wtorek, 5 marca 2013

60 sekund futbolu.




Koniec lutego dla fanów futbolu w Arnhem przyniósł wstrząsającą informację. Jedna z największych legend ich klubu – Theo Bos przegrał walkę z rakiem trzustki. W Polsce jego postać kojarzy się głównie z kuriozalnymi, absurdalnymi sytuacjami związanymi z jego rolą pierwszego trenera Polonii Warszawa. W Holandii jednak, był kimś więcej niż tylko piłkarzem, czy trenerem.

Theo Bos ze śmiercią spotkał się w przeddzień meczu z Utrechtem. Theo Janssen, który do Vitesse Arnhem przyszedł na początku tego sezonu z Ajaxu wyraził ulgę, że nie będzie mu dane zagrać w piątkowym spotkaniu. „Nie potrafiłbym się skupić” - powiedział holenderski pomocnik. Jan-Arie van der Heijden, który gra na co dzień z numerem 4, który nosił też Bos, na ten jeden mecz postanowił ubrać inną koszulkę, by uhonorować zmarłą legendę.

Cały mecz był bardzo emocjonalny, a wynik nie mógł być inny niż wygrana Vitesse. Każdy wiedział, że w takiej sytuacji drużyna z Arnhem będzie gryźć trawę, robić wszystko, by wygrać dla swojej zmarłej legendy. Kiedy gwiazda drużyny Wilfried Bony ustalił wynik spotkania na 2:0, zaprezentował urbi et orbi koszulkę z podobizną Theo Bosa. Definicja stypy.



Czym dla kibiców gromadzących się na Gelredome był Theo Bos pokazuje scena sprzed ponad miesiąca, gdy po kolejnych informacjach o krytycznym stanie ich idola, całą czwartą minutę spotkania z NEC Nijmegen poświęcono na wyrażenie podziękowań, wsparcia i szacunku dla Theo Bosa i jego rodziny. A było komu dziękować.

Nie na darmo Theo Bos został przez dziennikarzy i kibiców nazywany „Mister Vitesse”. Urodzony w Arnhem, swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał właśnie w FC Hollywood znad Renu. Jako siedemnastolatek, zadebiutował w pierwszej drużynie. Przez całą swoją piętnastoletnią przygodę z piłką rozegrał 369 spotkań, w których zdobył tylko dziewięć bramek. Wszystkie mecze rozegrał z czwórką na plecach, symbolem jednej z ważniejszych pozycji na boisku dla Holendrów. Da się tutaj porównać Bosa z Pepem Guardiolą, obu łączyła wielka miłość do macierzystego klubu, obaj grali na tej samej pozycji, z tym samym numerem, powściągliwi w strzelaniu bramek, odpowiedzialni raczej za płynność gry swoich zespołów. Porównanie przy zachowaniu wszelkich proporcji.

Theo Bos poprowadził na boisku swoją drużynę ku największym sukcesom. Zdobył mistrzostwo drugiej klasy rozgrywkowej i potem z powodzeniem walczył o pozostanie w Eredivisie. Wielokrotnie udawało się grać w europejskich pucharach, a najlepszy sezon zaliczył na koniec kariery, gdy Vitesse zajęło trzecie, najwyższe w swojej historii miejsce w lidze.

Po zakończeniu zawodowej gry w piłkę, został w tym sporcie i zajął się prowadzeniem grup młodzieżowych Vitesse, gdzie udaje mu się zdobyć mistrzostwo kraju. Później zostaje asystentem trenera pierwszej drużyny, by po otrzymaniu potrzebnych licencji trenerskich przejąć FC Den Bosch, zawsze utrzymując swoją drużynę w górnej części tabeli.

W 2009 roku do Bosa zgłosił się jego ukochany klub. „Mister Vitesse” trafił na przynależne mu miejsce. Mimo że wszystko powinno być na swoim miejscu i mimo wspaniałego zwycięstwa nad Ajaxem Marco van Bastena 4:1, Bos osiąga ze swoją drużyną gorsze wyniki niż we wcześniejszym klubie. W sierpniu 2010 klub zostaje przejęty przez bliskowschodniego magnata. Nowy właściciel nie darzył Bosa wielkim uczuciem i po dwóch miesiącach Holender został zastąpiony przez Hiszpana Alberta Ferrera.

Na ostatnim etapie swojej przygody z piłką, Bos kierował jeszcze drużynami Polonii Warszawa i FC Dordrecht, klubem z pierwszej ligi holenderskiej. W grudniu 2011 został u Bosa zdiagnozowany rak trzustki. Mimo to, dalej poświęcał się pracy trenera. Nie poddawał się, mimo tego, że od początku skazany był na porażkę. Tak Bosa wspomina były zawodnik Dordrecht, Nick Coster: „To wspaniały piłkarz i wielki profesjonalista. Kiedy widziałem go ostatni raz, rozmawialiśmy o wszystkim, ale nie za bardzo o jego chorobie. Theo to walczak, był kapitanem Vitesse i zawsze walczył za klub. Za młodu był też bokserem, a teraz dosłownie walczy o swoje życie. Kiedy widzisz takie rzeczy, zdajesz sobie z tego, czym jest futbol”.

I tutaj warto się zatrzymać. Te 60 sekund wsparcia dla Theo Bosa od kibiców, to było 60 sekund futbolu. Owszem, to, co dzieje się na boisku jest najważniejsze, ale to, co tworzy ten sport, to właśnie takie opowieści. Opowieści o poświęceniu, o walce, o lojalności. Ten wielki tumult, te łzy i ciche modlitwy kibiców z Arnhem pokazują, jak wiele dla nich znaczyła postać Bosa, zawodnika, który nigdy nie grał w innym klubie, który dla Vitesse oddał mnóstwo zdrowia. Każdy kibic zgromadzony wtedy na stadionie w Arnhem zaprezentował najwspanialszą kompilację najlepszych zagrań, jaką można kiedykolwiek zrobić. Wszystkie zagrania, podania, przechwyty i przerzuty zostały skondensowane w jedną wielką masę emocji i wrzasku.

Patrzymy na te obrazki i widzimy, czym jest futbol dla ludzi nim żyjących. To coś więcej niż sport, to więcej niż pojedynki Messi vs. Ronaldo, czy United vs. Real. To wykracza poza życie i śmierć. I jest od nich silniejsze.

wtorek, 19 lutego 2013

Arsenal, Bayern, Kroos, Wilshere #LigaMistrzów


 Patrząc z szerszej, bardziej ogólnej perspektywy, łatwo znaleźć podobieństwa między Arsenalem a Bayernem. Oba kluby to prymusi księgowości w futbolu zdominowanym przez długi i łaskę właścicieli klubów. Kanonierzy i Bawarczycy grają zwykle piłkę ofensywną, otwartą, opartą na wymianie podań. Wspólnym mianownikiem jest też stawianie na młodych piłkarzy, nierzadko wychowanków klubu lub też tych, którzy przyszli do klubu bardzo wcześnie. Z tych fundamentów wyrosły dwie drużyny będące w zupełnie różnych miejscach rozwoju, z zupełnie innymi aspiracjami.

Bayern mocno korzysta na rozwoju całej niemieckiej piłki. W ciągu ostatnich trzech lat dwukrotnie grał w finale Ligi Mistrzów, a w tym sezonie pokazuje, ze należy do ścisłej czołówki europejskiej piłki. W lidze i w pucharach kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa, nierzadko aplikując rywalom po kilka bramek.

Londyńczycy - mówiąc krótko - grają w kratkę. Czasem wszystko wydaje się układać, by potem miała przyjść porażka z niżej notowanym rywalem, jak w sobotę z pierwszoligowym Blackburn Rovers. Zaczyna być podważana cała strategia klubu: co najmniej czwarte miejsce w lidze kosztem wszystkiego innego. Efekt jest taki, że Arsenal od ośmiu lat nie zdobył żadnego trofeum, a Arsene Wenger znalazł się pod ostrzałem mediów i zaczyna być podnoszona kwestia jego zwolnienia. Sytuacja jest dość napięta, co dał po sobie poznać sam trener, nerwowo reagując na pytania dziennikarzy zgromadzonych na konferencji prasowej. Francuz to świetny szkoleniowiec dla drużyn, które mają stabilny skład na przestrzeni dwóch-trzech lat. Gdy tak jak teraz, z klubu co roku odchodzą najlepsi zawodnicy – gra Arsenalu może się nie kleić.

Dlatego też w zupełnie różnych kontekstach rozwijają się talenty dwóch najbardziej obiecujących piłkarzy obydwu drużyn – Toniego Kroosa i Jacka Wilshere'a. Tak jak ich kluby – obaj znajdą wiele punktów wspólnych. Wszechstronni, kreatywni, silni i inteligentni – na ich grę patrzy się z wielką przyjemnością. Choć zwykle grają na różnych pozycjach obydwu porównuje się już do Andresa Iniesty. To na Kroosie swoją monachijską Das Tiki-Takę ma oprzeć Pep Guardiola, a Wilshere'a do Barcelony zaprasza Dani Alves.


Obaj mają też za sobą świetne mecze w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. W poprzednim sezonie Kroos błyszczał w półfinale z Realem Madryt na Allianz Arena. Juup Heynckes wykorzystał go na pozycji nr 10, by pod koniec spotkania przesunąć na środek pomocy w celu lepszego utrzymania piłki. Wilshere zaś poprowadził Arsenal do zwycięstwa w spotkaniu z Barceloną na Emirates dwa lata temu. To dzięki jemu sercu do gry udało się pokonać utytułowanego przeciwnika, a młody zawodnik został uznany graczem meczu.

Jeżeli patrzymy na grę obydwu zawodników po wyabstrahowaniu z drużyny, obaj mogą być uznani za creme de la creme europejskiej piłki. Hiszpański trener Juanma Lillo zauważa jednak, że jeśli opisujemy piłkarza, nie możemy zapominać o kontekście – jego drużynie. „Nic nie może być zdekontekstualizowane. Jak żyjesz, kim jesteś, jak wysoko cenisz więzi, zachowanie, interakcje – to wszystko wpływa na to, jak gra drużyna” - mówił w wywiadzie do Blizzarda Hiszpan. Mentor Pepa Guardioli uchodzi za skrajnego zwolennika odzierania drużyny z indywidualnych popisów, co nie przyniosło mu o prawda wielkich wyników, ale ceni się go za odmienny sposób myślenia, który może stanowić inspirację dla wielu trenerów czy dziennikarzy.


Opierając się na tych słowach, można kontynuować rozważania o Kroosie i Wilsherze. Każda drużyna, jeżeli jest dobrze, profesjonalnie zarządzana, ma swój specyficzny scenariusz, kod rozwoju każdego piłkarza, zarówno wychowanka, jak i ściągniętego do zespołu w późniejszej fazie swojej kariery. Wraz z każdym zawodnikiem, rozwija się też cała drużyna. To, z jakimi zawodnikami i w jakiej drużynie przychodzi grać piłkarzowi będzie wpływało na jego rozwój i sposób grania.

Kroos dużo czerpie ze współpracy z Bastianem Schweinsteigerem i Javim Martinezem – duetem środkowym pomocników Bayernu, z którymi udało się stworzyć jeden z lepszych tercetów środka pola w Europie. Wyżej, korzysta z pomysłowości i kreatywności Francka Riberiego i Thomasa Mullera. Sam Kroos jest w samym środku ustawienia Bayernu, przez co niemal każda akcja przechodzi przez niego. Dzięki eleganckiej grze Kroosa, Bawarczycy znaleźli odpowiedni balans i symetrię w swojej grze.

Przez fachowy serwis Bundesliga Fanatic Kroos został nazwany monachijskim „Spidermanem”. Gra bowiem tak, jakby piłka była czymś w rodzaju niewidzialnej nici przywiązana do jego buta. Ciekawe, czy na jego czucie piłki wpływ miały polecenia trenerów z czasów juniorskich, by w ramach wyrównania szans, Kroos grał bosymi stopami.

„On może być angielskim Iniestą. Ma tę umiejętność. Jego sposób gry powoduje, że każdy trener chciałby go mieć w swojej drużynie. Ta wola zwycięstwa, ten głód. On jest wszechstronny” - tak scharakteryzował Wilshere'a Jamie Redknapp w artykule dla Daily Mail po meczu reprezentacji Anglii z Brazylią, w którym pomocnik Arsenalu zdominował grę w środku pola swoimi podaniami, przerzutami i udanymi dryblingami. Potrafił odnaleźć się w grze z kontry, jak i w ataku pozycyjnym.



Warto dodać, że był to pierwszy mecz Wilshere'a w angielskiej kadrze po powrocie z ponadrocznej przerwy spowodowanej kontuzją. Jak bardzo zmienił się angielski futbol, a przede wszystkim Arsenal przez ten czas, łatwo zaobserwować patrząc na skład drużyny, która wyszła na murawę Emirates we wspomnianym wcześniej meczu z Barceloną. Z pierwszej jedenastki: Szczęsny – Eboue, Djorou, Koscielny, Clichy – Song, Wilshere – Wallcott, Fabregas, Nasri – van Persie zostało tylko czterech zawodników. W przeciągu dwóch lat wymieniona została większość podstawowej jedenastki, a drużyna została pozbawiona zawodników wybitnych, stanowiących jej trzon – Songa, Fabregasa i van Persiego.

W takiej sytuacji trudno mówić o rozwoju drużyny, pewnej ciągłości. Owszem, ciągle przychodzą do drużyny wybitni piłkarze – Cazorla, Podolski, Arteta – ale brakuje pewnej stałości i stabilizacji rozwoju, określonego kierunku. Dlatego też Wilshere wracając do drużyny i oferując jej ten sam zestaw cech, dostrzega, może dostrzec, że nie ma wokół zawodników, na których mógłby się oprzeć. Potrafi ładnie rozegrać z Artetą i Cazorlą, ale nie ma w tym jakiegoś ogólnego, wspólnego dla tych trzech zawodników sposobu gry.

Tutaj więc ujawniają się różnice w grze Niemca i Anglika. Kroos czuje grę Bayernu, a Bayern czuje grę Kroosa, występuje wspólna zależność wynikająca właśnie z kodu rozwojowego Bawarczyków . Inaczej jest u Wilshere'a. Przez tak wielką rewolucję kadrową każdy zawodnik może czuć się w pewien sposób odosobniony. A młody pomocnik, szczególnie związany z klubem, czuje to jeszcze mocniej. Dostrzegając, że z Arsenalu odchodzą po kolei najbardziej wartościowi zawodnicy, Wilshere może powtórzyć słowa egzystencjalisty Sartre'a, że jest „pozostawiony samemu sobie”.

To budzi w nim jednak niesamowitą wolę walki i chęć zwycięstwa. Nie mam wątpliwości, że to Wilshere będzie kluczowym dla Arsenalu zawodnikiem w starciu z Bayernem.. Sam pojedynek Wilshere vs Kroos zapowiada się znakomicie, obaj będą grać w ulubiony przez siebie sposób. Tak, jak przed dwoma laty Anglik rzucił wyzwanie Xaviemu i Inieście, tak teraz będzie musiał sprawdzić się w starciu z Schweinsteigerem i Kroosem. Natomiast Niemiec dostanie podobne zadanie jak w meczach z Realem – szanowanie piłki, rozdzielanie jej na skrzydła, kontrolowanie gry. Żaden jednak nie poradzi sobie w pojedynkę, tego możemy być pewni. I chyba tylko tego.

czwartek, 14 lutego 2013

Przemyślenia po Lidze Mistrzów


Żadna z drużyn grających we wtorek i środę nie pokazała naprawdę porywającej piłki.

Trudno będzie kibicom nazwać postawę ich klubu w meczu 1/8 LM jako klasyczny występ. Juventus przez dłuższy czas grał przeciętnie, żeby nie powiedzieć słabo, potrafił jednak do bólu wykorzystać błędy rywala. Celtic dał sobie strzelił trzy bramki na własnym terenie i jest już poza europejskimi pucharami. Valencia nie potrafiła znaleźć swojego rytmu gry, a PSG wraz z zejściem Lucasa Moury przestało grać w piłkę. Manchester United momentami dał się mocno zepchnąć do obrony, zostawiając samotnego van Persiego, Real zaś nie umiał tego wykorzystać, zdobywając się w większości na strzały z dystansu. Szachtar momentami grał bardzo apatycznie, piłkarze często przegrywali pojedynki 1 na 1, zaś Borussii brakowało skupienia pod obydwoma polami karnymi.



Samym bieganiem meczu nie wygrasz.

Do Celticu w tym sezonie przykleiła się łatka „dzielnej” drużyny. Tak dzielnie walczyli z Barceloną na Camp Nou i Celtic Park, tak pięknie i za to należą im się punkty. Inna sprawa, że piłkarsko, szczególnie dzięki świetnej grze obronnej, na awans z grupy zasłużyli. The Bhoys byli drużyną z najmniejszym procentowym posiadaniem piłki ze wszystkich drużyn grających w fazie grupowej LM. W spotkaniu z Juventusem byli drużyną przeważającą, z bardzo agresywnym pressingiem. Na początku Celtic grał blisko siebie, bardzo wysoko, starając szybko odzyskiwać piłkę. Ze wszystkich mniejszych czy większych szans żadna nie zagroziła bramce Buffona i wraz z rozwojem meczu odległości między zawodnikami zaczęły się zwiększać, przez co Marchisio, Vidal i Vucinić mieli więcej miejsca na wyprowadzanie kontr.

Naiwne założenie, że samą walką i bieganiem można odnieść sukces da się obronić w Ekstraklasie czy w Szkocji. W Europie liczy się spryt, szczęście, taktyczna determinacja i pewność poczynań. Celtic nie potrafił wykorzystać słabszej dyspozycji Juventusu w pierwszej połowie, tracąc przy tym ogromne ilości sił.

Boisko piłkarskie jest duże i przewaga w jednym miejscu powoduje, że gdzieś indziej są braki. Zawsze ta kołdra jest w którymś miejscu za krótka. A we wtorek Celtic odkrył naprawdę sporo.

Druga połowa meczu na Celtic Park to pokaz gry na wyjeździe.

To nie był wielki mecz Starej Damy, o czym już wcześniej pisałem, ale drużyna, która na tym etapie rozgrywek wygrywa 3:0 na boisku rywala zasługuje mimo wszystko na to, żeby na chwilę się przy nich zatrzymać. O pierwszej połowie wszyscy w Turynie na pewno będą chcieli zapomnieć, warto jednak pochwalić piłkarzy Juventusu za to, jak zaprezentowali się w drugiej odsłonie meczu.

Antonio Conte zdawał sobie sprawę, że siły piłkarzy Celticu są na wyczerpaniu, a że wynik mają w plecy, dalej będą próbowali atakować. Absorbowanie wszystkich ataków, brak pośpiechu przy kontrach – to był plan na drugą połowę. Przy umiejętnych kontrach, z rozciąganiem gry przez napastników stworzy się wolna przestrzeń dla Claudio Marchisio i Arturo Vidala. Jeżeli nie ma miejsca na kontrę, należy przetrzymać piłkę na połowie rywala, niech jeszcze bardziej się męczy. Nic na siłę.

Widać wtedy było różnicę co najmniej dwóch klas w poziomie i kulturze gry obydwu zespołów. Juventus oddał w całym spotkaniu cztery celne strzały, z czego trzy wpadły do siatki Forstera. Drugi z nich, ten strzelony przez Claudio Marchisio był tym, jaki Antonio Conte chciał, by jego drużyna strzeliła. Włoch znalazł wolną przestrzeń w obronie po tym, jak formację defensywną ściągnął na siebie Alessandro Matri. Ten z kolei posłał podanie w pole karne do wbiegającego pomocnika, który pewnym strzałem podwyższył prowadzenie Juventusu.


PSG to zbiór indywidualności, a nie drużyna.

Valencia na mecz z PSG wyszła z ofensywnym nastawieniem, starając się zagrozić rywalowi grając z ataku pozycyjnego. Była to jednak woda na młyn Paryżan, którzy wyśmienicie czują się w kontratakach. Jak ryba w wodzie na Mestalla czuł się szczególnie Lucas Moura, nieustannie stanowiący zagrożenie dla obrony Nietoperzy. Często wdawał się w bezpośredni drybling, próbował strzałów, udanie podawał przy bramce Javiera Pastore.

Problem PSG tkwił w tym, że po uzyskaniu dwubramkowego prowadzenia, zawodnicy nie wiedzieli do końca co ze sobą zrobić. To nie jest kolektyw, piłkarze nie mają jak odwołać się do jakiegokolwiek systemu gry, bowiem jako grupa jedenastu zawodników – takiego po prostu nie mają.

Paryżanie dobrze radzą sobie z rywalami znacznie słabszymi od siebie, którzy mecz przegrywają już w szatni przed meczem. Fenomenalną robotę robi Ibrahimović, Lucas Moura dobrze czuje się na Parc des Princes, czasem zespół pociagnie Ezequiel Lavezzi ale ciągle brakuje jakiegoś taktycznego nous.

Przy drużynie, która wie co robi, ma pewność w grze, PSG będzie mieć spore problemy. Valencia nie powiedziała ostatniego słowa, a nieobecność Ibrahimovica w rewanżu może okazać się sporym problemem dla drużyny prowadzonej przez Carlo Ancelottiego.



David de Gea – najlepszy na boisku.

Życie w Anglii dla młodego hiszpańskiego bramkarza nie było dotychczas specjalnie miłe. Nawet jeżeli udawało mu się wielokrotnie obronić w meczu groźne strzały rywali, jeden drobny błąd rozpoczynał wielką lawinę krytyki spadającą na jego barki. Gdy w ostatniej minucie meczu z Tottenhamem nieudanie wypiąstkował piłkę, która trafiła pod nogi Aarona Lennona, podającego później do strzelca bramki Clinta Dempseya, Gary Neville – ekspert Sky Sports – o brak trzech punktów dla United oskarżył właśnie De Geę. Sir Alex Ferguson nazwał takie komentarze „idiotycznymi”, przypominając o tym, że w trakcie meczu Hiszpan niejeden raz ratował skórę obronie Manchesteru.

Strzał Fabio Coentrao w szóstej minucie spotkania to jedno z tych uderzeń, które piłkarzowi zaraz po ich oddaniu, niemalże tuż po oderwaniu się piłki od buta wydają się jako te, które zmierzają prosto do siatki i nie ma takiej możliwości, by bramkarz to wyjął.

„On nie miał prawa, żeby w ogóle tę piłkę dotknąć, a co dopiero obronić” - mówił po meczu legenda United, Peter Schmeichel. Piłka, minąwszy Mesuta Ozila, zmierzała prosto w długi róg bramki Czerwonych Diabłów. De Gea w ułamku sekundy wyciągnął się jak sprężyna, każdy mięsień i nerw ciała wykorzystując do tego, by jak najdalej wysunąć rękę. Czubkiem palców udało się skierować piłkę w stronę słupka, od którego to futbolówka odbiła się, by przy akompaniamencie ryku niezadowolenia kilkudziesięciu tysięcy fanów oddalić się od bramki United.

De Gea popisał się później jeszcze znowu przy strzale Coentrao, który zamykał dośrodkowanie z prawej strony. Hiszpan instynktownie wybił piłkę nogami, w stylu dalekowschodnich sztuk walki.

To był bezbłędny występ młodego golkipera, któremu przez dłuższy czas brakowało pewności siebie. Przed spotkaniem sir Alex Ferguson porównał go do małego dziecka, które „raczkuje, wstaje, upada, raczkuje, wstaje, ten dzieciak już chodzi”. Po środowym meczu można z całą mocą potwierdzić te słowa.



Phil Jones i Danny Welbeck – uniwersalni znowu kluczowi.

Ani United ani Real nie grały w swoim ulubionym stylu. Real to mistrzowie kontrataku, zaś Manchester to drużyna, która zawsze chce niczym walec przejechać się po rywalu, nękając go od pierwszej do ostatniej minuty. Z uwagi na defensywne ustawienie zaproponowane przez Fergusona, obie drużyny musiały wykazać się na niepewnym dla nich gruncie. Wspólnym mianownikiem było jednak zamiłowanie do szybkości i tempa rozgrywania akcji, a w takich warunkach w drużynie z Manchesteru najlepiej czuli się najmłodsi: Phil Jones i Danny Welbeck.

Jones robił dokładnie to, co wywróżyłem mu w zapowiedzi. Jak tylko mógł, uprzykrzał życie Cristiano Ronaldo. Jego 90 minut to nieustanne blokowanie, gra na wyprzedzenie, wślizgi i powstrzymywanie Portugalczyka. Gdziekolwiek zjawiał się Ronaldo, był tam już Jones. Przypominało to scenę z Władcy Pierścieni, gdy Saruman zamyka przed Gandalfem kolejno wszystkie drzwi swojej komnaty. Ratunek, tak jak szary czarodziej, Cristiano znalazł w powietrzu.

Anglik wiedział, że każdy moment zawahania może przynieść opłakane skutki dla całej drużyny. Gdy Michael Carrick pogratulował swojemu partnerowi udanego odbioru piłki, w odpowiedzi usłyszał tylko polecenie ustawienia się w obronie. Jones pokazywał nawet swojemu kapitanowi, Patrice'owi Evrze, gdzie powinien się ustawić i kogo przejąć w kryciu. FEC – Future England Captain.

Welbeck doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest i raczej nie będzie napastnikiem klasy van Persiego, że nie ma takiego wachlarza umiejętności jak Wayne Rooney, a nawet takiego daru wykorzystywania sytuacji jak Javier Hernandez. Z tego więc powodu, by nie zostać odrzuconym przez Fergusona, kładzie nacisk na taktyczną dyscyplinę i nieustępliwość w walce o piłkę.

Młody napastnik został człowiekiem od zadań specjalnych i ważnych spotkań. „Razem z Rooneyem zdecydowaliśmy, że zrobimy coś innego taktycznie i ustawimy ich [Rooneya i Welbecka] bardziej wąsko, żeby zamknąć pomoc” - wyjaśniał menedżer United. Później Szkot przystąpił do komplementowania gry reprezentanta Anglii: „To właśnie na poziomie taktycznym zagrał dziś świetnie. Był fenomenalny. Szkoda, że złapał skurcze pod koniec, ale pracował bardzo ciężko. Był dla Realu dziś trudnym orzechem do zgryzienia”.

Swój świetny występ Welbeck ukoronował bramką po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. „Ćwiczymy różne warianty i wiedziałem dokładnie, gdzie spadnie ta piłka” - pochwalił się po meczu Anglik. Brawa jednak należą mu się przede wszystkim za to, że wiedział dokładnie, gdzie ma być na boisku.



Czy Mats Hummels zanotował spadek formy?

Środkowy obrońca reprezentacji Niemiec traktowany był przez wielu jako symbol zmiany warty w Bundeslidze. Wychowany w akademii Bayernu, trafił początkowo na wypożyczenie, potem w ramach transferu definitywnego do Dortmundu. Tam dał się poznać jako archetyp nowoczesnego obrońcy, niesamowicie spokojny, szybki, pewny w interwencjach, ze świetnym podaniem i potrafiący ruszyć do przodu mijając po drodze zdezorientowanych rywali.

Ostatnimi czasy jednak Hummels zatracił tę swoją iskrę w grze. W szczególności przeciwko Szachtarowi zagrał bardzo nieprzekonująco. Jasne, strzelił bramkę, ale raczej warto na to patrzeć w formie odpłacenia swoich win z wcześniejszych wydarzeń boiskowych.

Gdy Douglas Costa cieszył się wraz z drużyną i kibicami z bramki dającej Szachtarowi prowadzenie, Hummels zastanawiał się jak mógł w ogóle do tego dopuścić. Kilkanaście sekund wcześniej Dmitro Czygrynskij zapomniał o swoich barcelońskich latach i rzucił daleką piłkę mniej więcej w stronę Costy. Niemiec zaś po prostu poruszał się do tyłu i patrzył się na piłkę jak na jakieś dziwne zjawisko. Brazylijczyk w barwach ukraińskiej drużyny nie podzielał zdziwienia Hummelsa i kropnął tuż obok wychodzącego Weidenfellera.

Hummels grał bardzo niepewnie, niedokładnie. 78 procent skuteczności podań nie jest żadnym powodem do dumy, a wyprowadzać piłkę Niemiec potrafił jak mało kto. Możliwe, że to tylko chwilowa obniżka formy, czy też krótkie zmęczenie, ale tak czy siak – jest to materiał do zastanowienia się dla Jurgena Kloppa.

środa, 13 lutego 2013

Real - Manchester, czyli co to znaczy być Philem Jonesem




To jeden z takich meczów, dla których została stworzona Liga Mistrzów. Jedne z dwóch najpopularniejszych drużyn w Europie, tradycja, stawka – to wszystko składa się na znaczenie spotkania Real-Manchester United.

Dla Alexa Fergusona Real Madryt zawsze był specjalnym przeciwnikiem. Wszystko zaczęło się ponad pół wieku temu, gdy jako młody zawodnik Queens Park miał przyjemność obejrzeć finał Pucharu Europy na Hampden Park, gdzie Królewscy spotkali się z Eintrachtem Frankfurt. „Byłem jako kibic Rangers na meczu półfinałowym i potem patrząc na przedmeczowy trening Niemców pomyśleliśmy, że oni są bogami, że muszą wygrać. A zostali zniszczeni 7-3! Ten mecz uosabiał wszystkie marzenia europejskiego futbolu” - mówił szkocki trener. Jak sam mówi, wyczyny di Stefano i Puskasa pozwoliły mu jeszcze bardziej zakochać się w tym sporcie.

Rob Smyth w swoim tekście dla Guardiana zauważa, że Real Madryt w kontekście Fergusona wiąże się z kamieniem milowym w podejściu do meczów w Europie. Przed rewanżowym spotkaniem na Old Trafford w 2000 roku Szkot wystawiał drużynę po to, by strzeliła jedną bramkę więcej. Później, Czerwone Diabły miały przede wszystkim stracić jedną mniej.



Ferguson nie potrafił poradzić sobie z niespotykanym ustawieniem Realu. „Gdybym zmienił wcześnie na 4-3-3, to jestem przekonany, że wygralibyśmy bez problemu” - wspomina Szkot. Ferguson mocno wierzył w to, co było codziennością w Premier League – nawet jeżeli drużyna szybko traci bramkę, bez problemu potrafi odrobić to w dalszej fazie meczu.

Vicente del Bosque nazwał grę United „taktyczną anarchią”. Dzień wcześniej Chelsea przegrała z Barceloną 5-1. Wielu uznało angielskie drużyny za taktycznych analfabetów, dowodząc, że Real nie tyle wygrał na Old Trafford, co zdeklasował obrońcę tytułu. Daniel Harris, autor „On the Road: A Journey through a Season” powiedział: „Panuje pewien rodzaj zgody na to, że Real zagrał mądrzej i był lepszą drużyną. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana”.

United miał mnóstwo sytuacji na to, by ten mecz wygrać. Roy Keane, mający wtedy sezon życia zmarnował dwie świetne sytuacje, cuda w bramce wyczyniał osiemnastoletni Iker Casillas, jak nadczłowiek grał Fernando Redondo. „Na 10 spotkań, wygralibyśmy 7” - mówił po meczu Ferguson.



Arrigo Sacchi zauważył jednak, że o ile Manchester to świetna drużyna, to jednak bardziej zorganizowany styl gry Realu dawał większe możliwości regularnego wygrywania Ligi Mistrzów. Czas pokazał, że Ferguson się z tym zgadzał, uznając, że destrukcja jest sama w sobie łatwiejsza do kontroli niż kreowanie akcji. Więc lepiej byłoby położyć większy nacisk na to pierwsze.

Zmiana kierunku rozwoju drużyny spowodowała, że z czasem zaczęto powątpiewać w zdolności Fergusona. Szkot rozerwał pomoc Beckham-Keane-Scholes-Giggs, co spowodowało, że United zaczęli grać gorzej w lidze i w pucharach. Kulminacją było odpadnięcie z Ligi Mistrzów już w fazie grupowej w sezonie 2005-2006.

Mimo to, w następnym roku wszystko zaczęło się układać. Ferguson zbudował drużynę, która pobiła klubowy rekord gry w czterech europejskich półfinałach w przeciągu pięciu lat. Stworzył system oparty na ciągłej wymianie w pomocy, w którym błyszczeli Ronaldo, Rooney, Tevez i Giggs. Potrafił zneutralizować za pomocą Park Ji Sunga kreatora gry Milanu - Andreę Pirlo. Gdy uznał to za słuszne, nakazał swojej drużynie kurczową obronę w 2008 roku na Camp Nou.

Ferguson doskonale zdaje sobie sprawę z klasy rywala, testując już ustawienie, jakie może użyć przeciwko Realowi. W styczniowym spotkaniu z Tottenhamem nakazał swojej drużynie grać zachowawczo, ze szczególnym naciskiem na powstrzymywanie Garetha Bale'a. Czerwone Diabły grały głęboko i blisko siebie, na uwagę zasługiwało zaś ustawienie Phila Jonesa. Anglik grał bowiem jako defensywny pomocnik, bardzo blisko prawej strony obrony. Rozpędzony Bale bardzo często schodzi do środka, czemu miał zapobiec właśnie Jones. Walijczyk musiał szukać sobie miejsca na flance, gdzie jednak czekał na niego Rafael da Silva. Sfrustrowany Bale nie mógł się odnaleźć i był w dużej mierze wyłączony z gry.


„Phil świetnie sprawdził się w roli, którą miał wykonywać w meczu z Tottenhamem. Naprawdę dobrze sobie radził.” - komplementował po meczu swojego podopiecznego sir Alex Ferguson. Podobne zadania Jones otrzymał w niedawnym spotkaniu z Evertonem na Old Trafford.

Jones trzymał się bardzo blisko Marouana Fellainiego, nie odstępując go ani na krok i o ile w pierwszym spotkaniu pomiędzy tymi drużynami w tym sezonie Belg był kluczową postacią w ostatecznym zwycięstwie The Toffees, to w Manchesterze był raczej na marginesie spotkania. Fellaini nie potrafił znaleźć sobie miejsca na rozgrywanie z kolegami akcji, przez co nie udało się Evertonowi wywieźć choćby punktu.

Jones stał się więc bardziej wycofaną wersją Park Ji Sunga, który proszony był często przez Fergusona do ścisłego krycia cofniętych rozgrywających czy ofensywnie usposobionych bocznych obrońców. Już w poprzednim sezonie młody Anglik w ramach łatania dziur spowodowanych kontuzjami grał nie tylko na środku obrony, ale też w środku pomocy i na prawej stronie obrony. Menedżer United nie przywiązywał wagi do jego dotychczasowej, ulubionej pozycji, zobaczył w nim zawodnika stworzonego wręcz do spełniania różnych ról w poszczególnych spotkaniach.

Były zawodnik Blackburn przykuł uwagę Fergusona ponad dwa lata temu w przegranym sromotnie przez Rovers 7-1 meczu na Old Trafford, kiedy to Jones cały czas chciał wzbudzić u kolegów determinację do zwycięstwa. Jego agresywny, pewny sposób gry w połączeniu z wolą wygranej i zdolnościami przywódczymi zamknięty w formie wysokiego, silnego zawodnika stał się łakomym kąskiem na rynku transferowym. Z jego usług chciały skorzystać największe kluby Anglii, ostatecznie jednak latem 2011 roku trafił do czerwonej części Manchesteru.

Awizowano go jako następce Rio Ferdinanda, zarówno w klubie, jak i reprezentacji, Jones od razu znalazł się w pierwszej jedenastce United. Zdobywał uznanie dzięki swojemu spokojowi i pewności w grze na środku obrony, a także posiadaniu ponadprzeciętnych jak na tę pozycję inklinacji do gry do przodu. Anglik świetnie radzi sobie w grze w powietrzu, potrafi też dobrze rozegrać piłkę w ataku pozycyjnym.

„Bardzo trudno jest znaleźć takiego piłkarza, bardzo” - mówił były już selekcjoner Anglików Fabio Capello. „Potrafi grać na różnych pozycjach, zawsze na wysokim poziomie. W trakcie mojej kariery znalazłem tylko dwóch takich piłkarzy – Franco Baresiego i Fernando Hierro. Grali jako pomocnicy, potem zaczęli występować jako środkowy obrońcy. Jones to wielki talent. Bardzo młody, ale gra bez jakiegokolwiek strachu przed otrzymaniem piłki. Dobrze podaje, dobrze odnajduje rozwiązania. Wiem coś o piłce i rozwiązanie, które Jones wybiera za każdym razem, kiedy otrzymuje piłkę, zawsze jest tym najlepszym” - chwalił zawodnika Capello. Uznanie Jones znalazł też w oczach Roya Hodgsona, który zabrał go nawet na Euro 2012, jednak nie wystąpił w żadnym spotkaniu.

Uniwersalność to kwestia ciągle przewijająca się, gdy mówimy o osobie Jonesa, ale ten nie ukrywa, że najchętniej grałby jako środkowy obrońca. „Lepiej rozumiem grę na tej pozycji. Ale jeżeli trener chciałby, żebym grał gdzie indziej, tam właśnie będę” - mówi reprezentant Anglii.

Na Santiago Bernabeu zagra najprawdopodobniej jako dodatkowy plaster do Cristiano Ronaldo. Jego rola będzie bardzo podobna do tej, którą musiał wykonać na White Hart Lane – powstrzymywanie Portugalczyka przed rozpędzeniem się i oddawaniem strzałów na bramkę De Gei.

Przyjęło się, że gdy gra się z Barceloną, wtedy należy się cofnąć i modlić się, by Blaugrana miała słabszy dzień. W tym sezonie okazało się natomiast, że podobną taktykę można wykorzystać przeciwko Realowi i to z niemałymi sukcesami. Przede wszystkim należy zapobiec kontratakom Królewskich, czyli ustawić jak najwięcej zawodników za piłką i trzymać swoje pozycje.
Biorąc pod uwagę, jak Ferguson podchodził do kluczowych spotkań w Europie, jak grał przeciwko Tottenhamowi, można się spodziewać, że swojej drużynie nakaże grać bardzo podobnie. To nie jest Premier League, gdzie można odrobić stratę, tutaj każdy błąd może okazać się decydujący. „Zdajemy sobie sprawę, że jeden zły krok przeciwko United i jesteśmy poza grą” - powiedział Sergio Ramos. Mówiąc krócej: wygra ten, który straci mniej bramek.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Radosne Vallecano




Futbolowi hipsterzy po tym, gdy Marcelo Bielsa awansując z Athleticem Bilbao do finału Ligi Europa przeniósł się do piłkarskiego mainstreamu nie musieli długo czekać na swój nowy obiekt fascynacji. Dziewczyno i chłopaku w beanie The Hive – przedstawiam wam Rayo Vallecano.

Bo tak na serio, jeżeli ktoś chciałby sympatyzować z jakimś klubem, to dlaczego nie trzecia siła Madrytu? Nie są z Premier League, a te rejony zostały już całkiem nieźle wyeksploatowane przez polskich fanów futbolu. To młoda, ofensywnie grająca drużyna, która raz po raz uciera nosa tym bardziej znanym i bogatszym. Ich gra wygląda tak, jakby jutra miało nie być, istne YOLO. Nic dziwnego, mają najniższy budżet w lidze, dopiero co w poprzednim sezonie uniknęli spadku w ostatniej kolejce i nie ma stałego stadionu. Tutaj liczy się tylko tu i teraz. Sinusoida gwarantowana. Wszystkie, najbardziej skrajne piłkarskie emocje zamknięte w jednym klubie na obrzeżach Madrytu. Naprawdę, wolałbyś wybrać Arsenal?

Już w poprzednim sezonie piłkarzom Rayo udało się przykuć uwagę szerszej widowni. Ich ultralewicowi kibice związani ze swoim klubem prawie tak samo jak z zasiłkiem dla bezrobotnych dali się we znaki niejednemu rywalowi. Chóralne śpiewy, okrzyki, jak przystało na anarchistów – zupełnie niekontrolowane - niejednokrotnie dodawały otuchy piłkarzom najbiedniejszego klubu La Liga. A ci odwdzięczali się dobrze grając w piłkę.

Największą gwiazdą zespołu stał się jej najlepszy strzelec – Michu. Zdaniem trenera Jose Ramona Sandovala był jednak czymś więcej, symbolem tego, jak ona gra. Pracowity, zdeterminowany, rzucający innym wyzwania. Sandoval przed sezonem uznał, że jeżeli jego drużyna w żadnym meczu nie jest faworytem, to niech chociaż zrobi show. I zrobili – od początku sezonu do samego końca. Do ostatniego gwizdka. Trzy miesiące przed zakończeniem rozgrywek zachowywali dziewięciopunktowy odstęp od strefy spadkowej. Zainteresowali się nimi miłośnicy statystyk i taktyki – ich pressing spowodował, że stali się najlepszą drużyną w Europie, jeśli chodzi o przechwyty.

Nagle uszło z nich powietrze, zaczęli masowo tracić punkty i o pozostanie w lidze trzeba było drżeć do samego końca. Na trzydzieści sekund przed końcem spotkania z Granadą, Rayo znajdowało się w strefie spadkowej (po raz pierwszy w sezonie). Potem działo się to (od 1:20):





Radość z pozostania w lidze radością, ale potem przyszła brutalna rzeczywistość. Klub stracił nie tylko wspomnianego wcześniej Michu, ale również Movilę, Armenterosa, Arribasa i Diego Costę. W sumie klub opuściło trzynastu zawodników, a także trener Sandoval. Ich zastąpienie było dość trudne, klub nie ma warunków, by kupować piłkarzy i podpisywać wysokie kontrakty na długi okres. Większość zawodników przyszła za darmo, a koszt całego składu to siedem milionów euro.

Mimo tego wszystkiego, Rayo jest rewelacją tegorocznych rozgrywek. Nowy trener Paco Jemez od razu zabrał się rozwijania pomysłu na grę swojego poprzednika. Drużyna z Vallecas gra bardzo intensywnie i energicznie, z wysokim pressingiem, cały czas starając się agresywnie podchodzić do każdego rywala. Jeżeli nie uda się szybko przenieść piłkę pod bramkę przeciwnika, piłkarze potrafią rozwiązać problemy za pomocą ataku pozycyjnego. Jeżeli ktoś w Hiszpanii szukałby drugiej Barcelony – Rayo Vallecano jest dobrą odpowiedzią.



Paco Jemez przekonał swoich zawodników, że to jest najlepszy dla nich styl gry. „Jeżeli mamy przegrywać dwoma bramkami, to co za różnica, czy przegramy czterema?” - mówił były obrońca reprezentacji Hiszpanii. Z początku jego piłkarze za bardzo wzięli to sobie do serca, wysoko przegrywając z Atletico Madryt, Valladolid i Barceloną. Po tych ciosach niejeden w obawie przed zwolnieniem nakazałby swojej drużynie cofnięcie się do własnego pola karnego i ciułanie punktów do utrzymania się w lidze.

„To dare is to do” - tak brzmi motto londyńskiego Tottenhamu i podobne słowa przyświecały Jemezowi. Obstawał przy swoim i teraz zbiera owoce swojej pracy na treningach. Ligowy kopciuszek znajduje się w strefie europejskich pucharów, tracąc jedynie dwa punkty do miejsca premiującego grą w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów. „Tworzymy historię, jestem podekscytowany” - mówi trener Rayo. Piłkarze emanują pewnością siebie, wiedzą też, że dalsza gra w takim stylu pozwoli im na zrobienie kariery w Europie.

Najjaśniejszą postacią drużyny, poza trenerem Jemezem, jest Brazylijczyk Leo Baptistao. Ściągnięty jako piętnastolatek pięć lat temu do Rayo z brazylijskiej drużyny futsalowej, po problemach z żółtaczką i kontuzją obojczyka, dopiero na początku tego sezonu Brazylijczyk mógł poczuć się pełnoprawnym zawodnikiem pierwszej drużyny. To dodało mu tyle animuszu, że postęp, jaki w tym czasie wykonał zaskoczył zarówno trenera, jak i samego zawodnika. W bardzo szybkim tempie Leo stał się jednym z bardziej obiecujących zawodników La Liga.

Baptistao idealnie pasuje do gry Rayo, potrafi uderzyć z obu nóg oraz z główki, uczestniczy w budowaniu akcji, umie dograć ostatnie podanie. Wystawiany na szpicy lub na pozycji numer 10 świetnie odnajduje się między liniami rywala. W dzisiejszym futbolu, stawiającym na uniwersalność i umiejętność odnalezienia się w różnych warunkach, taki napastnik jest na wagę złota. Wydaje się jednak być już zajęty, od przyszłego sezonu najprawdopodobniej będzie zawodnikiem Atletico Madryt, gdzie powinien godnie zastąpić łączonego z największymi Kolumbijczyka Falcao.

Na naszych oczach buduje się fenomenalna opowieść o tym, jak drużyna skazywana na pożarcie, dzięki określonej filozofii i trenerowi z szerszymi horyzontami niż następny mecz kroczy po swój największy sukces. A do tego, ogląda się ich z wielką przyjemnością.

Marcelo Bielsa, nawet jeżeli jego Bilbao oddało Rayo trzy punkty, może z uśmiechem pomyśleć: „O taki futbol walczyłem”. Piłkarze z Vallecas robią dokładnie to, co zakłada wizja gry w piłkę Argentyńczyka. Nieustępliwość, pressing, futbolówka przechodząca od nogi do nogi, nienaganna technika. Piłkarze Rayo wychodzą z jaskini, w której widzieli tylko odbicia swoich umiejętności. Po pierwotnym oślepieniu, teraz pewnie kroczą tworząc własną, bajkową niemalże historię.

Nie wiadomo niestety, jak długo ta bajka potrwa. Jeżeli Rayo będzie miało pewne utrzymanie, szefowie klubu usiądą do rozmów o przedłużeniu kontraktów kończących się już w czerwcu. Spełnienie marzeń – gra w europejskich pucharach, może przynieść klubowi z Madrytu upragnioną stabilizacją i pewny grunt pod nogami. Wyzwaniem na lata będzie zapewnienie stałego, dużego dopływu finansowania, pozwalającego na utrzymanie szerokiej kadry drużyny.

Dopóki jednak w klubie jest Jemez i Baptistao, warto włączać regularnie mecze z udziałem drużyny z Vallecas. A na znajomych nic nie zrobi takiego wrażenia jak wskazanie im drużyny grającej piękny futbol i mającej tylko 50 tys. fanów na Facebooku.

niedziela, 10 lutego 2013

Serce czy rozum?




Kiedy włodarze Southampton zdecydowali się zwolnić Nigela Adkinsa, to oprócz tego, że było mi smutno i płakałem, zacząłem się zastanawiać nad tym, czy była kiedykolwiek bardziej idiotyczna decyzja zarządzających klubem piłkarskim. Biorąc pod uwagę, że zwolniono trenera odpowiedzialnego za dwa awanse z rzędu, który po słabym początku sezonu zdołał odwrócić kartę i Święci cieszyli się niemałą serią meczów bez porażki – było to dość trudne.

Mauricio Pochettino zapytany na swojej pierwszej konferencji prasowej o to, czy problemem w kontekście meczu z Evertonem nie będzie nieznajomość drużyny odpowiedział, że od wielu tygodni przyglądał się już nowym zawodnikom. Z jednej strony oznacza to, że zmiana na stanowisku trenera była przygotowywana od dłuższego czasu, bardziej przemyślana. Z drugiej zaś, skoro tak było, to dlaczego Adkinsa zwolniono akurat w takim momencie, zaraz po remisie z Chelsea na wyjeździe, kiedy Southampton odrobiło dwubramkową stratę?

Zniesmaczenie kibiców i ludzi zainteresowanych piłką było tym większe, że na miejsce Anglika nie przychodził Mourinho czy Guardiola, tylko Mauricio Pochettino, który dopiero co został zwolniony z posady trenera Espanyolu Barcelona, zostawiając drużynę na ostatnim miejscu w tabeli La Liga, z tylko dwoma wygranymi w dwudziestu spotkaniach. Dlaczego więc miałby być lepszy od Adkinsa?

Southampton przed zmianą trenera grał do przodu, widowiskowo, strzelał dużo bramek, ale problemem był zbyt duży chaos na boisku, czego efektem były hurtowo tracone gole. Widać było duże zaangażowanie zawodników, chęć zwycięstwa, ale często brakowało wyrachowania, organizacji. Dość powiedzieć, że w skali całego sezonu Święci stracili aż 24 punkty w meczach, w których obejmowali prowadzenie.

„There is only one Nigel Adkins” śpiewane przez kibiców Saints unosiło się nad St. Mary's tuż przed pierwszym gwizdkiem sędziego w meczu Southampton-Everton. Pochettino od samego początku miał wiele do udowodnienia. Ze starcia z mocnymi The Toffees Święci wyszli w niebywały dla siebie sposób – był to bowiem ich pierwszy bezbramkowy remis w sezonie.

Everton w całym spotkaniu został dobrze zneutralizowany, Pochettino ustawił swój zespół bardzo wysoko, od początku nakazał drużynie stosować agresywny pressing. Efektem była najgorsza celność podań gości w tym sezonie.

Już w pierwszym spotkaniu nowy trener zmienił grę drużyny, opierając się o swoje pomysły wyniesione z ligi hiszpańskiej, gdzie słyszał słowa pochwały od Pepa Guardioli. „Są drużyny, które na ciebie czekają i są takie, które ciebie szukają. Espanyol cię szuka. Taki sposób grania jest mi bardzo bliski.” - mówił kataloński trener.
W podobnym tonie wypowiadają się trenerzy w lidze angielskiej. Sir Alex Ferguson nazwał Southampton najlepszą drużyną, która w tym sezonie przyjechała do Manchesteru. Piłkarze Wigan również nie szczędzili ciepłych słów przeciwnikom z południa Anglii.

Święci ciągle grają ofensywnie, ale widać w tej grze jakiś zamysł, lepszą organizację. Cały zespół jest przesunięty do przodu, piłkarze są blisko siebie, gotowi do tego, by natychmiast odebrać piłkę i szybko przenieść się pod bramkę rywala. Każdy rywal, który musiał mierzyć się z Southampton obniżał swoją średnią celnych podań. „Nasz styl to jak najszybciej odebrać piłkę i potem ją rozgrywać” - opowiada Pochettino. Inspiracja Marcelo Bielsą nietrudna do wychwycenia. Southampton na Old Trafford grało jak niemal rok temu Bilbao pod wodzą charyzmatycznego Argentyńczyka. Jednak w przeciwieństwie do Basków, z Manchesteru Święci wrócili z pustymi rękoma.

Pierwsze zwycięstwo dla Pochettino przyszło w meczu z Mistrzem Anglii – Manchesterem City. I co ważniejsze – nie było w tym ani grama przypadku. Każdy zawodnik skrupulatnie wypełniał polecenia trenera, bez litości wykorzystując błędy rywala. The Citizens nie mogli sobie poradzić z wysokim tempem gry narzuconym przez beniaminka i już po dwudziestu minutach przegrywali różnicą dwóch goli. Święci niezrażeni kontaktową bramką Dżeko dalej grali swoje i tuż po przerwie po oskrzydlającej akcji Gareth Barry wbił piłkę do własnej siatki.

Po meczu trener gości ze złością zarzucał swoim piłkarzom brak zaangażowania i przejście obok meczu. „Ciężko gra się we dwóch przeciwko jedenastu” - mówił włoski trener. Obóz Southampton dobrze jednak wie, że jest to w dużej mierze zasługa ich własnej gry i zdominowania rywala.

Pozytywna narracja, jaka wytworzyła się wokół osoby Pochettino pozwala mu na spokojne wykonywanie swojej pracy. Kibice dalej mogą być rozgoryczeni sposobem, w jakim zwolniony został Nigel Adkins, ale nie sposób zauważyć postępu, jaki wykonała w krótkim czasie drużyna Southampton. „Każdy piłkarz chciałby się nauczyć czegoś nowego. Nie ma tutaj wyjątków.” - mówił na swojej pierwszej konferencji prasowej w Liverpoolu Brendan Rodgers. Mając na uwadze to, w jaki sposób piłkarze Espanyolu określali treningi pod wodzą Pochettino („intensywne, ale fajne”), Argentyńczyk zjednał sobie szatnię Southampton.
Z taką grą, Święci są na najlepszej drodze do utrzymania się w lidze i stworzenia solidnej bazy do tego, by w przyszłych sezonach atakować górną część tabeli i podzielić los zeszłorocznego beniaminka – Swansea. Warto obserwować tę drużynę, zawsze można spodziewać się ciekawego spotkania.

Piłkarski romantycy mają jednak z tyłu głowy to, że tę drużynę co najmniej do końca sezonu prowadzić powinien Nigel Adkins. To on jest jej twórcą i po prostu mu się to należy, a wstydu klubowi nie przyniesie. Wstydu może nie, ale ta drużyna może osiągnąć więcej – tak uznali szefowie Southampton. I zatrudnili Pochettino. Bo kto im zabroni?

piątek, 8 lutego 2013

Robert Lewandowski a szkolenie w Polsce


 Nic tak nie rozwiązuje trzeźwemu Polakowi języka jak porażka reprezentacji narodowej. Nick Hornby w „Futbolowej gorączce” zauważył, że w gruncie rzeczy mężczyźni tego sportu nienawidzą. „Bould, pieprzone 100 funtów tygodniowo!”, „Żałosna gra!” zanosiło się na trybunach Highbury. W Polsce wyglądało to mniej więcej tak:


Po meczu zaś drużyna jadąca do Dublina po swoje została zmieszana z błotem, a najbardziej ze wszystkich największa gwiazda – Robert Lewandowski. Liczba minut bez strzelonego przez niego gola w reprezentacji jest już większa niż spóźnienie pociągu relacji Kraków-Gdańsk, co jednoznacznie wskazuje na to, że napastnik Borussii jest po prostu zwykłym szarlatanem, a nie bramkostrzelnym zawodnikiem, a jego osiągnięcia w Niemczech należą raczej do aberracji. Strzału to on nie ma w zasadzie z żadnej nogi, dryblingu też, a gra głową jako tako mu wychodzi, bo jest po prostu wysoki.

Jest też teoria mówiąca o tym, że Lewandowski grę w kadrze olewa, byleby odbębnić umowy sponsorskie, zgrupowanie i kolejny mecz w reprezentacji. Że nie biega jak w Dortmundzie, że nie strzela tak samo, mniej walczy. I w przeciwieństwie do Eldo – w ogóle się nie stara.

Z drugiej strony zaś, mamy budowany przez redakcję TVP Sport oraz Romana Kołtonia obraz Lewandowskiego-Mesjasza, piłkarza o najwyższej klasie światowej, który bez problemu poradziłby sobie w Barcelonie. Do tego dysponuje całą gamą zagrań, których nie powstydziłby się Diego Armando Maradona. W meczu z Szachtarem Donieck niechybnie ustrzeli hat-tricka, co będzie można zobaczyć na żywo w TVP.

Co więc należy o Lewandowskim myśleć? Skoro jest taki genialny, to dlaczego nie strzela w kadrze? A jeśli nie jest tak dobry, to dlaczego gra w pierwszym składzie Mistrza Niemiec i chcą go u siebie najlepsze kluby Europy? Nie da się ukryć, że występuje dość spory dysonans pomiędzy jego skutecznością w kadrze, a w klubie. Pytanie tylko, co jest tego powodem i czy na pewno sam napastnik.

Na poziomie ustawienia taktycznego zarówno Borussia, jak i reprezentacja Polski grają tak samo – 4-2-3-1. Trzeba więc iść głębiej. Może kłopot leży w mniejszych umiejętnościach zawodników? Na pewno Obraniak nie jest na tym samym poziomie co Reus, na środku pomocy nie grają zawodnicy o klasie Bendera i Gundogana, ale nie są to też absolutne ogórki, przez które reprezentacja nie tworzy Lewandowskiemu sytuacji.

Następnie więc należy zauważyć, że zgranie drużyny klubowej, skomplikowanie taktyki jest o wiele łatwiejsze niż przy drużynie reprezentacyjnej. Może być tak, że Lewandowski sprawdza się tylko przy taktyce narzuconej przez Kloppa. Piłkarze Borussii są niesamowicie wybiegani, operują blisko siebie, co jest efektem wielu miesięcy treningu. Przy pracy z reprezentacją jest to kompletnie niemożliwe. Inni piłkarze, inne pomysły, więc as napadu nie czuje się najlepiej i nie zdobywa bramek. Ma to sens, jeżeli patrzymy tylko na ten odizolowany przykład. Kłopot tkwi w tym, że w podobnej sytuacji znajdują się wszystkie (poza Hiszpanią) reprezentacje narodowe. Też zmagają się z deficytem czasu na trening, też muszą upraszczać schematy, licząc się z mniejszym zgraniem. Mimo to, potrafią grać dobre mecze, wygrywać je i pozwalać najlepszym zawodnikom rozwijać skrzydła.

Musimy więc szukać odpowiedzi jeszcze głębiej, na poziomie ogólnym. Młody piłkarz, uczony fachu na Zachodzie od małego pracuje nad świadomością taktyczną. Z biegiem lat, rozumienie poleceń trenera przychodzi mu coraz łatwiej i – co ważniejsze – potrafi instynktownie podejmować decyzje dostosowując się do gry kolegów i przeciwnika. W Polsce zaś jest jak jest, taktycznie polska szkoła trenerska leży i nie widać oznak poprawy, a świat nam ucieka. Arsene Wenger w trakcie Euro 2012 wskazał polską reprezentację jako tę najgorzej przygotowaną taktycznie. I nie jest to tylko efekt pracy Franciszka Smudy – to lata zaniedbań w pracy z młodzieżą.
Prawda jest taka, że cała ta drużyna gra słabo, nie potrafi się odnaleźć na boisku, poszczególni zawodnicy próbują działać na własną rękę, niektórzy reagują absolutnym olewaniem (Obraniak) lub klasycznymi błędami w swoim wykonaniu (Wawrzyniak). Nikt nie potrafi ustawiać się lepiej w następnych fazach meczu. Zawodnicy są za daleko od siebie, podania łatwo przeciąć, wsparcie od kolegów jest spóźnione, akcje są zbyt wolne. To nie Lewandowski jest tylko winien – to cała drużyna mu nie pomaga i nie daje sobie pomóc. Robert zaś nie potrafi się w tym bałaganie odnaleźć, nabijając licznik minut bez strzelonego gola.