Nie wiem, czy była osoba, która
przed meczem Chelsea-Manchester City liczyła na to, że będzie to
piękne spotkanie, obfitujące w bramki. Właściwie wszystko, co
najciekawsze, zdarzyło się we środę, kiedy to Roberto di Matteo
pożegnał się ze stanowiskiem menedżera Londyńczyków. W mediach
zastanawiano się, kto zajmie jego miejsce, co oznaczało, że przez
wszystkie przypadki odmieniano nazwisko Pepa Guardioli. Roman
Abramowicz miał mu wręczyć czek in blanco, byle tylko został już
trenerem The Blues. Katalończyk poprzedni sezon zakończył
postanowieniem wzięcia rocznego urlopu i słowa zamierza dotrzymać.
Zdenerwowany Rosjanin poszukał trenerów bez pracy z Hiszpanii i
wylosował Rafę Beniteza, nie zważając na konsekwencje swoich
poczynań. Były trener Liverpoolu był tyleż zaskoczony, co sprytny
i złapał Abramowicza za słowo, meldując się następnego dnia na
konferencji prasowej na Stamford Bridge.
W całej tej układance zapomniano o
kibicach Chelsea, którzy w czasie kadencji Beniteza w Merseyside
prowadzili z nim małą wojenkę. Hiszpan nie wypowiadał się o nich
pochlebnie, drwiąc z plastikowych flag, którymi fani Londyńczyków
wymachują przed meczami. Ci nie pozostawali dłużni, wypominając
Benitezowi fizjonomię, nazywając go „grubym, hiszpańskim
kelnerem”.
Topór wojenny nie został zakopany,
co pokazała reakcja trybun w trakcie niedzielnego spotkania. Kibice
poświęcili swój czas, by przygotować flagi, transparenty, kartki
z napisami wsparcia dla zwolnionego Roberto di Matteo i wyrazami
niezadowolenia z nowego trenera: „Rafa out”, „We don't want you
here Rafa”. Gdy przedstawiano Beniteza, trybuny odpowiedziały
przeraźliwym buczeniem. Potem zaś rozpoczęło się spotkanie, a
następnie skończyło. Co prawda były żółte kartki, strzały,
ale mecz zapamiętany zostanie raczej tylko przez tych cierpiących
na bezsenność, jako lekarstwo na ich chorobę.
Chelsea nie przypominała drużyny
grającej ciekawy, ofensywny futbol, opierający się na współpracy
tercetu Oscar-Hazard-Mata z nie przeszkadzającym im momentami
Torresem. Benitez postanowił mecz nie przegrać, więc zespół grał
zdecydowanie bardziej zachowawczo, starając się przede wszystkim
nie stracić bramki. To odbyło się kosztem gry w ofensywie, a
bardziej cofnięci niż wcześniej Hazard i Mata grali na tyle daleko
od siebie i rozgrywającego Oscara, że nie mogli stworzyć wielu
sytuacji sobie nawzajem lub kolegom z drużyny.
I teraz pojawia się pytanie: czy
Abramowicz, łaknący futbolu rodem z Katalonii, na pewno zrobił
właściwy krok, powierzając drużynę Benitezowi? Pomijam teraz to,
że Pep Guardiola widząc, co robi Abramowicz z kolejnymi trenerami,
nie będzie skłonny podjąć pracy z drużyną The Blues, jeżeli
będzie musiał się tłumaczyć z każdego meczu,w którym zdjął z
boiska Fernando Torresa. Benitez zawsze na początku pracy gra
bardziej zachowawczo, stawiając na żelazną obronę, budując w ten
sposób fundament zespołu, który w dalszej perspektywie miałby
grać bardziej ekspansywną piłkę. Zestawiając to z wizją
Abramowicza, jego założeniami, czy nie jest to krok do tyłu? Nie
lepiej było zostawić drużynę di Matteo, lub jeżeli naprawdę
chciał go zwolnić, dla samej satysfakcji zwolnienia trenera,
powierzyć zespół np. Luisowi Enrique? Były trener Romy nie miał
najlepszego sezonu z Giallorossi, wpadł w konflikt z niektórymi
piłkarzami, ale wszystko było kwestią celów zarządu, którzy
chcieli mieć w Rzymie swoją własną, małą Barcelonę. Później
przypomnieli sobie, że chcieli mieć jednak zespół grający w
pucharach, więc z Hiszpanem się pożegnano.
Nie można jednak Enrique odmówić
tego, ze próbował przenieść sposób gry katalońskiego zespołu
na włoskie boiska. Pressing, utrzymywanie się przy piłce,
pressing, wykorzystywanie defensywnych pomocników na pozycji
środkowego obrońcy, ofensywnie usposobieni boczni obrońcy,
schodzący do obrony pomocnik, fałszywa dziewiątka – to wszystko
wykorzystywał Enrique w swojej pracy w Rzymie. Warto też wspomnieć,
że po pierwszym meczu Włochów na Euro 2012, kiedy Daniele de Rossi
grał na środku obrony, dziękował on właśnie swojemu byłemu
trenerowi za to, że to on pierwszy wystawiał go na tej pozycji.
Jeżeli więc Abramowicz chce mieć
drużynę grającą jak Barcelona, może powinien „zrobić dobry
grunt pod interes” ściągając wpierw trenera z tamtych rejonów,
a przez to mieć kartę przetargową w rozmowach z Guardiolą.
Wracając jeszcze do kibiców Chelsea,
to trzeba przyznać, że znajdują się teraz między młotem a
kowadłem. Z jednej strony atak na Beniteza, jest de facto atakiem na
Abramowicza, z drugiej zaś, jak można atakować osobę, dzięki
której trwa właśnie najlepszy okres w historii Chelsea? Bogatemu
wszak nikt nie zabroni. Na pewno ciekawa sprawa, która będzie miała
swój ciąg dalszy w następnych tygodniach, a o to zadbają też
pewnie dziennikarze, spoglądając na sprawę z wielu stron.
Fani The Blues z zazdrością
spoglądają, jak radzi sobie w West Bromwich ich dawna gwiazda –
Steve Clarke. Szkocki trener osiąga ze swoją drużyną dobre
wyniki, zajmuje już trzecie miejsce w tabeli, a sposób gry nie
wskazuje na to, by gdzieś czaił się spadek formy. Żelazna
defensywa, odziedziczona po Royu Hodgsonie, działa jak w zegarku, a
doświadczenie wyniesione z pracy z Jose Mourinho czy Kennym
Dalglishem procentuje w lepszej organizacji gry ofensywnej. Kiedy
trzeba, Shane Long i spółka utrzymują się przy piłce, kiedy
zachodzi inna konieczność, skupiają się na wyprowadzaniu kontr.
Irlandzkiego napastnika przywołuję tutaj specjalnie, by troszkę
przy nim się zatrzymać. Long na boisku wykonuje tytaniczną
niemalże pracę, nie skupiając się wyłącznie na czekaniu na
dobre podanie od kolegów, ale starając się wykorzystać wszystkie
okazje ku temu, by pomóc swojej drużynie. Po stracie piłki
pierwszy rusza do pressingu, schodzi do boku po piłki, otwierając
przestrzeń dla wbiegających skrzydłowych i pomocników, walczy z
obrońcami, nie wyczekuje błędu rywala, ale sam je powoduje, jak
chociażby w ostatnim meczu z Sunderlandem, kiedy to pobiegł do
piłki będącej już w zasadzie w rękach Mignoleta. Belgijski
bramkarz zagubił się we własnym polu karnym, przegrał pojedynek z
Longiem i mógł tylko modlić się, by ten nie trafił do pustej
bramki z jednego metra. Niebiosa nie okazały się jednak przychylne
Mignoletowi, pewnie dlatego, że podobnie jak cały świat, zanosiły
się od śmiechu.
Sunderland zaś zakończył serię
zwycięstw na jednym meczu z Fulham i wrócił do swojej dawnej,
apatycznej formy. Podopieczni Martina O'Neilla strzelają mało
bramek, a sam szkocki menedżer nie potrafi wskazać przyczyny takie
stanu rzeczy. Nie sposób więc nie wspomnieć o tym, ze coraz
głośniej mówi się o tym, że O'Neill może stracić pracę, a
skoro ruszyła już karuzela trenerska, jest coraz większa szansa,
że nastąpi to w każdej chwili.
Żałuję trochę, że napisałem ten
akapit o Sunderlandzie, bo byłoby piękne przejście do meczu Wigan
z Reading, no ale może uda mi się w inny sposób. Otóż niebiosa,
gdy już opanowały emocje po błędzie Mignoleta, postanowiły
dopomóc biedakowi i przesłoniły jego błąd babolem bramkarza
Wigan – Al-Habsiego. Ten chwalony wcześniej golkiper, który nie
raz ratował swój zespół z niemałych kłopotów, tym razem
popisał się nie lada wyczynem. Po zamieszaniu w polu karnym, piłka
powędrowała wysoko w górę, a opadając, kierowała się w światło
bramki. Omańczyk mógł ją sobie przyjąć na klatkę - nikt go nie
atakował, mógł również wybić ją na rzut rożny i mógł ją
też złapać. Postanowił zrobić jednak wszystko naraz i przez to
futbolówka odbiła się od niego i wpadła do bramki. Była już w
zasadzie końcówka meczu i cenne trzy punkty mogły szybko się
ulotnić. Na ratunek przyszedł jednak niezawodny tego dnia Jordi
Gomez, w ostatniej minucie strzelając bramkę na 3:2, zdobywając swojego trzeciego gola w tym spotkaniu. Gomez jest więc drugim
Hiszpanem, który w Premier League zdobywa hat-tricka (pierwszym był
Fernando Torres).
Była mowa o Reading, więc teraz
kolej na innego beniaminka – Southampton. Przed sezonem pisałem,
że plan trenera Świętych – Nigela Adkinsa to nie tylko
utrzymanie się w lidze, ale przede wszystkim miła dla oka ofensywna
gra. Od początku rozgrywek było widać, że to właśnie przyświeca
drużynie z portowego miasta. Nie szły za tym jednak wyniki, zespół
poza tym, że strzelał sporo, więcej jednak tracił i coraz
głośniej mówiło się o zwolnieniu trenera, co dla mnie było dość
niesmaczne, bowiem to Adkins spowodował, że Southampton awansowało
w dwa sezony z League One do Premier League i warto było dać mu
trochę więcej czasu. Dużo zmieniło zwycięstwo nad QPR i choć to
tylko drużyna z Loftus Road, ta wygrana dała Świętym sporą dozę
pewności siebie. Dlatego też, gdy na St Mary's wybiegły drużyny
Southampton i Newcastle, można było się spodziewać ciekawego
meczu. I tak było w istocie, podopieczni Adkinsa zaciekle atakowali,
na posterunku zwykle był jednak Tim Krul. Ofensywny kwartet
gospodarzy – Ramirez, Lallana, Puncheon i Lambert świetnie
współpracował ze sobą, raz po raz tworząc groźne sytuacje.
Sroki nie mogłyby mieć pretensji, gdyby to spotkanie przegrały
nawet 5:0. Za sprawą jednak trafień Lallany i Ramireza, Święci
wygrali tylko 2:0. Ważne dla Adkinsa jest utrzymanie czystego konta,
co da większą pewność w obronie, a coraz lepiej zgrana ofensywa
na pewno cieszy kibiców i neutralnych widzów. Brawo Southampton, bo
odważna gra ze strony beniaminka zawsze zasługuje na uznanie, a gdy
do tego dochodzą zwycięstwa, warto śledzić poczynania tego
zespołu.
W końcu udało się wygrać
Tottenhamowi. Koguty bez problemu pokonały West Ham 3:1 po naprawdę
dobrej grze. W tym sezonie trudno było o dobrą formę nawet na
przestrzeni jednego spotkania, często któraś z połów była
słabsza (z reguły druga), tym razem podopieczni Villasa-Boasa przez
całe spotkanie zdominowali Młoty. Pierwszy gol padł tuż przed
przerwą, kiedy fenomenalną indywidualną akcją popisał się
Jermaine Defoe. Dostał piłkę tuż przy linii bocznej, pokonał tam
dwóch rywali, ruszył w stronę bramki, na szybkości minął
obrońcę i natychmiast kropnął tuż przy słupku. Zdecydowanie
była to bramka tej kolejki.
Na uwagę zasługuje też w końcu
dobry występ Dempseya, który potrafił odnaleźć się pomiędzy
liniami obrony i pomocy West Hamu, raz po raz służąc kolegom
dobrym podaniem i samemu próbując szczęścia uderzając na bramkę
Jaaskelainena. To on asystował przy bramce Bale'a, przerzucając
piłkę nad obroną, a później obsłużył świetnym, prostopadłym
podaniem Aarona Lennona, a ten wyłożył futbolówkę lepiej
ustawionemu Defoe. Honor West Hamu uratował Andy Carroll, zdobywając
swoją pierwszą bramkę dla tego klubu.
Po kontuzji do Kogutów wrócił też
Mousa Dembele, kluczowy w zasadzie zawodnik dla Villasa-Boasa. Jego
siła, szybkość, drybling i dobra technika pomagała drużynie w
serii zwycięstw, a jego brak był aż nadto widoczny w wielu słabych
spotkaniach. Jeżeli uchroniłby się od urazów, Tottenham może
wrócić na szlak zwycięstw.
We środę na White Hart Lane Spurs
podejmować będą Liverpool, który w niedzielę wybrał się w
delegację do Walii na Liberty Stadium, gdzie spotkał się ze
Swansea. Spotkanie awizowano jako mecz przyjaźni, z uwagi na osobę
Brendana Rodgersa, menedżera Liverpoolu, a byłego trenera Łabędzi. I w istocie tak było.
Drużyny skupiały się na utrzymywaniu się przy piłce, wymienianiu
podań, a że te często były niecelne, wynik po końcowym gwizdku
sędziego był taki sam jak na samym początku. Lepsze sytuacje miał
Liverpool, w tym nieuznaną bramkę Jose Enrique, ale z perspektywy
całego spotkania, można ten wynik uznać za zasłużony dla obydwu
drużyn.
Ten sam rezultat zobaczyli kibice na
Villa Park, gdzie Aston Villa zagrała z Arsenalem. Kanonierzy w
całym spotkaniu oddali tylko jeden celny strzał, co jest wynikiem
dość mizernym, biorąc pod uwagę, że nie grali z najlepszą
defensywą Premier League. Arsenal po raz kolejny pokazuje, że ma
problemy ze sforsowaniem głęboko ustawionej obrony rywali.
Bezbramkowe remisy ze Stoke, Sunderlandem i teraz z Aston Villą –
klub z aspiracjami Arsenalu powinien sobie lepiej poradzić.
Punktami podzieliły się też drużyny
Evertonu i Norwich, z tą jednak różnicą, że zgromadzeni na
Goodison Park zobaczyli przynajmniej bramki. The Toffees bez
Fellainiego nie stanowili tak wielkiego zagrożenia dla rywali, choć
szybko objęli prowadzenie w pierwszym kwadransie gry po strzale
Stevena Naismitha. Nikica Jelavić narzekał na brak asyst od
partnerów i wraz z upływającymi minutami, zapał Evertonu coraz
bardziej malał, co wykorzystali pracowici podopieczni Chrisa
Hughtona. Ich wysiłek został nagrodzony w ostatniej minucie gry,
kiedy dośrodkowanie Javiera Garrido znalazło w polu karnym rywala
Sebastiena Bassonga, a ten skierował piłkę do bramki Tima Howarda.
Everton ciągle jest w czołówce tabeli, dzięki fenomenalnemu
początkowi sezonu, natomiast ostatnio podopieczni Davida Moyesa
wyhamowali, w ostatnich sześciu spotkaniach głównie remisowali,
przegrywając z Reading, a zwycięstwo odnieśli jedynie z
Sunderlandem.
Ze zwycięstw swoich drużyn mogli
cieszyć się natomiast kibice Stoke City i Manchesteru United.
Wicemistrz Anglii miał w pierwszej połowie problemy z drużyną
Queens Park Rangers, więc postanowili od razu po przerwie dać sobie
wbić gola, co jak wskazuje praktyka tego sezonu, wydatnie pomaga
Czerwonym Diabłom. Nie minął kwadrans od bramki Jamiego Mackie,
gdy dośrodkowanie z rzutu rożnego na gola zamienił Jonny Evans.
Irlandczyk tym strzałem otworzył worek z bramkami, bowiem po kilku
minutach było już 3:1, po bramkach wracającego po ciężkiej
chorobie Darrena Fletchera i jokera Javiera Hernandeza. Z trybun Old
Trafford na mecz spoglądał Harry Redknapp, który od niedzieli
pracuje już z drużyną QPR. Jego zadaniem będzie utrzymanie
zespołu w Premier League, a żeby to osiągnąć, będzie musiał
najpierw zjednać sobie szatnię, która to, jeśli wierzyć
doniesieniom mediów, szargana jest wewnętrznymi konfliktami, z
którymi nie mógł poradzić sobie Mark Hughes.
Opowiadanie o meczach Stoke City nigdy
nie jest ciekawym zadaniem, bowiem urokiem drużyny Tony'ego Pulisa
jest to, że piękna gra i porywający futbol nie jest ich mocną
stroną. Zwycięskie dla The Potters trafienie zaliczył Charlie
Adam, który po słabym poprzednim sezonie w Liverpoolu, zaczyna
odzyskiwać formę na Britannia Stadium. Dla Fulham jest to druga
porażka z rzędu, a ostatni raz podopieczni Martina Jola wygrali na
własnym stadionie z Aston Villą 20 października. Teraz czekają
ich dwukrotnie derby – najpierw na wyjeździe z Chelsea, a
następnie u siebie z Tottenhamem.
Następna kolejka ligowa zaczyna się
już jutro, od meczu Sunderlandu z QPR i Aston Villi z Reading. We
środę znacznie ciekawsze spotkania, między innymi Evertonu z
Arsenalem, Chelsea z Fulham, Tottenhamu z Liverpoolem oraz
Manchesteru United z West Hamem.