na ile to plotki podsycane przez agentów, a na ile to prawdziwe informacje – czas pokaże. Słysząc te nazwiska, kibice Tottenhamu, a nawet całej ligi angielskiej mogą zacierać ręce. Jeśli Villasowi-Boasowi uda się zjednoczyć szatnie i zaangażować ich w grę w określony sposób – może to przynieść sukces.

Istnieją przesłanki by sądzić, że plan może wypalić. Glenn Hoddle (były zawodnik i trener Tottenhamu) jest sceptyczny, biorąc pod uwagę pracę Portugalczyka w Chelsea. Myślę jednak, że na pewno on i wszyscy kibice Spurs chcieliby, żeby się mylił. Wypada tego życzyć.

wtorek, 3 lipca 2012

The future is strikerless



Musiałem obejrzeć powtórkę tego spotkania. Gdy skończyłem oglądać na żywo, miałem poczucie pewnego niedosytu, że coś mogło umknąć. Każdy, kto widział, co działo się w Kijowie, dobrze rozumiał powagę tej historycznej chwili. Szukając wzoru najlepszej drużyny, trzeba było odwołać się do Węgier z 1953 roku, do Brazylii z 1970, do Holandii Rinusa Michelsa. To były wspaniałe drużyny, mające doskonałych piłkarzy, nowatorskie w podejściu do taktyki. Wszystkie nie bały się grać piłką, były cenione za styl gry. Teraz zaś, po wywalczeniu trzeciego trofeum z rzędu, Hiszpanie również mogą poczuć się jako ci, którzy teraz tworzą historię. I od razu prośba do kwejkowo-gimbusiarskiego towarzystwa – nie zohydźcie tego.

Tak, Włosi mieli pod górkę z powodu niefortunnego terminarza – 72 godziny odpoczynku mniej od Hiszpanów. Tak, zejście z boiska Thiago Motty było kolejnym ciosem dla Italii, kto wie, czy nie tym, który dopełnił dzieła zniszczenia. To wszystko prawda i kto wie, jak potoczyłoby się to spotkanie, gdyby Włosi byli w równie dobrej kondycji co Hiszpanie i gdyby dograli cały mecz w jedenastu. Futbol lubi płatać figle.

No i spłatał i sam autor dał się nabrać. Po finałach europejskich pucharów wydawało się, że tiki-taka jest w odwrocie, że to gra z kontry jest przyszłością futbolu. Jeżeli już – to futbol ofensywny musi być wzbogacony o element bardziej bezpośredni. Kierunek rozwoju jest jednak odwrotny. To jeszcze większa wymienność pozycji, płynność w rozgrywaniu akcji zwyciężyła niedzielnego wieczora. Może to też kwestia podejścia Włochów, którzy próbując grać ofensywnie robili miejsce dla prostopadłych podań? Może.

Choć raczej była to piękna rama dla obrazu tej gry.

Wielu pisało, że Hiszpanie przechodzą na grę 1-4-6-0, że tak się teraz będzie grało. Typową rolą dla napastnika będzie fałszywa dziewiątka, o czym już wcześniej wspominałem. W trakcie finału można było jednak zauważyć, ze Fabregas stronił od cofania się do linii pomocy. Jednak trudno było go nazwać napastnikiem. I co teraz?

Gianluca Vialli powiedział niedawno: „Hiszpanie grają 1-2-8-0. Napastnik to przestrzeń pomiędzy nimi”. I to się sprawdziło. Każdy z zawodników z pola, poza Ramosem i Pique, potrafił znaleźć się w pozycji strzeleckiej, umiał dobrze podać do kolegi z zespołu, również obsłużyć go prostopadłym podaniem. Włosi nie spodziewali się, kto może oddać strzał, skąd nadejdzie podanie. Swoboda, z jaką operowali piłką Hiszpanie, była poziomem nieosiągalnym, dla obronnych zdolności piłkarzy Squadra Azzurra.

Kiedyś na temat wyższości krycia 1 na 1 wobec krycia strefowego powiedziano, może z pewną dozą ironii: „Strefa nigdy nie strzeliła bramki”. Wypada teraz zweryfikować ten cytat. Tak, Hiszpanie to ekipa, która nie tylko broni strefą, ale też strefowo atakuje. Nakierowanie piłkarzy na to, by rozumieli ten system i woleli poświęcić swoje ego dla drużyny, to zasługa nie tylko Vicente del Bosque, ale przede wszystkim całego systemu szkolenia w Hiszpanii. Te rezultaty to konsekwencja systematycznej pracy przez wiele, wiele lat. Co więcej – przykłady Ikera Muniana, Thiago Alcantary czy Andera Herrery pokazują, że jest spora szansa na ciągłość sukcesów. Zinedine Zidane na początku tego stulecia miał powiedzieć: „Gdy Hiszpania zacznie wygrywać, to już nie przestanie”. Doprawdy, oglądając niedzielny mecz można było poczuć się jak księżniczka Leia, która widziała jak Gwiazda Śmierci niszczy planetę Alderaan od tak.

Nie można jednak zapomnieć o reprezentacji Włoch. Pamiętajmy, że Włosi przygotowywali się do mistrzostw w atmosferze kolejnej afery korupcyjnej. Selekcjoner wspominał, że jeżeli w dobrym tonie będzie wycofanie się z turnieju, Italia tak właśnie uczyni. Wielu zastanawiało się, jak uda się Prandelliemu utrzymać dyscyplinę w kadrze, w której gra Antonio Cassano czy przede wszystkim Mario Balotelli. Ci znani ze swoich pozaboiskowych wybryków piłkarze, stawiani byli w roli tych, który poprowadzą Włochy do drugiego z rzędu blamażu w wielkim turnieju. Czarę goryczy zdawał się przepełniać sparing przed mistrzostwami z Rosją, wygrany przez Sborną 3:0.

Tego wszystkiego dało się uniknąć. Italia miała twarz Andrei Pirlo, o którym napisano już tak wiele, a jednocześnie tak niewiele. Jego styl gry jest tak wysublimowany, że po prostu nie znaleziono jeszcze słów, by go określić w pełni.
Włosi grali wyśmienicie, choć bardzo nieskutecznie. Gdyby Hiszpanie poszli na układ z Chorwatami – kto inny odebrałby srebrne medale w Kijowie. Faza pucharowa to był jednak wspaniały koncert gry Włochów. Nawet ci najbardziej wymagający w kwestii estetyki gry w piłkę nożną mogli zachwycać się futbolem włoskiej reprezentacji. Pirlo, Marchisio, Balotelli, de Rossi, Montolivo - to byli zawodnicy na ustach całej Europy. Można było odnieść wrażenie, że świat futbolu na ławce Włochów widział nie Cesare Prandellego, tylko Rafaela lub Michała Anioła.

Przy Hiszpanach sprawiał jednak wrażenie Igora Mitoraja.

Choć Włosi walczyli, nie przyjmowali do wiadomości, że przegrywają, starali się naprawiać błędy. Wszystko na nic. Każdy strzał, dośrodkowanie było łupem dla Casillasa. Pressing całej drużyny powodował, że nawet Pirlo miał trudności z rozgrywaniem. Nie, nie było wstydem przegrać z taką Hiszpanią. Wyczuwali to nawet sami przeciwnicy. Iker Casillas, gdy jego koledzy ruszali z kolejnym atakiem, powiedział do sędziego bramkowego, żeby przerwać spotkanie, bo Włosi nie zasługują na taką porażkę. „Trochę szacunku, panie sędzio!”

Warto zatrzymać się przy kwestii Casillasa. Dobrze przypomniał wszystkim, że przy opisywaniu liczbami ustawienia, nie można zapominać o jedynce z przodu. Może ci w polu strzelają gole i blokują przeciwnikowi dostęp do własnej, ale to bramkarz jest tym, którego pewność jest klejem, trzymającym całą drużynę. Piłkarze wiedząc, że za plecami mają specjalistę od bronienia, mogą pozwolić sobie na większą swobodę z przodu. Niby to truizm, ale warto to sobie czasem przypominać.

I co teraz? Czy ten wynik będzie miał wpływ na najbliższy sezon w piłce klubowej? Scenariuszem, który dopełniałby całości, byłby finał Ligi Mistrzów Real-Barcelona i powtórka z tegorocznego finału Ligi Europejskiej.

Będzie to jednak dodatkowa motywacja dla drużyn z innych krajów. Każdy liczący się klub będzie chciał pokonać Hiszpanów. Czy to Juventus, czy United, City lub Chelsea. Każda ekipa wzmacnia się, wiedząc, że o najwyższe laury będą bili się z najlepszymi. Trenerzy już dłubią w taktyce, szukając słabych punktów rywali z półwyspu Iberyjskiego. Wymyślają nowe ćwiczenia, które mogłyby jeszcze lepiej eksponować silne strony swoich zawodników. Cóż, wygląda na to, że sezon będzie bardzo wyczerpujący. Kto pierwszy się przestraszy – przegra.

Oj, czeka nas bardzo emocjonujący sezon. Już nie mogę się doczekać.