czwartek, 30 sierpnia 2012

Gran Derbi vol.2 (sprawozdanie)


 Piłkarze Realu Madryt wznieśli trofeum za Superpuchar Hiszpanii po pasjonującym meczu zakończonym ich zwycięstwem 2:1 nad Barceloną i dzięki bramkom na wyjeździe zwyciężyli w całym dwumeczu. Zwycięstwo w bardzo dobrym stylu i absolutnie zasłużone. W pierwszej połowie Real nie pozwolił rywalowi na wiele, wielokrotnie zmuszając obrońców do błędów. Przed meczem pisałem o tym, że podopieczni Mourinho grają „tępo”, bez tej bezwzględności w grze. Real tym meczem pokazał wolę walki i udowodnił wszystkim, że słabsza forma to jedynie sprawa przejściowa. Była to też pierwsza od czterech lat wygrana Królewskich nad Blaugraną na Estadio Santiago Bernabeu. Pokazanie siły przed własną publicznością to ważna rzecz z punktu widzenia psychologicznego, o czym mówił Mourinho przed pierwszym gwizdkiem. Real odbija się od dna i w końcu złapał formę, w najlepszy możliwy sposób i z najlepszym możliwym przeciwnikiem.
Real nie zaczął tak, jak wszyscy się spodziewali. Zaczął jeszcze szybciej, jeszcze mocniej, jeszcze bardziej nękając rywali agresywnym pressingiem. Przez obronę Barcelony przeszło istne tornado, dezorganizacja postępowała, choć bramka padła w wyjątkowo prozaicznych okolicznościach. Pepe wybijał piłkę spod własnego pola karnego, Mascherano minął się z nią i z okazji skorzystał Gonzalo Higuain uderzając między nogami wychodzącego Valdesa. Argentyńczyk na samym początku meczu miał już jedną sytuację, ale nie wykorzystał prostopadłego podania Marcelo posłanego pomiędzy Pique a Mascherano.
Druga bramka dla Realu padła w bardzo podobnych okolicznościach. Długa piłka, posłana za obrońców, do której dopadł Cristiano Ronaldo i sprytnym przerzuceniem piłki piętą nad Pique wyszedł sam na sam z Valdesem. Później nie opanował dobrze piłki i przed strzałem musiał ją sobie jeszcze poprawić. Uderzenie skierowane było co prawda w stronę bramkarza, jednak ten nie potrafił sobie z nim poradzić i futbolówka odbiwszy się od ręki Valdesa poszybowała w krótki róg jego bramki. Real prowadził już 2:0 – miał komfortowy wynik.
Real miał też przewagę jednego zawodnika po pół godzinie gry. Wysoka linia obrony Barcelony po raz kolejny popełniła błąd i Ronaldo, który popędził za kolejną długą piłką został sfaulowany przez Adriano, ostatniego obrońcy przed bramką Barcelony. Tito Vilanova zdecydował się pozostawić czterech obrońców, wprowadzając na miejsce Alexisa Sancheza Montoyę. Cofnął też całą linię obrony, by zapobiec sytuacjom, które doprowadziły do utraty bramek. Barcelona złapała wtedy pewną stabilność w grze, a Mascherano odkuł się za fatalny błąd, w ostatniej chwili wybijając piłkę spod nóg Higuaina.
Pierwsza prawdziwa szansa dla Barcelony miała miejsce na dziesięć minut przed przerwą. Iniesta wstrzelił piłkę wzdłuż bramki, jednak nikt nie znalazł się na tyle blisko futbolówki, by wepchnąć ją do bramki, choć w minimalnie minął się z nią Montoya. Od tego momentu Blaugrana miała zdecydowaną przewagę w posiadaniu piłki, z każdym celnym podaniem łapiąc pewność siebie. Na chwilę przed końcem pierwszej połowy Messi wykonywał rzut wolny na 30 metrów przed bramką Casillasa. Piłka po jego strzale minęła mur i trafiła do siatki tuż przy prawym słupku. Podobnego gola strzelił w niedzielę Luis Suarez przeciwko Manchesterowi City. W obu przypadkach – lepiej się nie dało.
Zanim arbiter zagwizdał, zapraszając piłkarzy na przerwę do szatni, Real mógł odpowiedzieć na bramkę Barcelony. Ronaldo otrzymał piłkę w środkowej strefie boiska, podciągnął ją w stronę bramki i mocno uderzył z dystansu. Strzał minął słupek, jednak nie z tej strony, co trzeba. Chwilę później Angel Di Maria w polu karnym ściął do środka, mijając obrońcę i mając przed sobą kładącego się Valdesa uderzył obok bramki.
W drugiej połowie tempo gry spadło, Real oddał inicjatywę rywalowi i grał bardziej pasywnie. Barcelona częściej utrzymywała się przy piłce, starając się wciągnąć przeciwnika na własną połowę i wykorzystać przestrzeń za obrońcami. Sztuka ta udała się między innymi za sprawą Mascherano, który podobnie jak w pierwszym meczu, posłał dalekie podanie do wychodzącego Pedro. Skrzydłowy Barcelony wyszedł sam na sam z bramkarzem, ale zwycięsko z tego pojedynku wyszedł jednak Casillas. W podobnej sytuacji Jordi Alba co prawda uderzył obok Casillasa, dobrą interwencją popisał się jednak Sergio Ramos, dobrze asekurujący wychodzącego golkipera. Real odpowiedział sytuacjami Khediry i Higuaina. Najpierw to Niemiec spróbował rajdu z piłką, minął kilku rywali i starał się fałszem uderzyć obok Valdesa, ten jednak był na posterunku. Argentyńczyk zaś mógł poczuć deja vu, znalazł się bowiem w podobnej sytuacji, jak kilka razy wcześniej. W stuprocentowej sytuacji chciał pewnym, spokojnym strzałem umieścić piłkę w długim rogu bramki Valdesa, ubiegł go jednak Mascherano, który zmienił tor lotu futbolówki i ta odbiwszy się od słupka wyszła na rzut rożny. Im było bliżej końca meczu, mecz był coraz bardziej otwarty i bezpośredni, jednak biorąc pod uwagę zmęczenie zawodników, nie był toczony w szybkim tempie. W obydwu zespołach zadebiutowali zawodnicy pozyskani w ostatnim tygodniu: Alex Song (zastąpił Busquetsa) i Luka Modrić (w miejsce Ozila). Chorwat dobrze odnalazł się na boisku, nie notując strat, a nawet mógł pokusić się o zdobycie bramki, uderzając z piętnastu metrów. Strzał obronił jednak Valdes. Barcelona mogła wyrównać tuż przed zakończeniem spotkania, gdy Song zgrał do Messiego, a ten uderzył z szesnastu metrów, jednak niecelnie. W podobnej sytuacji znalazł się tydzień temu, efekt ten sam. Tym samym Barcelona dopiero trzeci raz w historii przegrywa w oficjalnym spotkaniu, gdy bramkę strzela Leo Messi.
Sędzia zakończył spotkanie, a zawodnicy obydwu zespołów ruszyli, by sobie nawzajem podziękować za wspaniały mecz. Cieszy widok dużej klasy zarówno u zwycięzców (pomijam Cristiano Ronaldo i Messiego, unikających się jak ognia), jak i u przegranych. W porównaniu z obrazkami z wcześniejszych Gran Derbi, kiedy to walka szła na noże, jest znacznie lepiej – wróciła normalność.

Jakie ten mecz niesie reperkusje? Real pokazał dobrą formę i patrząc przez pryzmat psychologii – złapał dużą pewność siebie. Co więcej, w przekroju całego spotkania to Królewscy byli lepsi, w pierwszej połowie dominując rywala. Może to był wysysający energię blitzkrieg, ale gra odbywała się na zasadach Realu. Jak to określił Graham Hunter, autor książki „Barca” - „były momenty, kiedy można było ogłosić techniczny nokaut”. Wszystkie te sprawy będą skutkować lepszą grą Realu w lidze. Pokonując w dobrym stylu Barcelonę, Los Blancos znowu wskoczyli na tory, po których sunie pociąg mistrzów.
Co zaś to oznacza dla Barcelony? W zapowiedzi pisałem, że Barcelona nic nie musi i choć przegrali z odwiecznym rywalem, co zawsze jest trudne do przełknięcia, w ich grze nie zauważymy zmiany. Są w dość komfortowej sytuacji w lidze, mając pięć punktów przewagi. Grali przez dłuższy czas w dziesiątkę, otrząsnęli się po szoku z początku spotkania, potrafili sobie stworzyć sytuacje. Xavi powiedział, że czuł, że jego drużyna mogła to spotkanie wygrać. Vilanova był dumny ze swoich zawodników. - „Grając w dziesiątkę, do tego na Bernabeu, stworzyliśmy sobie pięć dobrych sytuacji”. Zawodnicy i trener podchodzą do tej porażki dość spokojnie, co zdaje się potwierdzać moją tezę.  

środa, 29 sierpnia 2012

Gran Derbi vol.2 (zapowiedź)


 Gdyby nie bramkarze obydwu drużyn, ten mecz nie miałby jakiegokolwiek znaczenia. Gdy w 85 minucie pierwszego spotkania na Camp Nou Messi znalazł się w sytuacji sam na sam z Casillasem, wielu widziało już na tablicy świetlnej wynik 4:1. Cztery-jeden. Deklasacja. Causa finita.
Casillas jednak strzał obronił, a chwilę później jego vis-a-vis popełnił fatalny błąd, wykorzystany przez Angela Di Marię i obie strony zeszły do szatni z wynikiem 3:2. Sprawa ciągle otwarta.
Jose Mourinho przed poprzednim spotkaniem bagatelizował znaczenie dwumeczu z Barceloną tłumacząc, że woli przegrać ten mecz, jeżeli to oznacza, że wygra całą ligę. Nie spodziewał się jednak, że rewanż będą poprzedzać trzy spotkania bez zwycięstwa. Barcelona z kolei zanotowała stuprocentową skuteczność. Trzy mecze – trzy zwycięstwa.
Wiele więc wskazuje, że spotkanie na Santiago Bernabeu jest ważniejsze dla Realu. Barcelona nic nie musi, w lidze mają pięć punktów przewagi, a te rozgrywki są bardziej istotne. Dla Królewskich nie ma lepszej okazji niż Gran Derbi, by wyjść z kryzysu. Kibice zaczynają się niepokoić i jeżeli Blancos nie pokażą się z jak najlepszej strony, na meczu z Granadą fani mogą okazać w sposób dobitny swoje niezadowolenie.
To ważny mecz z punktu widzenia psychologicznego, co zauważa sam trener Realu. Mourinho był poirytowany grą swoich podopiecznych w meczu z Getafe i nie ukrywał tego na konferencji prasowej zaraz po spotkaniu. Teraz zaś nabiera wody w usta.
- „Rozmawiałem z piłkarzami, nie mam natomiast nic do powiedzenia prasie” - mówił Portugalczyk. - „Nieistotne jest dla mnie, czy wygramy, czy przegramy, chcę tylko wiedzieć, czy mentalność drużyny z meczu z Getafe to tylko przejściowa sprawa, czy jest to problem zbierający się w zespole od dłuższego czasu.” - dodał. Jego drużyna może przegrać, ale warunkiem koniecznym, żeby być zadowolonym z zespołu, to odpowiednia mentalność.
Realowi brakuje zaangażowania, ich gra jest – jak to określili eksperci w studio Canal + - „tępa”. Piłkarzom brakuje tego czegoś, co Argentyńczycy określają jako garra (dosłownie: pazur). Wielu uznaje to za fundament powodzenia w tym sporcie. Kibice potrafią wybaczyć sporo, jeżeli widzą, że ich zespół cechuje wielki charakter, że ta drużyna ma duszę. Jeżeli piłkarze pokażą ten pazur i zagrają tak, jak chce ich trener i kibice – mogą odkuć się za wcześniejsze wpadki i złapać rytm gry, pewność siebie, by w następnych meczach wygrywać tak, jak to mieli w zwyczaju w poprzednich rozgrywkach. Jeżeli uda się przy tym zdobyć Superpuchar- tym lepiej.
Dlatego też można się spodziewać, że Real rzuci się do ataku od pierwszych minut. Niewykluczone jest, że szybko zobaczymy bramkę, a wtedy przekonamy się kto jest lepszym taktykiem i kto potrafi utrzymać nerwy na wodzy. Szykuje się więc pasjonujące spotkanie, oby tylko z szacunkiem dla rywala.

29.08.2012


 Poza Premier League piłkarze również nie próżnują i rozkręcają sezony w swoich ligach. Serie A rozpoczęła swoje rozgrywki, najciekawszym zaś wydarzeniem był powrót Zdenka Zemana na stanowisko pierwszego trenera AS Romy. Czech znany jest z bardzo ofensywnej filozofii futbolu, dla niego liczy się tylko gra do przodu. Jego piłkarze nie przejmowali się zbytnio obroną i tylko dobrej postawie Stekelenburga zawdzięczają, że na przerwę w meczu z Catanią schodzili jedynie z jednobramkową stratą. A bramkę stracili za sprawą Marchesiego, który dobił uderzenie kolegi z rzutu wolnego.
W drugiej połowie Roma grała z większym animuszem, akcje zaczęły się zazębiać i bramkę czuć było w powietrzu. Niecały kwadrans po przerwie z piłką przed polem karnym Catanii znalazł się Daniele De Rossi i miękko wrzucił futbolówkę za plecy obrońców. Tam miejsce znalazł sobie Pablo Osvaldo i przepięknym uderzeniem przewrotką uderzył w długi róg bramki Andujara. Giallorossi złapali wiatr w żagle. Udało im się zdobyć jeszcze jednego gola. Nico Lopez przyjął długie zagranie w polu karnym, natychmiast przerzucił nad obrońcą i zewnętrzną częścią stopy z woleja zmieścił piłkę pomiędzy Andujarem a słupkiem. Na Twitterze natychmiast porównywano tę bramkę do gola Paula Gascoigne'a strzelonego na Mistrzostwach Europy w 1996 roku.
Problem Romy polegał na tym, że dzięki opieszałości obrony była to tylko bramka wyrównująca. Chwilę po fali ataków Rzymian, Catania wyprowadziła kontrę i niepilnowany Gomez uderzył obok wychodzącego Stekelenburga. Po bramce Lopeza Sycylijczycy zdołali wyprowadzić jeszcze jedną bramkę, tym razem jednak poprzeczka wybawiła podopiecznych Zemana od porażki na inaugurację.
Po meczu trener Romy narzekał na grę swojego zespołu, krytykując zwalnianie gry i „bezsensowne podania do boku”. Nikt się nie spodziewał, że Luis Enrique miał taki wpływ na futbol prezentowany przez Giallorossich. Kibice Romy z jednej strony mogą się cieszyć, że ich zespół zdołał dwukrotnie odwrócić losy spotkania i to we wspaniałym stylu, z drugiej zaś widać było sporo błędów, które lepsi rywale mogą bez problemu wykorzystać. Na pewno jednak mecze Romy przyniosą sporo emocji, a to z kolei dla kibica postronnego jest najważniejsze.
Z kolei piąty zespół poprzedniego sezonu Serie A – Napoli - pojechał w gościnę do innego sycylijskiego klubu – Palermo. Faworytem spotkania byli neapolitańczycy i swoją rolę wypełnili w stu procentach. Zdominowali rywala, wymieniali więcej podań, choć w pierwszej połowie sytuacji strzeleckich było jak na lekarstwo.
Tuż przed przerwą goście stworzyli sobie dwie dobre sytuacje. Najpierw Edinson Cavani trafił w poprzeczkę z metra (sic!), później jednak udało się umieścić piłkę w bramce. Piłkarze Napoli wymienili kilka podań na połowie rywala, Maggio podał do wychodzącego na czystą pozycję Hamsika, a ten strzelił nie do obrony w krótki róg bramki Palermo. - „To są takie gole Hamsika, które wstrząsnęłyby San Paolo” - pisano na twitterze.
W tym momencie Napoli miało duży spokój w grze i mogli skupiać się na kontratakach, a trzeba przyznać, że Palermo ułatwiało im zadanie, będąc w beznadziejnej formie ofensywnej. Po jednej z kontr Maggio podwyższył rezultat na 2:0, wykorzystując podanie Hamsika. Wynik spotkania ustalił Cavani, który w podobnej sytuacji jak wcześniej, tym razem zdołał strzelić bramkę. Napoli zagrało dobry mecz i wraz z Interem znajduje się na szczycie tabeli.

Inter swój mecz przekonująco wygrał, a Milan męczył się z beniaminkiem z Genui – Sampdorią – aż w końcu przegrał. To pierwsza taka sytuacja od 53 lat. Rossoneri kilkukrotnie trafia piłką w słupek lub poprzeczkę, jednak to Sampdoria zdobyła jedynego gola, dzięki główce Andrei Costa.
Atmosfera wokół San Siro nie jest pozytywna, kibice oprócz transparentów „pozdrawiających” Antonio Cassano wywiesili również wiadomość dla zarządu: „31 sierpnia, czekamy cierpliwie”.
Pomimo utraty Thiago Silvy i Ibrahimovica, Milan ciągle ma bardzo dobrych zawodników. Kevin Prince Boateng, Robinho, Riccardo Montolivo czy też Antonio Nocerino i powinniśmy spodziewać się, że drużyna złożona z tych zawodników wygra z szóstą ekipą poprzedniego sezonu Serie B. Coraz głośniej pojawiają się pytania, czy Massimiliano Allegri jest odpowiednim trenerem dla tej grupy piłkarzy. Frank de Boer – trener Ajaxu – mówi, że całość to więcej niż suma składników. Milan w tym to momencie to tylko właśnie suma składników, bez spajającej ich wspólnej wizji futbolu, niezależnie od tego, jaką ona jest. Jeżeli Milan dalej będzie grał tak słabo, posada Allegriego może być poważnie zagrożona.

Źle się dzieje także w państwie baskijskim. Poniedziałkowa porażka z Atletico Madryt jest tylko wierzchołkiem góry lodowej o nazwie „Problemy Athleticu”. Choć w poprzednim sezonie udało się awansować do finału Pucharu Króla i finału Ligi Europejskiej, podopieczni Marcelo Bielsy we wspaniałym stylu rozprawili się z Manchesterem United, czy Schalke, do nowych rozgrywek przystępują w minorowych nastrojach.
A jeszcze kilka miesięcy temu nikt nie przypuszczał, że tak to będzie wyglądać. Wspaniałą wieścią dla kibiców było przedłużenie kontraktu z argentyńskim trenerem. Teraz wystarczyło tylko wzmocnić ławkę rezerwowych i można było myśleć o miejscach gwarantujących start w Lidze Mistrzów. Drużyna grała ładną piłkę, zachwycającą kibiców w całej Europie.
Problem tkwi jednak w tym, że styl gry narzucony przez Bielsę jest bardzo wymagający od piłkarzy zarówno na płaszczyźnie wydolności fizycznej i psychicznej. Iker Muniain zaprzeczył, że Argentyńczyk jest szalony tak, jak ludzie mówią. On jest jeszcze większym szaleńcem. A to ma wpływ na piłkarzy.
Na pięknym obrazku rysy zaczęły się pojawiać na moment przed rozpoczęciem przygotowań do sezonu. Bielsa zwołał konferencję, na której w mocnych słowach skrytykował klub za problemy z remontem ośrodka treningowego, do tego otwarcie przyznał, że stosunki pomiędzy nim a prezydentem klubu są dość napięte. - „Jak to jest, że zarówno moja osoba, jak i klub widzimy rzeczywistość w różny sposób, choć pracujemy, by osiągnąć wspólny cel?” - pytał w swoim oświadczeniu Bielsa. Skonkludował to mówiąc, że taka sytuacja zmienia jego znajomość z szefostwem klubu.
Obie strony chciały zamieść sprawę pod dywan, jednak napięcie pozostało, udzielając się jednocześnie wszystkim zaangażowanym w klub. Oliwy do ognia dodały dwie największe gwiazdy klubu – Javi Martinez i Fernando Llorente – ogłaszając, że chcą odejść z zespołu i walczyć o wyższe cele. Powodem rzekomo nie miał być Bielsa, sam nawet o to zapytał, ale nie da się ukryć, że są różnice pomiędzy oczekiwaniami trenera, a odzewem piłkarzy.
Bilbao traci swoich najlepszych zawodników, a kłopotem w takiej sytuacji staje się polityka klubu, która zakłada kupowanie tylko piłkarzy z baskijskim rodowodem. 60 mln euro, które można zyskać na sprzedaży to sporo pieniędzy, ale problem może być dalekosiężny. Martinez i Llorente przecierają szlak, którym mogą podążyć inni, wybijający się zawodnicy: Iker Muniain. Markel Susaeta, Ander Herrera.
W Athleticu da się wyczuć bezsilność wobec tej sytuacji. Tak właśnie określił grę swojej drużyny Bielsa po meczu z Atletico Madryt. Choć Baskowie mieli większe posiadanie piłki, nie oddali ani jednego strzału celnego, a piłkarze z Madrytu – 14. Cztery z nich trafiły do siatki, a hat-tricka strzelił Kolumbijczyk Falcao. Pierwsze dwie jego bramki to popis wspaniałych umiejętności technicznych. Najpierw urwał się obrońcy na lewej stronie, ściął do środka przy linii końcowej i sprytnym uderzeniem przerzucił piłkę nad Iraizozem. Kilkanaście minut później Falcao otrzymał dośrodkowanie na dalszy słupek, wzbił się w powietrze i z woleja, nogą uniesioną na wysokości półpiętra umieścił piłkę w siatce. W drugiej połowie kolumbijski napastnik dorzucił jeszcze gola z karnego, by zostać zmienionym przez Thiago, który zza pola karnego silnym strzałem w okienko dorzucił czwartą bramkę dla swojego zespołu.
Bilans Athleticu jest nieciekawy. Ostatnie miejsce, dziewięć straconych bramek. Z drużyny, która odważnie i z sukcesami grała na Old Trafford czy Veltins Arena, zostały tylko popioły.
Przy kryzysie w Bilbao, trudne chwile w Realu mogłyby być klaunem, ale i tak pięć punktów straty do prowadzącej Barcelony to jak na późny sierpień dość sporo. Tylko punkt na sześć możliwych, apatyczna, bezpłciowa gra – kibice Królewskich nie mogą być zadowoleni. Po remisie na własnym stadionie z Valencią przyszła porażka z Getafe na wyjeździe.
Blancos co prawda prowadzili, jednak znowu nie potrafili utrzymać się przy piłce, dobrze rozegrać i w konsekwencji musieli przełknąć gorycz porażki. - „Moja drużyna zagrała beznadziejnie, nie zasłużyliśmy na zwycięstwo” - mówił po meczu trener Realu Jose Mourihno. Na prowadzenie wyprowadził ich Gonzalo Higuain, który wykorzystał podanie Di Marii i na raty pokonał bramkarza Getafe Miguela Moyę. Mógł to być gol na 2:0, jednak kilkanaście minut wcześniej Mesut Ozil zamiast do bramki, z pięciu metrów uderzył w słupek bramki Getafe.
Kilka minut po przerwie, Barrada dośrodkował piłkę z rzutu wolnego, a ta trafiła wprost na głowę Valery, który skierował ją do bramki Casillasa. Na kwadrans przed zakończeniem spotkania Getafe objęło prowadzenie, za sprawą Barrady i jego mocnego uderzenia obok wychodzącego kapitana reprezentacji Hiszpanii.
Real nie potrafił odpowiedzieć na bramki rywala i po nerwowej końcówce przegrał z niżej notowanym rywalem. W tym sezonie Królewscy nie wygrali ani jednego oficjalnego spotkania. To nie tak miało być.

To nie tak miało być również na Reyno de Navarra, gdzie Osasuna zagrała z Barceloną. Katalończycy mieli przyjechać po swoje i spokojnie wywieźć trzy punkty. Piłkarze z Camp Nou przegrywali jednak już po kwadransie, kiedy to Joseba Llorente posłał piłkę do bramki Victora Valdesa.
Barcelonie gra się nie kleiła, ich akcje były rwane, choć trzeba przyznać, że dwukrotnie przeszkodził im asystent sędziego, dostrzegając spalone tam, gdzie ich nie było. Do klubu Ozila i Cavaniego dołączył zaś Andres Iniesta, który nie wykorzystał dogodnej sytuacji i trafił w poprzeczkę, uderzając z bliskiej odległości.
Osasuna mogła podwyższyć prowadzenie dwadzieścia minut przed końcem spotkania. Nierozsądne zachowanie Busquetsa na 30 metrów przed własną bramką wykorzystał Nino i odbierając piłkę defensywnemu pomocnikowi Blaugrany popędził z piłką ku Victorowi Valdesowi. To powinna być bramka, jednak piłka obiła słupek z zewnętrznej strony.
Po raz kolejny sprawdziło się wtedy stare, piłkarskie przysłowie, że „niewykorzystane sytuacje się mszczą”. I tak, chwilę po sytuacji Nino, Barcelona wyrównała rezultat spotkania. Messi wykorzystał podanie Alexisa Sancheza i wepchnął piłkę do bramki, zaś pięć minut później Argentyńczyk zapisał na koncie Jordiego Alby asystę i z szesnastu metrów strzałem po ziemi zapobiegł utracie punktów przez Barcelonę.
Nie był to jednak fenomenalny mecz drużyny Tito Vilanovy, który przez swoje zachowanie został odesłany na trybuny. Dwie największe ekipy hiszpańskiej piłki nie zachwyciły, ale tylko Barcelona pokazała, jak wygrać, gdy nie do końca wszystko wychodzi.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

2. kolejka Premier League


 Piłkarze w Premier League po świetnym początku sezonu w drugiej kolejce potwierdzili, że kibiców czeka wspaniały sezon. Zaczynamy od Liberty Stadium, gdzie miejscowa Swansea podejmowała u siebie beniaminka z wschodniego Londynu – West Ham United.
Łabędzie wygrały 3:0 i pokazali, że zwycięstwo 5:0 z QPR na inaugurację sezonu bynajmniej nie było jednorazowym wyskokiem. Zero straconych bramek, osiem po stronie zdobytych, piękny, otwarty futbol – pod wodzą Michaela Laudrupa Swansea gra tak, że ręce same składają się do oklasków. Piłkarzy z Walii docenił nawet Cesc Fabregas, chwaląc ich na swoim twitterze.
Znowu świetnie zaprezentował się hiszpański pomocnik Michu, który po dwóch bramkach zdobytych na Loftus Road, znowu trafił do siatki, wykorzystując błąd Collinsa. Po bramce dołożyli Angel Rangel, choć w tym przypadku dużo dał od siebie Jussi Jaskelainen oraz Danny Graham, który wykończył fenomenalną wymianę kilkunastu podań. Laudrup udanie kontynuuje dzieło Brendana Rodgersa i z optymizmem może podchodzić do następnych spotkań.

Sexy football zaprezentowała też Chelsea. Pisałem, że The Blues mogą mieć problemy z Newcastle. Większych kłopotów nie stwierdzono, a zespół Di Matteo coraz bardziej zbliża się do stylu gry, którego niczym świętego Graala szukał właściciel klubu Roman Abramowicz. Po zdobyciu Ligi Mistrzów Hiszpan Juan Mata, pomimo wielkiej radości z niewątpliwego sukcesu żałował, że nie dane mu było uczestniczyć w akcjach zespołu tak, jakby chciał. Brakowało mu gry po ziemi, ofensywnej piłki. Teraz, wraz z przyjściem Edena Hazarda ma okazję do tego, by grać tak, jak lubi najbardziej.
Nie trzeba było długo czekać by Belg z Hiszpanem zaczęli się szukać na boisku, ośmieszając przy tym obronę rywala. Swoboda, z jaką poruszają się po boisku zasługuje na najwyższe uznanie. Duet pomocników ze Stamford Bridge zaprasza do tańca innych zawodników. Najbardziej ochoczo do wspólnych pląsów dołączył zdobywca Złotego Buta Euro 2012 – Fernando Torres. W meczu z Newcastle wpierw wywalczył karnego, a następnie przepięknym strzałem w okienko bramki Krula wykorzystał asystę Edena Hazarda. Chwilę przed golem Torresa piłka wędrowała jak po sznurku pomiędzy zawodnikami The Blues. Szybka wymiana futbolówki zdezorganizowała obronę Srok, a uderzenie Hiszpana posłało ich na kolana.
Do drużyny tuż przed meczem dołączył kolejny Hiszpan - Cezar Azpilicueta, poprzednio prawy obrońca Olympique Marsylia – oraz były skrzydłowy Wigan Victor Moses. - „Mamy skład, który może zmieniać swoje nastawienie. Pokazaliśmy w poprzednim sezonie, że potrafimy się bronić i wyprowadzać kontry, a teraz gramy też ofensywną piłkę” - powiedział po meczu Fernando Torres.

Po zawstydzającej porażce z West Bromwich Albion kibice Liverpoolu truchleli na myśl o kolejnym spotkaniu, tym razem z Mistrzem Anglii – Manchesterem City. Brendan Rodgers wystawił drużynę, w której nie było ani jednego zawodnika kupionego za duże pieniądze przez Kenny'ego Dalglisha. W wyjściowym składzie znalazło się natomiast miejsce dla siedemnastoletniego Raheema Sterlinga. Energiczny skrzydłowy zagrał bardzo dobre spotkanie, kryjąc Jamesa Milnera przez cały mecz, by później nacierać na Kolo Toure, uprzykrzając mu życie przez cały mecz. Jednak zawodnikiem meczu, przynajmniej według stacji Sky Sports, został walijski pomocnik Joe Allen. Niemal stuprocentowa skuteczność podań, najwięcej przechwytów w drużynie – jego gra na pozycji defensywnego pomocnika (tam musiał grać po szybkiej kontuzji Lucasa) mogła się podobać. Gdy do składu dołączy Nuri Sahin, może on stworzyć udany duet z Walijczykiem.
Gra Liverpoolu mogła się podobać, często udawało im się przedostawać pod bramkę rywala i nawet biorąc pod uwagę klasę Manchesteru City – mogą odczuwać niedosyt. Obydwie bramki stracili po ewidentnych błędach własnej obrony, które wykorzystali Yaya Toure i Carlos Tevez. Przy setnej w Anglii bramce Argentyńczyka asystował Martin Skrtel, który zbyt lekko podawał do Pepe Reiny. Słowak zafundował sobie prawdziwą drogę z nieba do piekła, bo to on otworzył wynik spotkania wykorzystując dośrodkowanie Gerrarda z rzutu rożnego.
The Reds prowadzili również po fenomenalnej bramce Luisa Suareza z rzutu wolnego. Urugwajczyk zmieścił piłkę w jedynym miejscu, które oznaczało zdobycie bramki – obok muru i tuż przy słupku bramki Joe Harta. Niestety dla kibiców zgromadzonych na Anfield Road, ich ukochanej drużynie nie udało się utrzymać prowadzenia i musieli podzielić się punktami z Mistrzem. Joe Allen określił ten mecz jako „bitter sweet” i to chyba najlepiej oddaje to spotkanie.

Chwilę przed meczem Liverpoolu skończyło się spotkanie na Britannia Stadium pomiędzy Stoke City a Arsenalem. Podróż do – jak to nazywają fani londyńskiego klubu - „Mordoru” zawsze była dla Kanonierów trudną przeprawą. Nie inaczej było i tym razem i po dość nudnym spotkaniu podopieczni Arsene'a Wengera wywożą tylko jeden punkt. Francuski menedżer co prawda określił to jako niezły rezultat, ale - choć było lepiej niż tydzień temu w meczu z Sunderlandem – gra nie do końca Arsenalowi się układa. Każdy z zawodników ofensywnych ma spory potencjał, ale na tę chwilę nie potrafią grać razem ze sobą. Cazorla pozostawia dobre wrażenie, szuka gry, jednak brakuje mu zgrania i zrozumienia poruszania się kolegów po boisku.
Za często piłkarze Arsenalu próbują indywidualnych akcji, jak na przykład Olivier Giroud, który oddał strzał z dystansu miast podawać do wychodzącego na czystą pozycję Aarona Ramseya. Abou Diaby zaś wolał kiwać się w polu karnym zamiast po prostu strzelić na bramkę. To musi być poprawione i raczej nie ulega wątpliwości, że w końcu gra Arsenalu zacznie się zazębiać.
Następny mecz Kanonierzy rozgrywają na Anfield, gdzie obrona rywala nie będzie kurczowo trzymać się swojego pola karnego, więc na pewno będzie więcej przestrzeni dla ofensywnych zawodników z północnego Londynu.

W sobotnie popołudnie na White Hart Lane zmierzył się derbowy rywal Arsenalu – Tottenham z West Bromwich Albion. W pierwszej połowie Koguty zdecydowanie zdominowały rywala. Pressing, szybka wymiana piłki doprowadziła do kilku sytuacji, zmarnowanych w spektakularnym stylu. Dość powiedzieć, że pierwszy raz Bena Fostera piłkarze Spurs sprawdzili na chwilę przed końcem pierwszej połowy, gdy lekki strzał zza pola karnego oddał Jermaine Defoe. Co prawda świetnie grał Bale, aktywny był również van der Vaart, ale wszystko rozbijało się o wykończenie akcji.
W drugiej połowie zaś, gdy Andre Villas-Boas zdecydował się na wycofanie jednego środkowego pomocnika na rzecz Emanuela Adebayora, mecz wyrównał się i otworzył. Steve Clarke odpowiedział wprowadzeniem Romelu Lukaku, który mocno pomieszał szyki obrońcom Tottenhamu. Silny belgijski napastnik nękał Gallasa i Vertonghena, tworząc zalążki sytuacji podbramkowych. Bez przewagi w środku pola, z trudnościami w obronie, Koguty oddały inicjatywę.
Paradoksalnie, to oni strzelili pierwszego gola. Sigurdsson wykonywał rzut rożny, jego dośrodkowanie wybił obrońca WBA, a piłka spadła wprost to Benoit Assou-Ekotto. Ten zbyt długo się nie zastanawiając, mocno uderzył na bramkę rywala. Po drodze futbolówka odbiła się od jednego z obrońców i - kompletnie zaskakując bramkarza - zatrzepotała w siatce.
W tym momencie aż prosiło się o utrzymywanie się przy piłce, jednak czuć było dużą nerwowość w szeregach Tottenhamu. West Brom ciągle próbował atakować, spychając rywala coraz bliżej iego bramki. Prowadzenie wisiało na włosku, tylko wybicia z linii bramkowej i wślizgi ostatniej szansy ratowały piłkarzy Spurs przed wyrównującą bramką. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze. Nieudane wybicie piłki z własnego pola karnego zostało przejęte przez piłkarzy WBA. Piłka trafiła do Morrisona, który spokojnym strzałem posłał piłkę tuż przy słupku bramki Friedela. Piłkarze gości zaczęli padać sobie w ramiona, jakby zdobyli mistrzostwo świata. Widać, jak bardzo zależało im na tym remisie.
Z wyniku nie może być zadowolony trener Tottenhamu Andre Villas-Boas, choć momentami gra jego drużyny ocierała się o poszukiwany przez niego ideał. Są jednak pewne braki w kadrze, które ten mecz doskonale uwydatnił. Wykończenie akcji zakrawa o kpinę, a do tego brakuje porządnego rozegrania, zarówno w kontekście kreowania gry, jak i zwykłego utrzymywania się przy piłce. Na pewno łatwiej będzie grało się drużynie, gdy do niej trafi dobry środkowy pomocnik i do tego bramkostrzelny napastnik.

Kolejny londyński klub – Fulham – wybrał się w delegację na Old Trafford. Delegację, która zaczęła się w najlepszy możliwy sposób. Damien Duff tym razem znalazł się po drugiej stronie zagrania z rzutu wolnego i strzałem po ziemi rozwiązał worek z golami.
Po kilkunastu minutach był już remis, kiedy to dośrodkowanie Patrice'a Evry fantastycznym półwolejem w długi róg bramki Schwarzera na bramkę zamienił Robin van Persie, jednocześnie strzelając swojego pierwszego gola w barwach Czerwonych Diabłów. Chwilę później Australijczyk musiał wyjmować piłkę z siatki po raz drugi, gdy Shinji Kagawa dobił strzał Cleverleya zza pola karnego. Na kilka minut przed przerwą na dwubramkowe prowadzenie United wyprowadził Rafael da Silva, główką pokonując bramkarza Fulham.
Na cichego bohatera spotkania wyrastał w międzyczasie David de Gea, raz po raz efektownie broniąc strzały Duffa i Petrica. Zasłużyłby sobie na piwo od kolegów, gdyby nie sytuacja z 64 minuty. Jeden z piłkarzy Fulham posłał piłkę w pole karne i ta znalazła się w obrębie trójkąta De Gea-Vidić-Petrić. Hiszpan próbował ją wybić, jednak zaskoczył wszystkich, a szczególnie swojego kolegę z obrony, nie doskakując do niej w odpowiednim tempie i ta odbijając się od Serba wpadła do bramki Manchesteru.
Piłkarze z Craven Cottage zwietrzyli szansę na uzyskanie dobrego wyniku, próbując coś ugrać w tym spotkaniu. Wspaniały mecz rozegrał Moussa Dembele. Belgijski pomocnik był tego dnia istnym królem środka pola – udanie odbierał piłkę, dryblował, podawał. Każdy trener chciałby mieć takiego zawodnika w drużynie. Oprócz Dembele wyróżnił się również Bryan Ruiz, który wielokrotnie próbował pokonać De Geę i był tego bliski, jednak jego strzał został wybity z linii bramkowej przez hiszpańskiego golkipera.
Kibice United zapamiętają z pewnością nazwisko Hugo Rodallegi. Kolumbijski zawodnik oddając strzał na bramkę, drasnął nogę Wayne'a Rooneya. To draśnięcie okazało się jednak sporą raną na udzie Anglika, co może dla niego oznaczać długą przerwę w grze. Badania w szpitalu wykazały, że korki Rodallegi weszły dość głęboko w mięsień Rooneya. Czy to był nieszczęśliwy wypadek, czy jednak napastnik Fulham miał lekko podrasowane buty – to wykaże pewnie śledztwo. W każdym razie sir Alex Ferguson będzie musiał obejść się bez swojego asa.

- „Jestem bardzo zadowolony, ponieważ wiedzieliśmy, jak trudne może być to spotkanie i pierwsze pół godziny to pokazało. Kiedy przyjeżdżasz do Southampton, które jest na fali wznoszącej, trzeba przetrwać początek spotkania” - tak po meczu swojej drużyny mówił Roberto Martinez, trener Wigan.
W istocie, pierwszy gwizdek był sygnałem dla Świętych, by atakować. Bramkarz The Latics al-Habsi dwoił się i troił broniąc strzały Lallany, Rodrigueza i Foxa. Szczęśliwe dla Wigan, pierwsza część spotkania zakończyła się bezbramkowym remisem.
Choć na samym początku drugiej połowy al-Habsi znowu musiał pokazać pełnię swoich umiejętności zatrzymując uderzenie Lamberta, to chwilę później jego vis a vis musiał wyciągać piłkę z bramki po ładnym strzale w okienko Franco Di Santo. Southampton nie zamierzał zaprzestać ataków, jednak były one dość nerwowe. Strzały z dystansu bronił niezawodny al-Habsi, który wyciągał się jak struna utrzymując prowadzenie swojej drużyny. Pomagała mu w tym również poprzeczka, zatrzymawszy główkę Josa Hooivelda.
Niewykorzystane sytuacje się mszczą, co dobitnie pokazała akcja na chwilę przed końcem spotkania. Arouna Kone popędził na bramkę Davisa odbierając wcześniej na granicy faulu piłkę Fonte. Będąc sam na sam z bramkarzem Świętych, mocnym strzałem ustalił wynik spotkania na 2:0.

Najwięksi przegrani poprzedniej kolejki – obie drużyny przegrały swoje spotkania 5:0 – spotkali się w sobotę na Carrow Road, gdzie Norwich City podejmował QPR. Gospodarze lepiej weszli w to spotkanie i już niemal po kwadransie prowadzili po bramce Simeona Jacksona, który zakończył ładną akcję swojej drużyny strzałem z najbliższej odległości. W drużynie Chrisa Hughtona świetnie prezentował się szkocki skrzydłowy Robert Snondgrass, zapisujący na swoim koncie asystę.
Piłkarze z zachodniego Londynu kompletnie nie potrafili odnaleźć się na boisku, zawodzili szczególnie obrońcy. Nic dziwnego więc, że Mark Hughes ciągle szuka wzmocnień w tej formacji, sondując możliwość transferu Ricardo Carvalho i Michaela Dawsona. Norwich powinni wykorzystać błędy rywala i podwyższyć swoje prowadzenie, jednak swoje trzy grosze do meczu postanowił dorzucić sędzia Mark Clattenburg. Najpierw zauważył problematycznego karnego przy interwencji Bassonga na Djibrilu Cisse, później zaś nie dostrzegł Bobbyego Zamory będącego w szesnastce rywala tuż przed wykonaniem go przez poszkodowanego. Efekt? Zamora trafia do siatki będąc pierwszy przy piłce odbitej przez Ruddyego. Hughtonowi w wyrażeniu swojego zdania na temat decyzji sędziego przeszkadzała tylko wizja kary nałożonej przez FA.
Norwich nie pomagało też szczęście. Kilkanaście minut przed zakończeniem spotkania strzał Snodgrassa z główki minął bramkę QPR, chwilę później podobne uderzenie Russella Martina trafiło w poprzeczkę. Hughton może być zadowolony z gry drużyny, jednak nie da się ukryć, że jego zespół powinien wygrać w tym spotkaniu. Warto popracować nad wykończeniem akcji.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Bundesliga 2012/2013


 Meczem Borussii Dortmund z Werderem Brema rozpoczął się jubileuszowy, 50-ty sezon Bundesligi. Ruszyła niemiecka liga, mająca fundament nie w wielkich wydatkach transferowych swoich drużyn, tylko w nieprzebranej rzeszy kibiców, szczelnie wypełniających stadiony na każdym meczu. Nic dziwnego – kluby w większości są ich własnością, bilety jak na status jednej z największych europejskich lig są bardzo tanie, a karnety sprzedają się jak ciepłe bułeczki. Na razie sprzedano ich ponad 400 tys., a w dziewięciu klubach skończyła się już ich pula, mniejsza niż pojemność stadionu, by mecze były dostępne również dla zwykłych fanów.

Klub z Dortmundu przystępuje do nowego sezonu w dobrych nastrojach. Do klubu przyszedł Marco Reus, uznany za najlepszego niemieckiego piłkarza ostatniego roku, który ma zastąpić w drużynie Shinji Kagawę, próbującego teraz swych sił w Manchesterze United. Reus ma wszystko, by udało się Borussii zrekompensować utratę jednej ze swoich największych gwiazd. Poza Japończykiem, w klubie zatrzymano wszystkich najlepszych zawodników. Lewandowski, który zdaniem dziennikarzy miał przejść do praktycznie każdego klubu z pierwszej szóstki Premier League, pozostał na Signal Iduna Park ku uciesze kibiców i działaczy. Celem Borussii na ten sezon, poza obroną tytułu mistrzowskiego, co oznaczałoby trzy mistrzostwa z rzędu, rzecz niespotykana poza Monachium od czasów wspaniałej drużyny z Monchengladbach, będzie udane zaprezentowanie się w europejskich pucharach. W przeciwieństwie do poprzedniego sezonu, gdy klub z Zagłębia Ruhry uplasował się na ostatnim miejscu w swojej grupie, wszyscy oczekują, że tym razem Borussia znajdzie się w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. Jurgen Klopp z pewnością będzie wymagał od swoich zawodników jeszcze większego zaangażowania. -„Drużyna ma szczęście, że to ja ich trenuję, bo jestem nieustannie głodny czegoś więcej” - przekonuje Niemiec.

Krajowe nemesis Borussii z ostatnich dwóch lat – Bayern Monachium nie zamierza zasypiać gruszek w popiele i po sezonie upokorzeń ostro wziął się do roboty, chcąc odzyskać należne mu tytuły. Do klubu zawitał przede wszystkim Matthias Sammer, zastępując na stanowisku dyrektora sportowego Christiana Nerlingera. Wraz z Sammerem do klubu przyszedł szwajcarski uniwersalny pomocnik Xherdan Shaqiri, Brazylijczyk Dante, wcześniej zawodnik Gladbach, oraz gwiazda chorwackiej reprezentacji na Euro – Mario Mandżukić, który już zdążył zaprezentować się ze świetnej strony w meczu Superpucharu Niemiec z Dortmundem. W tym sezonie na Allianz Arena występować też będzie Claudio Pizarro, który przyszedł do bawarskiego klubu z Werderu Brema. Największy transfer ma dopiero nastąpić. Wciąż trwają negocjacje z Athleticiem Bilbao w sprawie kupna Javiego Martineza, upatrywanego przez włodarzy Bayernu jako brakujące ogniwo drużyny. Jeżeli udałoby się ściągnąć Baska, Bayern Monachium kadrowo byłby jednym z najsilniejszych klubów w Europie, z niesamowitą głębią składu, pozwalającą na żonglowanie składem w zależności od przeciwnika bez utraty jakości gry. Wypisz, wymaluj drużyna dla Jose Mourinho. Na razie jednak trenerem Bayernu Juup Heynckes, który ma wszystkie atuty, by udało się odzyskać mistrzostwo, a może nawet tak jak Borussia polepszyć wynik w pucharach. To oznaczałoby wygranie Ligi Mistrzów, tak pechowej dla Bawarczyków w zeszłym roku.

Pisałem wcześniej o wspaniałej drużynie z Monchengladbach, która przed czterema dekadami trzy razy z rzędu zdobyła mistrzostwo Bundesligi. A co dzieje się w Gladbach w tym roku? Sezon nie rozpoczął się dla Borussii dobrze. Drużyna Luciena Favre'a w decydującej fazie rozgrywek o grę w fazie grupowej Ligi Mistrzów uległa na własnym stadionie kijowskiemu Dynamu 1:3. Porażka jest tym bardziej bolesna, że drużynie tak wspaniale grającej w zeszłym sezonie z największymi Bundesligi lekcji futbolu udzieliła ekipa z Ukrainy. Nie pomogły spore jak na warunki Gladbach transfery, w tym ściągnięty z Twente Luuk de Jong. Utrata Reusa, Dantego i Neustadtera (ten ostatni odszedł do Schalke) była aż nadto widoczna. Brakowało też tak charakterystycznej dla zeszłosezonowej Borussii gry z klepki, szybkich kontrataków. Lucien Favre, urzeczony grą Hiszpanów na Euro, na treningach kładł szczególny nacisk na wymianę podań, chcąc jak najbardziej upodobnić swoją drużynę do ekipy La Roja. Chęci to nie wszystko i boisko brutalnie to zweryfikowało. Po takim ciosie od ukraińskich rywali, trudno wyobrazić sobie, by Gladbach mógł rzucić przodującemu duetowi rękawicę w walce o tytuł mistrzowski. Nawet powtórzenie dużego sukcesu i wywalczenie miejsca premiującego grą w eliminacjach do Ligi Mistrzów będzie bardzo trudne, dlatego Borussia w tym sezonie będzie walczyć raczej o możliwość gry w Lidze Europejskiej w sezonie 2013/2014.

Drużyną, która będzie próbowała pokrzyżować plany Bayernu i Dortmundu będzie inny zespół z Zagłębia Ruhry – Schalke 04. Ćwierćfinalista Ligi Europejskiej z zeszłego sezonu, wzmocniony Tranquilo Barnettą i Romanem Neustadterem, z królem strzelców zeszłego sezonu Janem Klaasem-Huntelaarem ma na tyle silny skład, by podołać wyzwaniom ciężkiego sezonu. O zdobywanie bramek nie powinno być trudno, inną kwestią jest zapobieżenie ich utracie. Powodzenie w walce o mistrzostwo w dużej mierze zależeć będzie od obrony, a zeszłoroczne 44 stracone gole to wynik dla drużyny stawianej w roli faworyta do zwycięstwa w Bundeslidze zawstydzający.

A kto będzie próbował włączyć się do walki o Ligę Mistrzów? W zeszłym sezonie Bayer Leverkusen nie potrafił obronić tytułu wicemistrzowskiego i zajął tylko piątą pozycję. Nawet pomimo pogromu na Camp Nou, Liga Mistrzów dalej jest dla Aptekarzy łakomym kąskiem. Sami Hyypia, były zawodnik Bayeru i Liverpoolu, wziął się do roboty od oczyszczenia szatni z zawodników, których uznał za niepotrzebnych. Spośród tych, którzy odeszli byli między innymi: bramkarz Rene Adler, Michael Ballack czy wspominany wcześniej Tranquillo Barnetta. Hyypia na ich miejsce sprowadził młodych zawodników: Juniora Fernandesa oraz Philippa Wollscheida. Leverkusen w poprzednim sezonie miało duży problem z organizacją w obronie, dlatego transfer tego drugiego powinien pomóc drużynie w zmniejszeniu ilości utraconych bramek. Chilijczyk zaś, ściągnięty z rewelacji Ameryki Południowej – Universidad de Chile, ma za zadanie wspomóc fenomenalnego Andre Schurrle, który stał się obiektem zainteresowania Chelsea Londyn w kończącym się okienku transferowym. Utrzymanie dobrej dyspozycji przez cały sezon może być sporym problemem dla Bayeru, ale nie można ich skreślać z walki o Ligę Mistrzów.

VfB Stuttgart – w zeszłym sezonie oczko za Bayerem – to kolejna ekipa, która ma szansę włączyć się do walki o udział w prestiżowych europejskich rozgrywkach. Dzięki styczniowym transferom: Vedada Ibisevica (8 bramek i 7 asyst) oraz Gotoku Sakai, udało się zająć szóstą pozycję w lidze – dobry przyczółek do ataku na wyższe miejsca. Największą gwiazdą zespołu jest z kolei pomocnik Martin Harnik. Austriacki rozgrywający dużo dał zespołowi w poprzednim sezonie, uczestnicząc w 25 bramkach swojej drużyny. Do drużyny dołączył młody napastnik Tunay Torun z Herthy Berlin, który ma wywrzeć presję na Ibisevicu, a w następnych sezonach być jedną z gwiazd ekipy z miasta Mercedesa. Stuttgart to młoda, głodna sukcesu drużyna i może sporo namieszać na szczycie tabeli. Nie będą grali o mistrzostwo, ale ze sporą siłą ofensywną i głębią w środku pola, mogą z sukcesem walczyć o Ligę Mistrzów.

piątek, 24 sierpnia 2012

Gran Derbi vol. 1 (sprawozdanie)


 Średnia pierwsza połowa i festiwal strzelecki po przerwie. Po emocjonującej końcówce Barcelona pokonuje Real Madryt 3:2 na własnym stadionie i przygotowuje się do nerwowego rewanżu na Bernabeu. Podopieczni Jose Mourinho mogą się cieszyć, bo nie grając specjalnie dobrego spotkania udało im wyjechać jedynie z jednobramkową stratę, co jest do odrobienia w meczu u siebie.

Kibice Blaugrany po meczu mogą odczuwać ogromny niedosyt, bo tylko detale zadecydowały, że ich ukochana drużyna nie wygrała 4:1. Pięć minut przed końcem spotkania rozgrywający jak zawsze fenomenalne spotkanie Andres Iniesta zagrał piłkę do Messiego, którego strzał zablokował Iker Casillas. Chwilę później atak Realu został zatrzymany, Barcelona rozpoczęła kolejną wymianę podań i piłka trafiła do Victora Valdesa, który uciekając się do ryzykownych zagrań próbował ominąć biegnącego w jego kierunku Angela di Marii. Argentyńczyk wyczuł szansę i zaatakował bramkarza rywala, zabierając mu piłkę, po czym posłał ją do bramki.

Mecz rozpoczął się niemrawo, żadna ze stron nie chciała podjąć ryzyka – dość powiedzieć, że pierwszy strzał padł dopiero po kwadransie za sprawą Gerarda Pique. Zgodnie z oczekiwaniami to Barcelona była stroną dominującą, ciągle próbowała atakować szukając luki w obronie. Messi schodził do pomocy pomagając Inieście i Xaviemu, Busquets był Busquetsem i wystawiał się kolegom tam, gdzie powinien stać zawodnik potrzebny do budowania trójkątów, Pedro z Alexisem Sanchezem (który starannie oglądał na Igrzyskach judo – profesjonaliści doceniliby takie pady) schodzili do środka, a Alves dołączał się do ataków na skrzydle. Nic to nie dało i na przerwę obie drużyny schodziły z bezbramkowym remisem, choć czuć było, że taki stan długo nie potrwa.

Tak było w istocie, choć to nie dominujący w tym meczu Katalończycy objęli prowadzenie. Mesut Ozil dośrodkował z narożnika boiska, Cristiano Ronaldo ubiegł kryjącego go Busquetsa i strzałem z głowy umieścił piłkę w bramce, strzelając gola w czwartym z rzędu Gran Derbi. Warto dodać, że był to pierwszy strzał Królewskich na bramkę.

Barcelona odpowiedziała w najlepszy możliwy sposób. Mascherano posłał długie podanie za obrońców do skrzydłowego Pedro, który przyjmując piłkę uciekł od obrońców, wyszedł sam na sam z Casillasem i pewnym strzałem pokonał hiszpańskiego bramkarza. Mecz się otworzył. Obie strony miały swoje sytuacje, w każdej chwili mogła paść kolejna bramka. Iniesta znalazł się w polu karnym rywala, próbował minąć Ramosa, jednak został przez niego powalony na ziemię. Rzut karny. Do piłki podszedł Messi i w przeciwieństwie do niedawnego spotkania towarzyskiego z Niemcami tym razem celnie uderzył na bramkę Casillasa.

Real dalej próbował stworzyć sobie sytuacje z kontrataku. Strzał Ronaldo był zablokowany, podobnie uderzenia Higuaina i Callejona. Alonso zagrał przepiękną, kilkudziesięciometrową piłkę do Ozila, który jednak nie potrafił jej przyjąć. Gdyby mu się udało, znajdowałby się w sytuacji sam na sam z Valdesem. Niewykorzystane lubią się mścić i tak się stało za sprawą geniusza Iniesty. W swoim stylu, delikatnymi pchnięciami piłki minął dwóch obrońców i zagrał do wychodzącego na czystą pozycję Xaviego. Futbolówka prześlizgnęła się pomiędzy defensorami i spotkała się z kapitanem Barcelony już w polu karnym. Ten, nie mając innego wyjścia uderzył obok wychodzącego Casillasa i wyprowadził swoją drużynę na dwubramkowe prowadzenie. Gdy wydawało się, że Barcelona dowiezie tę przewagę do końca i z dużym spokojem podchodzić będzie do rewanżu na Santiago Bernabeu. Niestety dla Blaugrany, zdarzył się Valdes.

Jeżeli tak ma wyglądać El Clasico, gdy obaj szkoleniowcy otwarcie nie przywiązują wielkiej wagi do spotkania, to boję się pomyśleć, jak taki mecz będzie wyglądać, gdy wszyscy będą grać na sto procent. Tak może już być za tydzień. Realowi wystarcza jedna bramka i będzie chciał ją zdobyć już na początku spotkania, dzięki czemu możemy zobaczyć mecz bardziej otwarty i kto wie – może z jeszcze większą ilością bramek. Znowu będzie co oglądać.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Gran Derbi vol. 1 (zapowiedź)


 Za chwilę rozpocznie się pierwsze Gran Derbi w tym sezonie. Odkąd trenerem Barcelony został Pep Guardiola, spotkania pomiędzy Dumą Katalonii a Realem Madryt urosły do rangi meczów pomiędzy dwoma najlepszymi klubami na świecie. Każdy mecz jest osobną historią, a jednocześnie wpisuje się w kontekst zmagań pomiędzy stroną ofensywną, opierającą swoją grę na nieustannej wymianie podań, a drużyną bardziej reaktywną, szukającej okazji brakowych z kontrataku.

Tym razem mecz nabiera szczególnego wymiaru z uwagi na pierwsze El Clasico Tito Vilanovy po objęciu przez niego posady pierwszego trenera Barcelony. Co więcej, dokładnie rok temu doszło do – mówiąc eufemistycznie – spięcia pomiędzy Vilanovą a trenerem Realu – Jose Mourinho. Portugalczyk włożył palec do oka ówczesnego asystenta Guardioli, za co później co prawda przeprosił, ale niesmak pozostał, wszak takie sytuacje należą mimo wszystko do rzadkości.

Dla Mourinho w tym meczu nie chodzi o Tito Vilanovę – kto trenuje Barcelonę jest nieistotne. - „Tu chodzi o grę przeciwko Barcelonie, wspaniałej drużynie ze znakomitymi zawodnikami” - powiedział The Special One. Dodał też, że samo spotkanie nie ma dla niego większego znaczenia. - „Jeżeli porażka w tym meczu oznacza większą motywację do wygrania ligi, możemy to spotkanie przegrać”. Prawdziwa presja dla trenerów zacznie się dopiero w dalszej fazie sezonu.

W podobnym tonie wypowiada się Tito Vilanova. - „Nie czuję specjalnego ciśnienia na wynik w tym spotkaniu. Chcę pracować w spokoju. Mam ważniejsze sprawy w życiu, przykro mi” - mówił na konferencji prasowej trener drużyny z Camp Nou.

Obie drużyny rozegrały już pierwsze spotkanie w La Liga. Real podejmował u siebie Valencię i w żadnym wypadku nie zachwycił. Piłkarze zbyt koncentrowali się na zdecydowanym przenoszeniu się pod pole karne rywala, co było dla niego wodą na młyn, ustawiwszy się głęboko na swojej połowie. Sposób gry Realu był dość przewidywalny, brakowało przyspieszenia akcji, a jednocześnie Królewscy nie mieli wystarczającej cierpliwości, by budować atak pozycyjny. Mecz skończył się wynikiem 1:1 po golach Higuaina i Jonasa.

Z kolei Barcelona dość łatwo rozprawiła się na swoim stadionie z Realem Sociedad 5:1. Sposób gry Dumy Katalonii się nie zmienił, nastąpiło natomiast kilka drobnych zmian. Podstawowym ustawieniem Barcelony jest dalej 4-3-3, choć zamiast schodzących napastników, Vilanova postawił na skrzydłowych Tello i Pedro, którzy umiejętnie rozciągali nisko ustawioną linię obrony rywala. To stworzyło miejsce dla Messiego, który w pięć minut zdobył dwie bramki wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie 3:1. Pierwszą bramkę dla Barcelony Vilanovy zdobył Puyol, a chwilę później Camp Nou uciszył wyrównującym golem Gonzalo Castro. Na przerwę Barcelona schodziła z trzybramkowym prowadzeniem dzięki wspaniałej akcji przeprowadzonej w barcelońskim stylu zakończonej wolejem Pedro po dośrodkowaniu innego skrzydłowego – Tello. Swojego gola strzelił też powracający po ciężkiej kontuzji David Villa. Iniesta wdarł się w pole karne, minął obrońców i podał do Hiszpana, który spokojnym strzałem posłał piłkę w długi róg bramki Realu Sociedad.

Mecz może nie być tak emocjonujący jak spotkania ligowe czy w pucharach, ale na pewno warto zasiąść przed telewizorami i zobaczyć w jakiej formie są dwa największe kluby w Hiszpanii.

Chelsea in Eden


 Chelsea w środowy wieczór pokonała na własnym stadionie Reading 4:2. Choć wynik nikogo nie zaskoczył, to przebieg meczu pokazał, że nawet mając w składzie absolutny prima sort zawodników, można się niemiłosiernie męczyć do ostatnich minut o wydarcie zwycięstwa. Choć nie o było się bez kontrowersji, zwycięstwo Chelsea było absolutnie zasłużone, a postawa Edena Hazarda zasługuje na najwyższe uznanie.

Zaczęło się zgodnie z przewidywaniami. The Blues budowali swoje akcje wymieniając mnóstwo podań, spychając The Royals do pola karnego. Totalna dominacja zaowocowała bramką Lamparda z rzutu karnego. Eden Hazard przebojem wdarł się w pole karne Reading, podłożył się pod nogę obrońcy i wywalczył dla swojej drużyny jedenastkę, którą zamienił na gola angielski pomocnik.

Od tego momentu gra mistrzów Europy zaczęła się... sypać. Tak jakby przeświadczeni o swojej wyższości piłkarze The Blues odpuścili czując, że mecz sam się wygra. Pierwsze zaskoczenie przyszło chwilę po bramce dającej prowadzenie. Krótkie rozegranie z klepki na prawym skrzydle dało Garathowi McCleary'emu dużo czasu na dośrodkowanie w pole karne, które uderzeniem z główki w okienko bramki Petra Cecha zamienił na bramkę Paweł Pogrebniak. Chelsea nie zdążyła się jeszcze otrząsnąć po wyrównującym golu, kiedy to do wykonania rzutu wolnego przygotowywał się Danny Guthrie. Ten posłał silnym strzałem piłkę w okolice pola bramkowego. Wydawało się, że czeski bramkarz bez problemu zatrzyma futbolówkę, jednak źle obliczył tor jej lotu i ustawił się tak, że ta odbiła się od niego i zatrzepotała w siatce.

Choć The Blues wydawali się oszołomieni, dalej grali swoje, wymieniając dużo podań, starając się znaleźć lukę w obronie Reading. Dobrze zaprezentował się szczególnie Eden Hazard, który nie bał się brać ciężaru gry na siebie, udanie dryblował i szukał lepiej ustawionych partnerów. Pomagał mu w tym szczególnie Juan Mata, który często schodził pomiędzy linie, chciał uczestniczyć w ataku pozycyjnym już od samej formacji obronnej. Hiszpańsko-belgijski duet może być wielkim atutem Chelsea w tym sezonie. Po przerwie na boisku pojawił się również Daniel Sturridge, który dynamicznymi rajdami starał się rozmontować obronę rywala. Wyrównanie przyszło jednak za sprawą obrońcy. Gary Cahill włączył się do ataku i wykorzystując wolną przestrzeń, uderzył mocno na bramkę Federiciego, który przyłączył się do akcji zainicjowanej przez Petra Cecha i postanowił pomóc piłce znaleźć się w bramce. Podobny pomysł przyświecał asystentowi sędziego Lee Masona. Nie zauważył on oczywistego spalonego przy bramce Fernando Torresa na 3:2, co mogło wypaczyć wynik całego spotkania. - „Nie był to dobry wieczór asystenta sędziego i przez to nie jest to miły wieczór dla mnie. Sędzia popełnił błąd” - powiedział trener Reading Brian McDermott dodając później, że jego drużyna nie zasłużyła na porażkę. Warto jednak oddać cesarzowi co cesarskie – cała akcja doprawdy mogła się podobać, piłka szła jak po sznurku, na jeden, dwa kontakty.

Bez tej bramki nie byłoby ostatniego gola dla Chelsea. Piłkarze Reading rzucili się do ataku i w doliczonym czasie gry wykonywali rzut rożny. Do pola karnego udał się nawet Frederici, zostawiając pustą bramkę. Piłkarzom Chelsea udało się przejąć piłkę, ta trafiła do niezawodnego Edena Hazarda, który w pełnym biegu udał się w stronę szesnastki rywala, gdzie podał do Branislava Ivanovica, który pewnym strzałem do niestrzeżonej bramki ustalił wynik spotkania. Tym samym Hazard powiększył swój dorobek asyst do trzech kończących podań.

Chelsea wygrała to spotkanie zasłużenie, a momentami prezentowała naprawdę świetny futbol. Po zejściu Ramiresa i Mikela na boisku znajdowali się Oscar, Hazard, Mata, Sturridge i Torres, a za ich plecami operował Lampard. Z tyloma świetnymi zawodnikami z przodu, Chelsea grała szybki, ofensywny futbol – marzenie Romana Abramowicza. Rosyjski właściciel często wspominał, że jego celem jest taka właśnie gra The Blues.
Są jednak pewne problemy. Częste wypady Ashleya Cole'a do przodu powodowały, że mało ruchliwa obrona Chelsea miała problemy z utrzymaniem odpowiedniej organizacji gry. Lepszy przeciwnik może skuteczniej wykorzystać te problemy, co stawia pod znakiem zapytania kwestię wysokiego miejsca w tabeli drużyny ze Stamford Bridge w dalszej perspektywie.

Roberto di Matteo jest świadomy tych zagrożeń, dlatego jest dość powściągliwy w zapowiedziach ofensywnego stylu gry. - „Zawsze mówiłem, że najistotniejsze jest zachowanie wszelkich proporcji. Wszyscy chcą oglądać otwarty, atakujący futbol – to świetnie – ale żeby wygrywać, potrzeba odpowiedniego balansu i tego będziemy szukać”. Trener Chelsea będzie iść na kompromisy w przeciwieństwie do swojego poprzednika, który za wszelką cenę próbował zaszczepić drużynie wysoką linię obrony i agresywny pressing. Można się spodziewać, że w tym sezonie The Blues będą przeplatać mecze, w których będą stroną dominującą z tymi, w których ich taktyką będzie próba gry z kontry, może w stylu reprezentacji Rosji z meczu z Czechami, gdzie Sborna absorbowała ataki naszych południowych sąsiadów i używała dużej kreatywności Szirokowa, Arszawina i Dżagojewa do wyprowadzania szybkich, płynnych kontrataków. Jest to w pewnym sensie myślenie życzeniowe, ale nie da się ukryć, że di Matteo chce udowodnić wszystkim, że potrafi zbudować drużynę grającą tak, że ręce same składają się oklasków.

W ten weekend na Stamford Bridge przyjeżdża Newcastle United i można się spodziewać, że żadna ze stron nie będzie chciała zawieść kibiców, co zwiastuje dość otwarty mecz ze sporą ilością goli.

środa, 22 sierpnia 2012

1. kolejka Premier League


 Oczekiwanie dobiegło końca – piłkarze w Anglii wybiegli na boisko i już w pierwszej kolejce zagrali kilka ekscytujących i ciekawych spotkań. Najciekawiej było na Etihad Stadium, gdzie Manchester City mierzył się z beniaminkiem z Southampton. Mecz, w którym The Citizens mieli pokazać zdecydowaną wyższość nad rywalem przerodził się w prawdziwy piłkarski horror. Najpierw kontuzja Sergio Aguero, potem niewykorzystany Davida Silvy – nie udało się dobrze wejść w ten mecz drużynie Manciniego. Na przerwę piłkarze City schodzili jednak w dobrych nastrojach, prostopadłe podanie Nasriego na bramkę zamienił Carlos Tevez. Teraz wystarczyło tylko umiejętnie utrzymać się przy piłce i wykorzystywać błędy niedoświadczonego rywala. Taktyka na drugą połowę wydawała się dość prosta. Problem polega na tym, że od błędów nie uwolnili się sami Obywatele. Złe wybicie Lescotta wykorzystał Lambert, później zaś fatalny w skutkach był błąd debiutującego Jacka Rodwella, przez co po bramce Davisa beniaminek prowadził na stadionie Mistrza Anglii 2:1. Manchester City znał dobrze taką sytuację, wszak w podobnych okolicznościach walczyli w decydującym o mistrzostwie spotkaniu z Queens Park Rangers. Historia powtórzyła się również jeśli chodzi o wynik końcowy. Szybko wyrównał Dżeko, a wynik spotkania na 3:2 ustalił świetny tego dnia Samir Nasri. Pomimo dwóch mocnych ciosów, Southampton nie padł na deski, do końca walczył o bramkę wyrównującą. Choć nie udało się, z tego meczu wychodzi z podniesioną przyłbicą. Udało się stworzyć świetne widowisko, a to podnosi morale zespołu i pozwala na swobodniejszą grę.

Piorunującego spektaklu nie pokazali piłkarze Arsenalu i Sunderlandu. Taktyka Czarnych Kotów na ten mecz była dość jasna – ustawić się we własnym polu karnym i liczyć na kontry. Drużyna Martina O'Neilla zaprezentowała świetną organizację, co poskutkowało korzystnym dla nich wynikiem 0:0. Po stronie Arsenalu świetny mecz rozegrał Santi Cazorla, ściągnięty przed sezonem z borykającej się z problemami Malagi. Ustawiony na pozycji numer 10 Hiszpan szukał gry, starał się kontrolować tempo rozgrywania akcji, schodził pomiędzy linie, dbał o celność swoich podań. Niestety, często akcje drużyny Arsene'a Wengera były przerostem formy nad treścią. Nie wychodziło rozmontowywanie obrony rywala, klarowna sytuacja powstała za sprawą Cazorli, który prostopadłym podaniem wystawił innemu nowemu nabytkowi – Olivierowi Giroud – piłkę meczową. Ten jednak miast posłać piłkę do bramki, uderzył obok lewego słupka.

Słabo zagrał natomiast Lukas Podolski. Reprezentant Niemiec w przeciwieństwie do Hiszpana nie potrafił znaleźć sobie miejsca na boisku, wchodził kolegom w paradę, choć nie można odmówić mu chęci pokazania się z dobrej strony. Widać, że musi się zgrać z drużyną i zrozumieć dobrze swoją pozycję na boisku w drużynie Arsenalu.

Inny klub z północnego Londynu – Tottenham – udał się z delegacją nad rzekę Tyne, by zmierzyć się na St. James's Park z drużyną Newcastle United. Wielu z uwagą patrzyło na ten mecz ze względu na osobę nowego trenera Spurs – Andre Villasa- Boasa. I trzeba przyznać, że pomimo porażki portugalski szkoleniowiec bez problemu znajdzie pozytywy w grze swojej drużyny, o czym mówił już na gorąco po meczu. Jego zawodnikom udawało się założyć skuteczny pressing, co zaowocowało wieloma strzałami na bramkę, przy czym dwa z nich trafiły w słupek i w poprzeczkę. Niewykorzystane sytuację się mszczą i w drugiej połowie błąd Kyle'a Walkera wykorzystał Demba Ba i technicznym strzałem posłał piłkę w długi róg bramki Brada Friedela.
Po tej bramce piłkarze Newcastle starali się utrzymywać przy piłce, ale nie mogli ustrzec się silnej formacji ofensywnej Tottenhamu. Do dośrodkowania Garetha Bale'a najwyżej w polu karnym wyskoczył Jermaine Defoe i główką uderzył na bramkę Tima Krula. Temu jednak udało się wpierw obronić ten strzał, jednak dobitka Anglika była już ponad jego możliwości.

Wydawało się, że Tottenham jest bardziej w gazie i będzie w stanie ponownie zagrozić piłkarzom Newcastle, jednak w niegroźnej sytuacji Rafael van der Vaart w polu karnym sfaulował Hatema ben Arfę, który zamienił potem jedenastkę na bramkę dla swojego zespołu. Villas-Boas zareagował wprowadzając 19-sto letniego napastnika Harry'ego Kane'a, który jednak nie zdołał odwrócić losów spotkania. Ta zmiana była też swoistym manifestem niemocy wobec braków w kadrze. Tottenham na gwałt potrzebuje napastnika (dziś kontrakt podpisał Emanuel Adebayor) i do tego środkowego pomocnika, który pomógłby drużynie budować akcje. Jeżeli udałoby się przeprowadzić te transfery, Spurs mogą prezentować dobry futbol, co przysporzy im z pewnością wielu fanów.

Pierwszy mecz w Premier League z nowym zespołem ma za sobą też Brendan Rodgers, jednak nie będzie go zbyt miło wspominał. Jego piłkarze zostali pokonani trzema bramkami przez drużynę West Bromwich Albion, prowadzoną również przez nowego trenera – Steve'a Clarke'a. Choć w pierwszej połowie The Reds udawało się zawiązywać dobre akcje, zakończone głównie niecelnymi strzałami Luisa Suareza, do szatni schodzili w minorowych nastrojach po fenomenalnej bramce Węgra Zsoltana Gery. Później zaś było jeszcze gorzej. Po faulu w polu karnym z boiska wyrzucony został Daniel Agger i od tego momentu piłkarze z Anfield Road musieli walczyć, mając jednego zawodnika mniej. Co prawda karnego Longa obronił Pepe Reina, jednak kilka minut później z tego samego punktu hiszpańskiego bramkarza pokonał Peter Odemwingie. To już kompletnie na łopatki rozłożyło drużynę Rodgersa. Drużyna Clarke'a rozszerzyła pole gry, wykorzystując przewagę liczebną. Dzieła zniszczenia drużyny z Liverpoolu dopełnił wypożyczony z Chelsea Romelu Lukaku, który ustalił wynik spotkania na 3:0.

Dwóch benaminków z zeszłego sezonu spotkało się na Loftus Road. Swansea – były zespół Brendana Rodgersa – rozniósł Queens Park Rangers aż 5:0. Swoje trzy, a właściwie pięć groszy dołożyła fatalnie dysponowana tego dnia obrona QPR – Łabędzie oddały na bramkę rywala sześć strzałów, a pięć znalazło drogę do bramki Roba Greena. Trzeba jednak oddać, że fenomenalnie w drużynie Michael Laudrupa zaprezentował się nowy nabytek Michu, ściągnięty za 2 miliony funtów z Rayo Vallecano. Hiszpan zdobył dwie bramki i dopisał do tego też jedną asystę. Taki wynik doda piłkarzom z Walii dużo pewności siebie i miejmy nadzieję, że dalej będą nas zachwycać swoją ofensywną, techniczną piłką.

Ten sam wynik widniał na tablicy świetlnej po zakończeniu spotkania na Craven Cottage, gdzie Fulham rozniosło drużynę Norwich City. Podobnie jak w przypadku QPR, piłkarze Kanarków nie popisali się tego dnia w grze obronnej. Brak umiejętności trzymania linii spalonego, słabe krycie – te błędy skwapliwie wykorzystali zawodnicy Fulham. Przed sezonem pisałem, że drużyny Chrisa Hughtona są zwykle dobrze zorganizowane w obronie i mam nadzieję, że ten mecz to tylko wyjątek.

W sobotę swoje mecze rozegrali też piłkarze West Hamu i Aston Villi oraz Stoke i Reading. The Hammers pokonali drużynę Paula Lamberta po bramce Nolana 1:0, natomiast mecz The Potters z The Royals zakończył się remisem 1:1. Nie były to mecze porywające, stąd tak mało miejsca poświęcam im.

Porywające natomiast było spotkanie wicemistrza Anglii z Evertonem na Goodison Park. Wielu przed meczem zadawało sobie pytanie, jak ustawi swój zespół sir Alex Ferguson, jak uda mu się pogodzić cały zastęp piłkarzy ofensywnych. Zdecydował się na ustawienie 4-2-1-3 z trójką napastników Wellbeckiem, Rooneyem i Nanim, a zaraz za nimi operował dobrze dysponowany tamtego dnia Kagawa. Podobnie jak Santi Cazorla, Japończyk nie bał się brać ciężaru gry na siebie, szukał sobie miejsca na boisku i wymieniał dużo podań z partnerami. Pomimo tego jednak, Manchesterowi nie udało się stworzyć sobie klarownej sytuacji. Dość powiedzieć, że w całym meczu w pole karne przeciwnika posłali tylko trzy celne podania. Często rozgrywali piłkę pod szesnastką The Toffees, ale nic z tego nie wynikało.

Fenomenalny mecz rozegrali jednak podopieczni Davida Moyesa. Zaprezentowali prawdziwy angielski futbol. Pasja, zaangażowanie, pewność siebie – tym udało im się pokonać utytułowanego rywala. Często zagrażali bramce De Gei, który kilkukrotnie wykazał się świetnymi umiejętnościami. Niesieni chóralnym dopingiem swoich kibiców piłkarze Evertonu nie zrażali się tym i nieustannie wyprowadzali groźne kontrataki. Motorem napędowym akcji drużyny z niebieskiej części Liverpoolu był Belg Marouane Fellaini. Zgrywał piłkę do kolegów, popisywał się świetną techniką i zasłużenie zdobył bramkę dającą zwycięstwo swojemu zespołowi. Wystawiony tego dnia na środku obrony Michael Carrick miał sporo problemów tego dnia z reprezentantem Belgii. Podwojenie Fellainiego zostawiało lukę w innym miejscu na boisku, co skwapliwie wykorzystywali Steven Pienaar, Leon Osman czy Leighton Baines.
Po bramce Fellainiego Everton zamurował się w okolicach własnej bramki i ta taktyka okazała się skuteczna. United poza strzałem Cleverleya, który z linii bramkowej wybił Phil Jagielka nie zdołali zagrozić bramce Tima Howarda. Jagielka wraz ze swoim partnerem z obrony Sylvainem Distinem byli prawdziwą ostoją obrony, wybijając piłki co rusz posyłane w ich pole karne.

Ten mecz uwydatnił też braki w drużynie United – braki w środku pomocy i na obronie. Michael Carrick nie potrafił znaleźć sobie miejsca w obronie, a Cleverley ze Scholesem nie umieli znaleźć luki w obronie Evertonu. W dalszej fazie sezonu sir Alex Ferguson będzie musiał sobie z tym problemem poradzić. Kto wie, może powróci też na rynek transferowy, próbując ściągnąć środkowego pomocnika, kreatora w stylu Luki Modrica.

W niedzielę swój mecz rozegrała też londyńska Chelsea. Dwie szybko strzelone bramki ustawiły spotkanie – The Blues po bramkach Ivanovica i Lamparda prowadziła po siedmiu minutach 2:0. Dobry mecz rozegrał Eden Hazard, popisując się asystą i dobrymi dryblingami. Co ciekawe, Chelsea oddała w całym spotkaniu tylko sześć strzałów (przy 15 Wigan), najmniej od 2007, kiedy to na bramkę United uderzali tylko 4 razy. Poza tym, jest doprawdy niewiele do napisania. The Blues dopisują trzy punkty i kontynuują swoją drogę po ładny, ofensywny futbol, wykorzystujący to, co Chelsea ma najlepszego – Juana Matę, Edena Hazarda, Fernando Torresa i Oscara. Dziś Chelsea mierzy się z beniaminkiem z Reading. Mecz o 20:45.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Das Tiki-Taka


Za chwilę pierwszy mecz Borussii Monchengladbach w tym sezonie. W eliminacjach do Ligi Mistrzów podejmuje u siebie Dynamo Kijów. Powyższy filmik chyba wyjaśnia, dlaczego warto dziś obejrzeć niemiecką drużynę :)

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Zapowiedź nowego sezonu Premier League


 Jeśli słuchać Eryka Mistewicza – felietonisty „Uważam Rze” - najlepszą techniką kreowania wizerunku jest marketing narracyjny. W dobie szybkiego przepływu informacji tym, co przyciąga uwagę konsumenta i wyborcy jest pewna opowieść, historia, która w odpowiedni sposób przekazana potrafi przynieść ogromne zyski. Czymże byłby Starbucks bez łatki wysublimowanej kawiarni będącej miejscem spotkań bohemy? Czy Nike osiągnąłby taki sukces bez kampanii reklamowych odwołujących się do odważnych i ryzykujących sportowców? Raczej nie.

Każde rozgrywki sportowe mają swoje historie, co sezon opowiadane na nowo. Tym, co wyróżnia ligę angielską spośród innych, jest ich obfitość, złożoność, co składa się na ten indywidualny charakter, dający jej status najlepszej ligi na świecie. Choć czysty sport brudzą tutaj pieniądze, czuć tę charakterystyczną dla Anglii tradycję piłki nożnej. Stare stadiony urzekają bliskością trybun, piękną zielenią boisk i atmosferą, którą wciąż trudno zabić. O fenomenie Premier League decydują te małe, piękne rzeczy zespolone ze sobą czymś trudno definiowalnym, niemalże metafizycznym. Z tego wyrastają te piękne historie: George Best, Crazy Gang, Paul Gascoigne, sir Alex Ferguson. Każdy może dorzucić swoje trzy grosze do wspólnej opowieści – tu panuje czysty kapitalizm. Swój angielski sen zaczęli spełniać imigranci z Walii - Swansea City na czele z charyzmatycznym trenerem Brendanem Rodgersem teraz menedżerem Liverpoolu.

Na co więc należy zwrócić uwagę w tym sezonie? Co będzie tym elan vital, które popchnie do przodu historię Premier League? Oto mój subiektywny zbiór narracji sezonu 2012/2013.

**********

Co wymyśli sir Alex Ferguson?

Szkocki menedżer dobrze wie, że zdobycie mistrzostwa będzie nad wyraz trudne, poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko. Ci „głośni sąsiedzi” są wystarczająco silni, by obronić tytuł. Gol Aguero mógł stać się momentem, w którym piłkarze City zaczęli tworzyć Drużynę, podobnie jak strzał Andresa Iniesty na Stamford Bridge trzy lata temu był początkiem ery dominacji Barcelony w europejskim futbolu. The Citizens mają stabilny skład, trenera zahartowanego, który zdołał poukładać drużynę po spadku formy, radząc sobie jednocześnie z kaprysami gwiazd. Najbardziej krnąbrny był Carlos Tevez, który teraz wrócił do drużyny odchudzony, z odnalezioną ambicją. Tak, pokonanie City należy do zadań z gatunku najtrudniejszych.

Dlatego też Ferguson wzmocnił ofensywę, która w poprzednim sezonie zbytnio zależała od Wayne'a Rooneya. Do tego mistrzostwo przegrane zostało dzięki różnicy bramek. To, iloma golami mecz zostanie wygrany, nie będzie bez znaczenia. Dlatego też Kagawa i van Persie mają pomóc Rooneyowi w niszczeniu obrony rywala, dają też większe pole manewru w zakresie rozwiązań taktycznych. United powinni więc kroczyć od zwycięstwa do zwycięstwa, stosując nieustanną rotację w ustawieniu drużyny.

Wyzwaniem będzie przede wszystkim wygrywanie spotkań, gdy drużyna będzie miała słabszy dzień, gdy jest prowadzenie, ale przeciwnik ciągle nie jest na kolanach. Do dziś piłkarzom United śni się remis 4:4 z Evertonem, który odwrócił sytuację na szczycie tabeli. Od tego momentu, to City rozdawało karty w grze o mistrzostwo i rzutem na taśmę zgarnęło całą stawkę.

Każdy mecz dla Czerwonych Diabłów będzie swoistym finałem, w którym na dodatek dobrym pomysłem byłoby wygrać wysoko. The Citizens na chwilę obecną są lekko z przodu – to oni są mistrzami, ale w trakcie sezonu sytuacja może często ulegać zmianie. Kto nie potrafi utrzymać kroku – skazany jest na porażkę. Dla wszystkich związanych z obydwoma klubami to będą bardzo wymagające ze wszystkich stron miesiące. Kibice zaś mogą tylko zacierać ręce, szykuje się pasjonująca walka o mistrzostwo.

Czy Chelsea pogodzi faworytów? Czy di Matteo przetrwa? Czy Fernando Torres udźwignie presję?

Znaków zapytania wokół The Blues kręci się wiele. Patrząc na to, jakie transfery wykonano w tym okienku, Chelsea jest jednym z kandydatów do tytułu. Do klubu przyszli Hazard, Marin i Oscar. Dobrzy technicznie, uniwersalni zawodnicy – wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Wiele zależy jednak od trenera, który pomimo zdobycia Ligi Mistrzów musi udowodnić, że jest po prostu dobrym trenerem, potrafiącym zaszczepić u swoich piłkarzy ofensywny, otwarty futbol. Z takimi piłkarzami po prostu nie da się inaczej grać. Poprzedni trener – Andre Villas-Boas, chciał zrobić to od początku swojej pracy na Stamford Bridge, ale spotkał się z oporem najbardziej wpływowych zawodników, przyzwyczajonych do futbolu bardziej siłowego, opartego na grze z kontry. Pogodzenie tego wszystkiego przy sapiącym zza pleców właścicielu może okazać się bardzo trudnym zadaniem dla Roberto di Matteo, ale ten na pewno nie zamierza składać broni, choć Chelsea w meczach przedsezonowych nie zachwycała, irytując kibiców kurczowym trzymaniem się defensywnego stylu gry.

Di Matteo musi też odpędzić demony związane z osobą Pepa Guardioli. Nie od dziś wiadomo, że Abramowicz zagiął parol na Katalończyka i zrobi wszystko, by ten został trenerem The Blues. I w momencie gdy Guardiola zdecyduje się na powrót na ławkę trenerską, menedżer Chelsea będzie musiał zwolnić tę na Stamford Bridge. Możliwe, że niezależnie od wyników. Taka perspektywa może nie nastrajać optymistycznie do pracy, ale podobnie było z kwestią tymczasowego objęcia stanowiska. Może ta tymczasowość będzie służyć di Matteo?

Na kluczową postać tegorocznej kampanii wyrósł Fernando Torres. Król strzelców Mistrzostw Europy po odejściu Didera Drogby w końcu może pokazać pełnię swoich możliwości. Przez poprzednie sezony, ciągle czegoś Hiszpanowi brakowało, dało się wyczuć, że coś go blokuje. Swoją grą dawał do zrozumienia, że czuje się w cieniu silnego napastnika z Wybrzeża Kości Słoniowej. El Nino pracujący w obrębie pola karnego rywala, ze wsparciem Maty, Hazarda i Oscara - to plan na ten sezon. Biorąc pod uwagę umiejętności poszczególnych zawodników, przynoszący sporo dogodnych okazji do strzelenia mnóstwa bramek. Mecz o Tarczę Dobroczynności wskazuje, że powoli zaczyna wszystko się zazębiać i Torres stanie się poważnym kandydatem do tytułu króla strzelców tym razem angielskiej Premier League. Teraz wszystko w nogach Hiszpana, bo ma wielu osobom coś do udowodnienia, a może zrobić to tylko strzelając bramki w hurtowych ilościach.


Czy Sroki udowodnią, że poprzedni sezon nie był jednorazowym wyskokiem?

Wielu było zaskoczonych tym, że Newcastle United przez cały zeszły sezon walczyli o miejsce w pierwszej czwórce. Pomimo tego, że będą reprezentować Anglię tylko w europejskich rozgrywkach pocieszenia – Lidze Europejskiej i tak trzeba uznać wyczyn zespołu Alana Pardew za spory sukces. Skazywani na tułanie się w środku tabeli rzucili wyzwanie największym klubom. Tym razem rywale podchodzić będą do nich z większym respektem, o wiele trudniej będą przychodzić zwycięstwa, a co więcej - trzeba będzie grać co trzy dni i nie jest wcale pewne, że młody skład wytrzyma trudy całego sezonu.

Powtórzyć wynik z poprzedniego sezonu będzie niesamowicie trudno, Pardew musi stosować rotację w składzie, żeby uniknąć tego, co dosięgnęło w ostatniej fazie sezonu Athletic Bilbao. Piłkarze grający w bardzo wymagającym systemie Marcelo Bielsy byli tak zmęczeni, że niemalże bez walki oddali mecze w finale krajowego pucharu i Ligi Europejskiej. Na szczęście Newcastle zatrzymało swoje największe gwiazdy – Cabaye'a, Tiote i Cisse, co zapewniło Pardew stabilność w składzie. Wcześniejsze sukcesy na rynku transferowym teraz powodują, że kluby, do których Sroki zwracają się z ofertą kupna zawodnika wiedzą, że mają do czynienia ze świetnym scoutingiem. A to podbija stawkę, a włodarze Newcastle należą do tych, którzy są dość powściągliwi w wydawaniu pieniędzy. Nie udało się kupić Luuka de Jonga, który wybrał Borussię Monchengladbach. Przeciąga się sprawa kupna Mathieu Debuchy'ego i powrotu Andy'ego Carrolla, a dopiero teraz udało się wyciągnąć z Ajaxu Vurnona Anitę. Nad rzekę Tyne przybyli zawodnicy, którzy zwiększają głębię składu: Gael Bigirimana z Coventry, awizowany jako nowy Mickael Essien, Australijczyk Curtis Good i Romain Amalfitano z Reims. Jeżeli nie uda się pozyskać piłkarzy, o których zabiega Alan Pardew, Sroki mogą stać się ofiarą własnego sukcesu i w obliczu olbrzymiej ilości spotkań spadną w przeciętność.

Czy beniaminkowie pozostaną w lidze?

W poprzednim sezonie, po raz pierwszy od bardzo dawna, wszystkie nowe zespoły pozostały na następne rozgrywki w najwyższej klasie. Swansea i Norwich osiągnęły sukces grając jednocześnie widowiskową piłkę, a QPR udało się utrzymać na „słowo honoru”. Tym razem jednak trudno będzie powtórzyć wspólny wyczyn zeszłosezonowych beniaminków.

West Ham, jeden z bardziej szanowanych, angielskich klubów, ma jednak spore szanse na pozostanie w lidze. Choć fani ofensywnego, technicznego stylu gry nie będą zachwyceni, West Ham ma sporo atutów, by w Premier League pozostać. Bardzo prawdopodobne przenosiny na stadion olimpijski, niezłe transfery – to może pomóc West Hamowi w walce o utrzymanie się w lidze. Wiele zależy od atmosfery towarzyszącej drużynie, kibice często wyrażali dezaprobatę wobec ekstremalnie wyspiarskiego stylu grania i zagrań, przez które piłka nieustannie szybuje ponad głowami zawodników. Jeżeli West Ham dobrze wejdzie w sezon, a piłkarze się rozluźnią – środek tabeli może okazać się miejscem, w którym zakotwiczy klub z Boleyn Ground.

Gra w Premier League może być za dużym wyzwaniem dla Reading. Przeprowadzona w maju transakcja kupna klubu przez rosyjskiego oligarchę dała zastrzyk gotówki, spożytkowanej głównie na transfery. Sprzed nosa Fulham sprzątnięto Pawła Pogrebniaka, do tego doszli Adrian Mariappa, Danny Guthrie i Garath McCleary. Brian McDermott – menedżer Reading – przy budowaniu drużyny stawia na wzmacnianie ducha zespołu i poczucie wspólnoty. Ten cel najlepiej mogą spełnić zawodnicy głodni sukcesu, często młodzi, dlatego pokonanie Reading będzie bardzo trudnym zadaniem. Z tej mieszanki może wyjść skład na utrzymanie, ale będzie to bardzo ciężka batalia.

Southampton zaś w piorunującym stylu w przeciągu dwóch lat awansowało kolejno do Championship i do Premier League. Menedżer Świętych Nigel Adkins zapowiedział, że jego celem nie będzie tylko pozostanie w lidze, ale przede wszystkim budowanie pozycji w Premier League, by w niedługim czasie grać o miejsca w pierwszej połówce tabeli. Może to świadczyć o porywaniu się z motyką na słońce, ale z tych słów bije duża pewność siebie i można się spodziewać, że Southampton będzie grać piłkę w myśl pewnej filozofii, a nie tylko przebijać futbolówkę na połowę rywala i liczyć na cud. Pomóc w tym mają Gaston Ramirez – skrzydłowy ściągnięty z Bolonii – oraz Jay Rodriguez, były zawodnik Burnley. Adkins wydaje duże pieniądze, ale niekoniecznie może to przynieść zamierzony cel. Walka będzie toczyć się do samego końca i to raczej o utrzymanie, a nie o środek tabeli.

Czy Wigan znowu zostanie w Premier League?

Rokrocznie drużyna Roberto Martineza typowana jest do spadku z Ekstraklasy. I co roku udaje im się zostać, głównie dzięki myśli taktycznej swojego trenera, który niezależnie od wyników stara się grać miłą dla oka piłkę, która może się podobać nawet najbardziej wymagającym estetom. W zeszłym sezonie wydawało się, że w końcu to Wigan spadnie, że w ostatnich meczach sezonu nie uda im się zdobyć wymaganej liczby punktów. Martinez zaryzykował, postawił na obronę złożoną z trójki zawodników i to ryzyko się opłaciło, wygrał siedem z ostatnich dziewięciu spotkań. Nic dziwnego, że to właśnie do niego zwrócił się Liverpool z propozycją objęcia stanowiska pierwszego trenera. Dlaczego się nie dogadano, trudno powiedzieć.

Tak jak gol Aguero był kamieniem węgielnym pod budowę wielkiej drużyny, tak końcówka poprzedniego sezonu może być fundamentem, na którym Roberto Martinez zbuduje drużynę walczącą nie tylko o pozostanie w lidze, ale również o wyższe miejsca. Warto ściskać kciuki za Hiszpana, który zasłużył na prowadzenie drużyny walczącej o najwyższe cele. Może się do tego przybliżyć udanie przeprowadzając drużynę przez zawieruchę sezonu 2012/2013. O ładny futbol nie trzeba się martwić.

Jak poradzą sobie nowi trenerzy?

Aston Villa, Liverpool, Norwich, Swansea, Tottenham i West Bromwich to kluby, które zdecydowały się przed sezon na zatrudnienie nowych menedżerów, którzy mieliby sprawić, by ich drużyny zaczęły prezentować futbol wykorzystujący maksimum ze składu personalnego.

Na Villa Park trafił Paul Lambert, wcześniej trener Norwich City, z misją zbudowanej drużyny grającej atrakcyjną piłkę. Działacze i kibice byli sfrustrowani grą pod wodzą Alexa McLeisha, nie obfitującą w bramki, a co więcej – nie było to równoważone przez wyniki. Lambert dał się poznać jako menedżer ustawiający swoje drużyny ofensywnie, przez co mecze Norwich City w zeszłym sezonie często były istną kanonadą. W Aston Villi szkocki menedżer znajdzie zawodników reprezentujących dobry poziom piłkarski, którzy mając swobodę atakowania mogą wznieść się na wyżyny swoich umiejętności. A kibice na pewno będą zadowoleni.

Za Lamberta na ławce Norwich City pojawił się Chris Hughton. W przeciwnieństwie do poprzednika, Hughton stawia na solidność i organizację gry w obronie, licząc na indywidualne umiejętności zawodników z przodu. Dzięki ciężkiej pracy plan pozostania w lidze powinien się udać, w klubie pozostał Grant Holt, do tego doszli Michael Turner i Wes Hoolahan. Jeżeli obrona będzie w istocie dobrze zorganizowana, Norwich City z batalii o pozostanie w lidze powinno wyjść zwycięsko.

Jednym z ciekawszych zmian na stanowisku szkoleniowca w Premier League było zatrudnienie Brendana Rodgersa w Liverpoolu. Charyzmatyczny menedżer, autor sukcesu Swansea z zeszłego sezonu, ma za zadanie nadrobić stracony czas w czerwonej części miasta Beatlesów. The Reds mają grać piłkę nowoczesną, ofensywną, opartą na nieustannej wymianie podań. W rewolucji Rodgersa mają pomóc jego dwaj podopieczni z wcześniejszych czasów – Fabio Borini oraz Joe Allen. Kibice Liverpoolu muszą jednak uzbroić się w cierpliwość, początek sezonu jest wybitnie ciężki, a zrozumienie nowej filozofii może trochę zająć.

Pierwszy przeciwnik Liverpoolu w tym sezonie to drużyna West Bromwich Albion z nowym trenerem – Stevem Clarkiem. 50-latek zapracował na swoją reputację ciężką pracą w roli asystenta w Chelsea i przy Anfield Road. Choć może to dziwić – pierwszy raz widzimy go jako samodzielnego szkoleniowca. Po Royu Hodgsonie odziedziczył zespół doskonale rozumiejący grę w obronie, do tego z wieloma ciekawymi zawodnikami. Clarke'owi powinno udać się zbudować drużynę na miarę pozostania w lidze, jeżeli będzie miał silną pozycję w szatni. To zupełnie inna praca niż stanowisko asystenta.

Na koniec trener, o którym na tym blogu pisałem dość często. Portugalczyk Andre Villas-Boas ma w tym sezonie poprowadzić Tottenham Hotspur. Pomimo problemów poprzednim sezonie, gdy popadł w konflikt ze starszymi graczami w Chelsea Londyn, dostał olbrzymi kredyt zaufania u derbowych rywali The Blues. Villas-Boas w przedsezonowych rozgrywkach grał najczęściej ustawieniem 4-2-3-1, co wskazuje na dość duży szacunek wobec spuścizny Harry'ego Redknappa. Coś, czego brakowało u poprzedniego pracodawcy. Jego filozofia futbolu – ofensywny styl gry, połączony z wysoką linią obrony i nieustannym pressingiem – może trafić na podatny grunt na White Hart Lane. Ma do dyspozycji młodszych, szybszych zawodników, którzy lepiej zrozumieją jego wizję. Brakować na pewno będzie Luki Modricia, myślami będącego jednak w Realu Madryt.
Jeżeli uda się natomiast sfinalizować transfery Joao Moutinho i Leandro Damiao, Tottenham może być drużyną przygotowaną do walki co najmniej o pierwszą czwórkę tabeli.


O co będzie walczyć Arsenal?

Do klubu z Emirates Stadium zawitali Santi Cazorla, Olivier Giroud i Lukas Podolski. Arsene Wenger wzmocnił ofensywę – będzie łatwiej o kreowanie sytuacji. Wszystko byłoby pięknie, można by nawet stwierdzić, że Kanonierzy będą bić się nawet o mistrzostwo, gdyby nie sprawa Robina van Persiego. Sprawa, która ciągnęła się przez całe okienko transferowe i dopiero na chwilę przed rozpoczęciem rozgrywek znalazła swój finał. Arsenal po raz kolejny musiał pożegnać się z gwiazdą swojego zespołu, co więcej – kapitanem. Do Barcelony udał się natomiast Alex Song. Po raz kolejny Wenger jest zmuszony na nowo ustawiać zespół, choć tym razem nie musi na ostatnią chwilę szukać zastępców.

Zgranie się wszystkich zawodników na pewno będzie musiało potrwać - przy ofensywnym stylu preferowanym przez Wengera rozbrajanie obrony rywala wymaga zrozumienia pomiędzy zawodnikami. Nie mam jednak wątpliwości, że rozwiązanie tego problemu to kwestia czasu.

Czy jednak Arsenal to ekipa na mistrzostwo? Ważny tutaj jest kontekst. United i City to drużyny, które na swoich rywali mogą patrzeć z góry, co daje dość dużą pewność siebie, a rywalom często plącze nogi. To przeciwnicy muszą się do nich przystosować, a nie oni do nich. Przez to rzadziej zdarzają im się wpadki, utrzymują wysoką formę przez cały sezon. Arsenal ma problemy z wygrywaniem wtedy, kiedy nie wszystko idzie po jego myśli. Brakuje ten mistrzowskiej mentalności. Dlatego Arsenal po raz kolejny musi celować w miejsca 3-4, o które bić się będzie z Tottenhamem, Chelsea i Newcastle.

czwartek, 16 sierpnia 2012

16.08.2012


 Czasem zdarza się, że w piłce nie dzieje się nic, poza wrzutkami medialnymi podsyłanymi przez agentów. Twitter to przemieli, zje i następnego dnia nikt o tym pamiętać nie będzie. Wczoraj zaś w przeciągu kilku godzin działo się tyle, że spokojnie obdzieliłoby cały tydzień. Mówię tu zarówno o kwestiach personalnych, jak i meczach międzynarodowych.


Jak wielu już wie – Robin van Persie zostanie piłkarzem Manchesteru United. Kwestia jego odejścia z Arsenalu była dominującą narracją letniego okienka transferowego odkąd Holender wystosował oświadczenie mówiące o tym, że nie zdecyduje się na przedłużenie kontraktu z Kanonierami. Problemem nie były pieniądze, lecz brak odpowiednich wzmocnień, co eufemistycznie zostało określone jako: „niezgodność wizji”. Dziwne, biorąc pod uwagę transfery Podolskiego, Giroud i ostatnio Cazorli. W każdym razie w United będą lepsi zawodnicy, a taką wisienką na torcie będą niebagatelne zarobki – 220 tys. funtów tygodniowo. Dodając do tego 24 mln funtów, które sir Alex Ferguson musiał przelać na konto Arsenalu, van Persie kosztować będzie United 68 milionów funtów (transfer + pensja). Całkiem sporo, trzeba przyznać.

Problem United tkwi teraz w tym, jak poustawiać cały – nomen omen – arsenał fenomenalnych zawodników. Van Persie, Rooney, Kagawa – wiele drużyn, nawet z absolutnego topu, chciałoby ich mieć w swojej drużynie. W pewnym sensie przypomina to sezon 2007/2008, gdy United straszyli rywali atakiem złożonym z Cristiano Ronaldo, Rooneya i Carlosa Teveza. Obie trójki mogą swobodnie wymieniać się pozycjami i mieszać szyki obronne rywala.
Gdzieś z tyłu głowy tkwi jednak sprawa środkowego pomocnika, który mógłby obsłużyć kolegów dobrym podaniem, potrafiłby kontrolować tempo gry i nie byłby amatorem w destrukcji. Marchisio, Modrić, Moutinho – takich piłkarzy potrzebowałby szkocki menedżer. Jest już co prawda trzech dobrych zawodników – Carrick, Scholes i Cleverley, ale jest poczucie, że dobry transfer poustawiałby grę zespołu, by walczyć nie tylko w Premier League, ale wymazać plamę z zeszłego sezonu, gdy United odpadli już z fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Mam też teorię, że wzorem „hałaśliwych sąsiadów” United zdecydują się na grę trójką obrońców. Roberto Mancini ustawił drużynę w meczu z Chelsea, o czym wspominałem ostatnio. Czerwone Diabły mają zawodników do takiego ustawienia, ale jak wiadomo – każda taktyka jest pochodną stanu osobowego, by go po prostu maksymalnie wykorzystać, ale pewna rama gry drużyny może być przeniesiona na grunt, a właściwie murawę Old Trafford. W myśl mojej teorii

Sytuacja z odejściem van Persiego jest inna niż rok temu, gdy z Emirates Stadium odchodził Fabregas do spółki z Nasrim i Clichym. Wtedy Wenger szukał zawodników na łapu-capu, niekoniecznie przemyśliwszy te transfery. Choć Arteta okazał się zawodnikiem pasującym do filozofii gry Francuza, Benayoun i Mertesacker miejsca w drużynie nie zagrzali. Tym razem sprawa ma się inaczej. Przyszli zawodnicy o dość wysokich umiejętnościach, reprezentanci swoich krajów, wiodące postaci byłych klubów. Arsenal był przygotowany na odejście van Persiego, a odejście Alexa Songa (ma przejść do Barcelony za 15 mln euro) może być zrekompensowane transferem chociażby Yanna M'Vili z Rennes. Może w końcu po kontuzji wróci Jack Wilshere, nieobecny przez cały poprzedni sezon. Choć sytuacja wydaje się być lepsza niż w zeszłym roku, kibice Arsenalu mogą się martwić tym, że do ich ukochanego klubu coraz mocniej przykleja się łatka „sprzedawcy”. Czy mimo to uda się im osiągnąć sukces i w szczególności – trofea. Wojciech Pawłowski powiedziałby tutaj ładne zdanie.


Z północnym Londynem żegna się inna gwiazda ligi angielskiej – Luka Modrić z Tottenhamu. Trener Spurs Andre Villas Boas sam stwierdził, że rozmowy z Realem Madryt są w bardzo zaawansowanym stadium i jak by to powiedziano w Sky Sports: Chorwat przejdzie „within the next few days”. Nieoficjalnie mówi się, że Modrić na Bernabeu zawita po przelaniu na konto Tottenhamu 32 milionów euro, a później mogą przyjść również bonusy, które mogą być zdefiniowane różnorako. Pieniądze za długo na tym koncie nie przeleżą, szybko wyruszą w drogę do Porto, a w drugą stronę wybierze się Joao Moutinho, który dość entuzjastycznie podchodzi do tematu współpracy ze swoim trenerem z czasów, gdy AVB prowadził jeszcze klub z Portugalii. Jeżeli do tego potwierdziłyby się plotki o ściągnięciu Leandro Damiao – gwiazdy reprezentacji Brazylii na IO 2012 w Londynie – utrata Modrica mogłaby być zrekompensowana z nawiązką. Jeżeli Villas Boas znalazłby dla nich miejsce w drużynie, poustawiał cały zespół – Tottenham może być ciekawą ekipą w tym sezonie. Ale na zapowiedź przyjdzie jeszcze czas :)


Javi Martinez przechodzi do Bayernu Monachium za 40 milionów euro – napisał wczoraj Bild. Wszystko, co napisze ta szacowna gazeta należy brać z dość dużym przymrużeniem oka, choć nie da się ukryć, że o tym transferze mówi się już od dłuższego czasu. Ten typ zawodnika - dobry technicznie zawodnik defensywny – byłby dość dużym wzmocnieniem Bawarczyków, którzy chcą z przytupem odzyskać tytuł Mistrza Bundesligi i jeszcze raz porwać się na zdobycie Ligi Mistrzów. Garść statystyk: w poprzednim sezonie Martinez miał najwięcej podań (54,1 na mecz), wślizgów (3,1 na mecz) i przechwytów (5,2 na mecz) w drużynie grając na pozycjach środkowego obrońcy i defensywnego pomocnika. Jest przyzwyczajony do gry nastawionej na wymianę podań, wysoką linię obrony – po prostu idealny zawodnik dla Bayernu jako partner Schweinsteigera w pomocy.

No ale to Bild.


Z Bilbao żegna się też inna gwiazda tego zespołu – Fernando Llorente. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej Mistrz Europy z Hiszpanią oświadczył, że nie zamierza podpisywać nowego kontraktu z Athleticiem, co w skrócie oznacza, że szykuje się do odejścia; najprawdopodobniej do Juventusu. Mistrzowie Włoch szukają napastnika już od dłuższego czasu, na nikogo jednak się nie decydując. Żeby jednak nie zostać na nowy sezon z Matrim i Quagliarellą, robią wszystko co w ich mocy, by ściągnąć do siebie Baska. Wysoki napastnik może przydać im się w podbijaniu Europy, bo na ten moment – trzeba przyznać – nie mają kim straszyć. Różne kwoty padają w kontekście tego transferu, najczęściej zaś wspomina się o 36 milionach euro, co oznaczałoby, że Bilbao zarobiłoby w sumie 76 milionów na sprzedaży swoich najlepszych zawodników.

Nie będzie to spożytkowane na transfery, chyba, że udałoby się kupić Xabiego Alonso lub Mikela Artetę, ale na to się nie zanosi. Modernizacja San Mames, polepszenie warunków treningowych – na to przeznaczony będzie gros pieniędzy ze sprzedaży Martineza i Llorente, o ile oczywiście do tego dojdzie. Choć wiele na to wskazuje.


Dziś zaś szeregi The Reds zasilił marokański skrzydłowy Oussama Assaidi z Heerenveen. Nigdzie wcześniej o tym transferze się nie wspominało, więc wielu podeszło do tego z lekkim uśmieszkiem – Liverpool ściąga pewnie jakiś szrot i to jeszcze za marne 3 mln funtów. Później zaś na pierwszy plan wyszły głosy mówiące, że to chłopak z papierami na granie, szybki, dobry technicznie, uniwersalny napastnik. Pasujący do koncepcji Brendana Rodgersa. Przypomniano jego dotychczasowe opus magnum – mecz z Twente, zakończony zwycięstwem jego drużyny 6:2, a sam Marokańczyk popisał się hat-trickiem.


Na Anfield Road zawitać też powinien na zasadzie rocznego wypożyczenia pomocnik Realu Madryt Nuri Sahin. Wraz z przyjściem Modrica jego występy na Bernabeu mogłyby w dalszym ciągu należeć do rzadkości, na co wciąż rozwijający się turecki zawodnik zgodzić się nie może i zgodnie z radą Jose Mourinho ma udać się właśnie pod skrzydła Brendana Rodgersa. Irlandczyk wzmacnia środek pola zawodnikami dysponującymi sporymi umiejętnościami technicznymi, wszak ściągnął ze Swansea Joe Allena, swojego byłego podopiecznego.

Amerykańscy właściciele Liverpoolu pozwalają Rodgersowi na ściąganie zawodników pasujących do jego koncepcji w dużej mierze dzięki 180-stronnicowemu raportowi, który ten przedstawił swoim szefom. W nim zawarł receptę na to, jak polepszyć grę zespołu w obrębie jego filozofii wraz z zawiłościami taktycznymi, treningowymi i kwestiami budowy drużyny na przyszłość. Profesjonalizm w każdym calu.

Kończąc temat transferów: Vurnon Anita, pomocnik Ajaxu został zawodnikiem Newcastle United. Nie jest to może Sergio Busquets, ale z pewnością podobny typ zawodnika. Jeszcze kilka lat temu mówiło się o uniwersalnych zawodnikach ofensywnych jako nowince taktycznej. Takich, którzy mogą grać wszędzie z przodu. Środek, skrzydła czy wreszcie na szpicy – nie robi im to najmniejszej różnicy. Do czego zmierzam? Teraz to samo dzieje się z zawodnikami o nastawieniu bardziej defensywnym. Anita może grać jako defensywny pomocnik, ale też jest to boczny obrońca. Alan Pardew chwalił nowy zakup jako zawodnik uniwersalny, o sporych umiejętnościach technicznych. Powinien przynieść Newcastle lepsze utrzymywanie się przy piłce, szybszą wymianę piłki, ale też stabilność w obronie.


Wczoraj grały drużyny narodowe, w tym nasza piłkarska reprezentacja Polski. Nie będę się rozpisywał. Dno dna. Tak walczono o Orzełka na koszulce, a grają w niej zawodnicy, którzy są niegodni noszenia jej.

W Tallinie mecz beznadziejny, inna sprawa miała się z meczem reprezentacji Niemiec z Argentyną. Od początku był to dość otwarty mecz, sytuacji nie zmieniła nawet czerwona kartka dla Zielera – niemieckiego bramkarza – skutkująca rzutem karnym dla Albicelestes. Do piłki podszedł Leo Messi i podtrzymał formę z półfinału Ligi Mistrzów przeciwko Chelsea. Strzał pewnie obronił Ter Stegen, który dopiero pojawił się na boisku. Pierwsza bramka dla Argentyny padła tuż przed przerwą, kiedy to dośrodkowanie z rzutu rożnego źle wybił Sami Khedira umieszczając futbolówkę tuż przy słupku swojej bramki.

Po przerwie dalej oglądaliśmy szybki, otwarty mecz, jednak stroną, która z tego miała najwięcej, była drużyna Argentyny. Akcję złożoną z kilku podań z pierwszej piłki, zakończonej asystą Higuaina na bramkę zamienił Messi. Na kwadrans przed zakończeniem spotkania sytuacyjnym strzałem z dystansu popisał się Angel di Maria, podwyższając prowadzenie swojej drużyny do trzech bramek.

Kilka minut później długa wymiana podań i przerzutów reprezentacji Niemiec przerodziła się w grę z klepki w bocznej strefie pola karnego, co wykorzystał Mario Gotze wbiegając na szybkości w szesnastkę Argentyńczyków i dośrodkowując z pierwszej piłki na głowę Benedikta Howedesa, który szczupakiem umieścił piłkę w bramce Argentyny i ustalił wynik spotkania na 3:1.

W Bernie zaś odbył się mecz pomiędzy Anglią a Włochami. Czuć było atmosferę meczu przedsezonowego, stadion w dwóch trzecich był pusty, w dodatku Włosi wystawili dość eksperymentalny skład, w którym debiutowało ośmiu piłkarzy, w tym dwóch od pierwszej minuty. Anglicy wykorzystali to, wygrywając 2:1 i odnieśli pierwsze zwycięstwo nad Italią od 15 lat. Roy Hodgson odszedł od używanego w trakcie Euro systemu 4-4-2 na rzecz bardziej popularnego dzisiaj 4-2-3-1. Do reprezentacji wrócił Michael Carrick, tworząc z Frankiem Lampardem parę środkowych pomocników, przed którymi zagrał debiutujący Tom Cleverley. W przeciwieństwie do meczu sprzed kilku tygodni w Kijowie, tym razem to Anglicy częściej operowali futbolówką, choć słabo weszli w mecz. Dośrodkowanie z rzutu wolnego Diamantiego na bramkę zamienił Daniele de Rossi ładnym strzałem z główki, korzystając z zagapienia się Carricka. Gol ze stałego fragmentu gry padł też dla Anglików. Frank Lampard zagrał z rożnego, na którą zaczaił się Phil Jagielka, wyprzedził Balzarettiego i uderzył szczupakiem obok bezradnego Salvatore Sirigu.
W drugiej połowie pomimo częstej utraty płynności gry, spowodowanej dużą częstotliwością zmian, piłkarzom udało się stworzyć kilka sytuacji. John Ruddy wspaniale obronił strzał z najbliższej odległości Mattii Destro, a piłka po uderzeniu Federico Peluso miast zatrzepotać w siatce, poszybowała w jej boczną stronę. Po drugiej stronie boiska Joleon Lescott nie wykorzystał świetnej okazji, plącząc sobie nogi i trafił w słupek z liczonej w centymetrach odległości od bramki.

Zwycięstwo Anglikom zapewnił cudownym strzałem Jermaine Defoe. Ryan Bertrand wybił piłkę z pola karnego, z którą po lewej stronie boiska pod bramkę rywala popędził napastnik Tottenhamu. Zwodem do prawej nogi zmylił Ignazio Abate i podkręconym uderzeniem posłał piłkę w okienko bramki Sirigu, który zdążył futbolówkę jedynie trącić.