poniedziałek, 26 listopada 2012

Bad decisions make good stories.


 Nie wiem, czy była osoba, która przed meczem Chelsea-Manchester City liczyła na to, że będzie to piękne spotkanie, obfitujące w bramki. Właściwie wszystko, co najciekawsze, zdarzyło się we środę, kiedy to Roberto di Matteo pożegnał się ze stanowiskiem menedżera Londyńczyków. W mediach zastanawiano się, kto zajmie jego miejsce, co oznaczało, że przez wszystkie przypadki odmieniano nazwisko Pepa Guardioli. Roman Abramowicz miał mu wręczyć czek in blanco, byle tylko został już trenerem The Blues. Katalończyk poprzedni sezon zakończył postanowieniem wzięcia rocznego urlopu i słowa zamierza dotrzymać. Zdenerwowany Rosjanin poszukał trenerów bez pracy z Hiszpanii i wylosował Rafę Beniteza, nie zważając na konsekwencje swoich poczynań. Były trener Liverpoolu był tyleż zaskoczony, co sprytny i złapał Abramowicza za słowo, meldując się następnego dnia na konferencji prasowej na Stamford Bridge.
W całej tej układance zapomniano o kibicach Chelsea, którzy w czasie kadencji Beniteza w Merseyside prowadzili z nim małą wojenkę. Hiszpan nie wypowiadał się o nich pochlebnie, drwiąc z plastikowych flag, którymi fani Londyńczyków wymachują przed meczami. Ci nie pozostawali dłużni, wypominając Benitezowi fizjonomię, nazywając go „grubym, hiszpańskim kelnerem”.

Topór wojenny nie został zakopany, co pokazała reakcja trybun w trakcie niedzielnego spotkania. Kibice poświęcili swój czas, by przygotować flagi, transparenty, kartki z napisami wsparcia dla zwolnionego Roberto di Matteo i wyrazami niezadowolenia z nowego trenera: „Rafa out”, „We don't want you here Rafa”. Gdy przedstawiano Beniteza, trybuny odpowiedziały przeraźliwym buczeniem. Potem zaś rozpoczęło się spotkanie, a następnie skończyło. Co prawda były żółte kartki, strzały, ale mecz zapamiętany zostanie raczej tylko przez tych cierpiących na bezsenność, jako lekarstwo na ich chorobę.

Chelsea nie przypominała drużyny grającej ciekawy, ofensywny futbol, opierający się na współpracy tercetu Oscar-Hazard-Mata z nie przeszkadzającym im momentami Torresem. Benitez postanowił mecz nie przegrać, więc zespół grał zdecydowanie bardziej zachowawczo, starając się przede wszystkim nie stracić bramki. To odbyło się kosztem gry w ofensywie, a bardziej cofnięci niż wcześniej Hazard i Mata grali na tyle daleko od siebie i rozgrywającego Oscara, że nie mogli stworzyć wielu sytuacji sobie nawzajem lub kolegom z drużyny.

I teraz pojawia się pytanie: czy Abramowicz, łaknący futbolu rodem z Katalonii, na pewno zrobił właściwy krok, powierzając drużynę Benitezowi? Pomijam teraz to, że Pep Guardiola widząc, co robi Abramowicz z kolejnymi trenerami, nie będzie skłonny podjąć pracy z drużyną The Blues, jeżeli będzie musiał się tłumaczyć z każdego meczu,w którym zdjął z boiska Fernando Torresa. Benitez zawsze na początku pracy gra bardziej zachowawczo, stawiając na żelazną obronę, budując w ten sposób fundament zespołu, który w dalszej perspektywie miałby grać bardziej ekspansywną piłkę. Zestawiając to z wizją Abramowicza, jego założeniami, czy nie jest to krok do tyłu? Nie lepiej było zostawić drużynę di Matteo, lub jeżeli naprawdę chciał go zwolnić, dla samej satysfakcji zwolnienia trenera, powierzyć zespół np. Luisowi Enrique? Były trener Romy nie miał najlepszego sezonu z Giallorossi, wpadł w konflikt z niektórymi piłkarzami, ale wszystko było kwestią celów zarządu, którzy chcieli mieć w Rzymie swoją własną, małą Barcelonę. Później przypomnieli sobie, że chcieli mieć jednak zespół grający w pucharach, więc z Hiszpanem się pożegnano.
Nie można jednak Enrique odmówić tego, ze próbował przenieść sposób gry katalońskiego zespołu na włoskie boiska. Pressing, utrzymywanie się przy piłce, pressing, wykorzystywanie defensywnych pomocników na pozycji środkowego obrońcy, ofensywnie usposobieni boczni obrońcy, schodzący do obrony pomocnik, fałszywa dziewiątka – to wszystko wykorzystywał Enrique w swojej pracy w Rzymie. Warto też wspomnieć, że po pierwszym meczu Włochów na Euro 2012, kiedy Daniele de Rossi grał na środku obrony, dziękował on właśnie swojemu byłemu trenerowi za to, że to on pierwszy wystawiał go na tej pozycji.

Jeżeli więc Abramowicz chce mieć drużynę grającą jak Barcelona, może powinien „zrobić dobry grunt pod interes” ściągając wpierw trenera z tamtych rejonów, a przez to mieć kartę przetargową w rozmowach z Guardiolą.

Wracając jeszcze do kibiców Chelsea, to trzeba przyznać, że znajdują się teraz między młotem a kowadłem. Z jednej strony atak na Beniteza, jest de facto atakiem na Abramowicza, z drugiej zaś, jak można atakować osobę, dzięki której trwa właśnie najlepszy okres w historii Chelsea? Bogatemu wszak nikt nie zabroni. Na pewno ciekawa sprawa, która będzie miała swój ciąg dalszy w następnych tygodniach, a o to zadbają też pewnie dziennikarze, spoglądając na sprawę z wielu stron.

Fani The Blues z zazdrością spoglądają, jak radzi sobie w West Bromwich ich dawna gwiazda – Steve Clarke. Szkocki trener osiąga ze swoją drużyną dobre wyniki, zajmuje już trzecie miejsce w tabeli, a sposób gry nie wskazuje na to, by gdzieś czaił się spadek formy. Żelazna defensywa, odziedziczona po Royu Hodgsonie, działa jak w zegarku, a doświadczenie wyniesione z pracy z Jose Mourinho czy Kennym Dalglishem procentuje w lepszej organizacji gry ofensywnej. Kiedy trzeba, Shane Long i spółka utrzymują się przy piłce, kiedy zachodzi inna konieczność, skupiają się na wyprowadzaniu kontr. Irlandzkiego napastnika przywołuję tutaj specjalnie, by troszkę przy nim się zatrzymać. Long na boisku wykonuje tytaniczną niemalże pracę, nie skupiając się wyłącznie na czekaniu na dobre podanie od kolegów, ale starając się wykorzystać wszystkie okazje ku temu, by pomóc swojej drużynie. Po stracie piłki pierwszy rusza do pressingu, schodzi do boku po piłki, otwierając przestrzeń dla wbiegających skrzydłowych i pomocników, walczy z obrońcami, nie wyczekuje błędu rywala, ale sam je powoduje, jak chociażby w ostatnim meczu z Sunderlandem, kiedy to pobiegł do piłki będącej już w zasadzie w rękach Mignoleta. Belgijski bramkarz zagubił się we własnym polu karnym, przegrał pojedynek z Longiem i mógł tylko modlić się, by ten nie trafił do pustej bramki z jednego metra. Niebiosa nie okazały się jednak przychylne Mignoletowi, pewnie dlatego, że podobnie jak cały świat, zanosiły się od śmiechu.

Sunderland zaś zakończył serię zwycięstw na jednym meczu z Fulham i wrócił do swojej dawnej, apatycznej formy. Podopieczni Martina O'Neilla strzelają mało bramek, a sam szkocki menedżer nie potrafi wskazać przyczyny takie stanu rzeczy. Nie sposób więc nie wspomnieć o tym, ze coraz głośniej mówi się o tym, że O'Neill może stracić pracę, a skoro ruszyła już karuzela trenerska, jest coraz większa szansa, że nastąpi to w każdej chwili.

Żałuję trochę, że napisałem ten akapit o Sunderlandzie, bo byłoby piękne przejście do meczu Wigan z Reading, no ale może uda mi się w inny sposób. Otóż niebiosa, gdy już opanowały emocje po błędzie Mignoleta, postanowiły dopomóc biedakowi i przesłoniły jego błąd babolem bramkarza Wigan – Al-Habsiego. Ten chwalony wcześniej golkiper, który nie raz ratował swój zespół z niemałych kłopotów, tym razem popisał się nie lada wyczynem. Po zamieszaniu w polu karnym, piłka powędrowała wysoko w górę, a opadając, kierowała się w światło bramki. Omańczyk mógł ją sobie przyjąć na klatkę - nikt go nie atakował, mógł również wybić ją na rzut rożny i mógł ją też złapać. Postanowił zrobić jednak wszystko naraz i przez to futbolówka odbiła się od niego i wpadła do bramki. Była już w zasadzie końcówka meczu i cenne trzy punkty mogły szybko się ulotnić. Na ratunek przyszedł jednak niezawodny tego dnia Jordi Gomez, w ostatniej minucie strzelając bramkę na 3:2, zdobywając swojego trzeciego gola w tym spotkaniu. Gomez jest więc drugim Hiszpanem, który w Premier League zdobywa hat-tricka (pierwszym był Fernando Torres).

Była mowa o Reading, więc teraz kolej na innego beniaminka – Southampton. Przed sezonem pisałem, że plan trenera Świętych – Nigela Adkinsa to nie tylko utrzymanie się w lidze, ale przede wszystkim miła dla oka ofensywna gra. Od początku rozgrywek było widać, że to właśnie przyświeca drużynie z portowego miasta. Nie szły za tym jednak wyniki, zespół poza tym, że strzelał sporo, więcej jednak tracił i coraz głośniej mówiło się o zwolnieniu trenera, co dla mnie było dość niesmaczne, bowiem to Adkins spowodował, że Southampton awansowało w dwa sezony z League One do Premier League i warto było dać mu trochę więcej czasu. Dużo zmieniło zwycięstwo nad QPR i choć to tylko drużyna z Loftus Road, ta wygrana dała Świętym sporą dozę pewności siebie. Dlatego też, gdy na St Mary's wybiegły drużyny Southampton i Newcastle, można było się spodziewać ciekawego meczu. I tak było w istocie, podopieczni Adkinsa zaciekle atakowali, na posterunku zwykle był jednak Tim Krul. Ofensywny kwartet gospodarzy – Ramirez, Lallana, Puncheon i Lambert świetnie współpracował ze sobą, raz po raz tworząc groźne sytuacje. Sroki nie mogłyby mieć pretensji, gdyby to spotkanie przegrały nawet 5:0. Za sprawą jednak trafień Lallany i Ramireza, Święci wygrali tylko 2:0. Ważne dla Adkinsa jest utrzymanie czystego konta, co da większą pewność w obronie, a coraz lepiej zgrana ofensywa na pewno cieszy kibiców i neutralnych widzów. Brawo Southampton, bo odważna gra ze strony beniaminka zawsze zasługuje na uznanie, a gdy do tego dochodzą zwycięstwa, warto śledzić poczynania tego zespołu.

W końcu udało się wygrać Tottenhamowi. Koguty bez problemu pokonały West Ham 3:1 po naprawdę dobrej grze. W tym sezonie trudno było o dobrą formę nawet na przestrzeni jednego spotkania, często któraś z połów była słabsza (z reguły druga), tym razem podopieczni Villasa-Boasa przez całe spotkanie zdominowali Młoty. Pierwszy gol padł tuż przed przerwą, kiedy fenomenalną indywidualną akcją popisał się Jermaine Defoe. Dostał piłkę tuż przy linii bocznej, pokonał tam dwóch rywali, ruszył w stronę bramki, na szybkości minął obrońcę i natychmiast kropnął tuż przy słupku. Zdecydowanie była to bramka tej kolejki.

Na uwagę zasługuje też w końcu dobry występ Dempseya, który potrafił odnaleźć się pomiędzy liniami obrony i pomocy West Hamu, raz po raz służąc kolegom dobrym podaniem i samemu próbując szczęścia uderzając na bramkę Jaaskelainena. To on asystował przy bramce Bale'a, przerzucając piłkę nad obroną, a później obsłużył świetnym, prostopadłym podaniem Aarona Lennona, a ten wyłożył futbolówkę lepiej ustawionemu Defoe. Honor West Hamu uratował Andy Carroll, zdobywając swoją pierwszą bramkę dla tego klubu.

Po kontuzji do Kogutów wrócił też Mousa Dembele, kluczowy w zasadzie zawodnik dla Villasa-Boasa. Jego siła, szybkość, drybling i dobra technika pomagała drużynie w serii zwycięstw, a jego brak był aż nadto widoczny w wielu słabych spotkaniach. Jeżeli uchroniłby się od urazów, Tottenham może wrócić na szlak zwycięstw.

We środę na White Hart Lane Spurs podejmować będą Liverpool, który w niedzielę wybrał się w delegację do Walii na Liberty Stadium, gdzie spotkał się ze Swansea. Spotkanie awizowano jako mecz przyjaźni, z uwagi na osobę Brendana Rodgersa, menedżera Liverpoolu, a byłego trenera Łabędzi. I w istocie tak było. Drużyny skupiały się na utrzymywaniu się przy piłce, wymienianiu podań, a że te często były niecelne, wynik po końcowym gwizdku sędziego był taki sam jak na samym początku. Lepsze sytuacje miał Liverpool, w tym nieuznaną bramkę Jose Enrique, ale z perspektywy całego spotkania, można ten wynik uznać za zasłużony dla obydwu drużyn.
Ten sam rezultat zobaczyli kibice na Villa Park, gdzie Aston Villa zagrała z Arsenalem. Kanonierzy w całym spotkaniu oddali tylko jeden celny strzał, co jest wynikiem dość mizernym, biorąc pod uwagę, że nie grali z najlepszą defensywą Premier League. Arsenal po raz kolejny pokazuje, że ma problemy ze sforsowaniem głęboko ustawionej obrony rywali. Bezbramkowe remisy ze Stoke, Sunderlandem i teraz z Aston Villą – klub z aspiracjami Arsenalu powinien sobie lepiej poradzić.

Punktami podzieliły się też drużyny Evertonu i Norwich, z tą jednak różnicą, że zgromadzeni na Goodison Park zobaczyli przynajmniej bramki. The Toffees bez Fellainiego nie stanowili tak wielkiego zagrożenia dla rywali, choć szybko objęli prowadzenie w pierwszym kwadransie gry po strzale Stevena Naismitha. Nikica Jelavić narzekał na brak asyst od partnerów i wraz z upływającymi minutami, zapał Evertonu coraz bardziej malał, co wykorzystali pracowici podopieczni Chrisa Hughtona. Ich wysiłek został nagrodzony w ostatniej minucie gry, kiedy dośrodkowanie Javiera Garrido znalazło w polu karnym rywala Sebastiena Bassonga, a ten skierował piłkę do bramki Tima Howarda. Everton ciągle jest w czołówce tabeli, dzięki fenomenalnemu początkowi sezonu, natomiast ostatnio podopieczni Davida Moyesa wyhamowali, w ostatnich sześciu spotkaniach głównie remisowali, przegrywając z Reading, a zwycięstwo odnieśli jedynie z Sunderlandem.
Ze zwycięstw swoich drużyn mogli cieszyć się natomiast kibice Stoke City i Manchesteru United. Wicemistrz Anglii miał w pierwszej połowie problemy z drużyną Queens Park Rangers, więc postanowili od razu po przerwie dać sobie wbić gola, co jak wskazuje praktyka tego sezonu, wydatnie pomaga Czerwonym Diabłom. Nie minął kwadrans od bramki Jamiego Mackie, gdy dośrodkowanie z rzutu rożnego na gola zamienił Jonny Evans. Irlandczyk tym strzałem otworzył worek z bramkami, bowiem po kilku minutach było już 3:1, po bramkach wracającego po ciężkiej chorobie Darrena Fletchera i jokera Javiera Hernandeza. Z trybun Old Trafford na mecz spoglądał Harry Redknapp, który od niedzieli pracuje już z drużyną QPR. Jego zadaniem będzie utrzymanie zespołu w Premier League, a żeby to osiągnąć, będzie musiał najpierw zjednać sobie szatnię, która to, jeśli wierzyć doniesieniom mediów, szargana jest wewnętrznymi konfliktami, z którymi nie mógł poradzić sobie Mark Hughes.

Opowiadanie o meczach Stoke City nigdy nie jest ciekawym zadaniem, bowiem urokiem drużyny Tony'ego Pulisa jest to, że piękna gra i porywający futbol nie jest ich mocną stroną. Zwycięskie dla The Potters trafienie zaliczył Charlie Adam, który po słabym poprzednim sezonie w Liverpoolu, zaczyna odzyskiwać formę na Britannia Stadium. Dla Fulham jest to druga porażka z rzędu, a ostatni raz podopieczni Martina Jola wygrali na własnym stadionie z Aston Villą 20 października. Teraz czekają ich dwukrotnie derby – najpierw na wyjeździe z Chelsea, a następnie u siebie z Tottenhamem.

Następna kolejka ligowa zaczyna się już jutro, od meczu Sunderlandu z QPR i Aston Villi z Reading. We środę znacznie ciekawsze spotkania, między innymi Evertonu z Arsenalem, Chelsea z Fulham, Tottenhamu z Liverpoolem oraz Manchesteru United z West Hamem.