Futbolowi hipsterzy po tym, gdy
Marcelo Bielsa awansując z Athleticem Bilbao do finału Ligi Europa
przeniósł się do piłkarskiego mainstreamu nie musieli długo
czekać na swój nowy obiekt fascynacji. Dziewczyno i chłopaku w
beanie The Hive – przedstawiam wam Rayo Vallecano.
Bo tak na serio, jeżeli ktoś
chciałby sympatyzować z jakimś klubem, to dlaczego nie trzecia
siła Madrytu? Nie są z Premier League, a te rejony zostały już
całkiem nieźle wyeksploatowane przez polskich fanów futbolu. To
młoda, ofensywnie grająca drużyna, która raz po raz uciera nosa
tym bardziej znanym i bogatszym. Ich gra wygląda tak, jakby jutra
miało nie być, istne YOLO. Nic dziwnego, mają najniższy budżet w
lidze, dopiero co w poprzednim sezonie uniknęli spadku w ostatniej
kolejce i nie ma stałego stadionu. Tutaj liczy się tylko tu i
teraz. Sinusoida gwarantowana. Wszystkie, najbardziej skrajne
piłkarskie emocje zamknięte w jednym klubie na obrzeżach Madrytu.
Naprawdę, wolałbyś wybrać Arsenal?
Już w poprzednim sezonie piłkarzom
Rayo udało się przykuć uwagę szerszej widowni. Ich ultralewicowi
kibice związani ze swoim klubem prawie tak samo jak z zasiłkiem dla
bezrobotnych dali się we znaki niejednemu rywalowi. Chóralne
śpiewy, okrzyki, jak przystało na anarchistów – zupełnie
niekontrolowane - niejednokrotnie dodawały otuchy piłkarzom
najbiedniejszego klubu La Liga. A ci odwdzięczali się dobrze grając w piłkę.
Największą gwiazdą zespołu stał
się jej najlepszy strzelec – Michu. Zdaniem trenera Jose Ramona
Sandovala był jednak czymś więcej, symbolem tego, jak ona gra.
Pracowity, zdeterminowany, rzucający innym wyzwania. Sandoval przed
sezonem uznał, że jeżeli jego drużyna w żadnym meczu nie jest
faworytem, to niech chociaż zrobi show. I zrobili – od początku
sezonu do samego końca. Do ostatniego gwizdka. Trzy miesiące przed
zakończeniem rozgrywek zachowywali dziewięciopunktowy odstęp od
strefy spadkowej. Zainteresowali się nimi miłośnicy statystyk i taktyki – ich pressing spowodował, że stali się najlepszą
drużyną w Europie, jeśli chodzi o przechwyty.
Nagle uszło z nich powietrze, zaczęli
masowo tracić punkty i o pozostanie w lidze trzeba było drżeć do
samego końca. Na trzydzieści sekund przed końcem spotkania z
Granadą, Rayo znajdowało się w strefie spadkowej (po raz pierwszy
w sezonie). Potem działo się to (od 1:20):
Radość z pozostania w lidze
radością, ale potem przyszła brutalna rzeczywistość. Klub
stracił nie tylko wspomnianego wcześniej Michu, ale również
Movilę, Armenterosa, Arribasa i Diego Costę. W sumie klub opuściło
trzynastu zawodników, a także trener Sandoval. Ich zastąpienie
było dość trudne, klub nie ma warunków, by kupować piłkarzy i
podpisywać wysokie kontrakty na długi okres. Większość
zawodników przyszła za darmo, a koszt całego składu to siedem
milionów euro.
Mimo tego wszystkiego, Rayo jest
rewelacją tegorocznych rozgrywek. Nowy trener Paco Jemez od razu
zabrał się rozwijania pomysłu na grę swojego poprzednika. Drużyna
z Vallecas gra bardzo intensywnie i energicznie, z wysokim
pressingiem, cały czas starając się agresywnie podchodzić do
każdego rywala. Jeżeli nie uda się szybko przenieść piłkę pod
bramkę przeciwnika, piłkarze potrafią rozwiązać problemy za
pomocą ataku pozycyjnego. Jeżeli ktoś w Hiszpanii szukałby
drugiej Barcelony – Rayo Vallecano jest dobrą odpowiedzią.
Paco Jemez przekonał swoich
zawodników, że to jest najlepszy dla nich styl gry. „Jeżeli mamy
przegrywać dwoma bramkami, to co za różnica, czy przegramy
czterema?” - mówił były obrońca reprezentacji Hiszpanii. Z
początku jego piłkarze za bardzo wzięli to sobie do serca, wysoko
przegrywając z Atletico Madryt, Valladolid i Barceloną. Po tych
ciosach niejeden w obawie przed zwolnieniem nakazałby swojej
drużynie cofnięcie się do własnego pola karnego i ciułanie
punktów do utrzymania się w lidze.
„To dare is to do” - tak brzmi
motto londyńskiego Tottenhamu i podobne słowa przyświecały
Jemezowi. Obstawał przy swoim i teraz zbiera owoce swojej pracy na
treningach. Ligowy kopciuszek znajduje się w strefie europejskich
pucharów, tracąc jedynie dwa punkty do miejsca premiującego grą w
kwalifikacjach do Ligi Mistrzów. „Tworzymy historię, jestem
podekscytowany” - mówi trener Rayo. Piłkarze emanują pewnością
siebie, wiedzą też, że dalsza gra w takim stylu pozwoli im na
zrobienie kariery w Europie.
Najjaśniejszą postacią drużyny,
poza trenerem Jemezem, jest Brazylijczyk Leo Baptistao. Ściągnięty
jako piętnastolatek pięć lat temu do Rayo z brazylijskiej drużyny
futsalowej, po problemach z żółtaczką i kontuzją obojczyka,
dopiero na początku tego sezonu Brazylijczyk mógł poczuć się
pełnoprawnym zawodnikiem pierwszej drużyny. To dodało mu tyle
animuszu, że postęp, jaki w tym czasie wykonał zaskoczył zarówno
trenera, jak i samego zawodnika. W bardzo szybkim tempie Leo stał
się jednym z bardziej obiecujących zawodników La Liga.
Baptistao idealnie pasuje do gry Rayo,
potrafi uderzyć z obu nóg oraz z główki, uczestniczy w budowaniu
akcji, umie dograć ostatnie podanie. Wystawiany na szpicy lub na
pozycji numer 10 świetnie odnajduje się między liniami rywala. W
dzisiejszym futbolu, stawiającym na uniwersalność i umiejętność
odnalezienia się w różnych warunkach, taki napastnik jest na wagę
złota. Wydaje się jednak być już zajęty, od przyszłego sezonu
najprawdopodobniej będzie zawodnikiem Atletico Madryt, gdzie
powinien godnie zastąpić łączonego z największymi Kolumbijczyka
Falcao.
Na naszych oczach buduje się
fenomenalna opowieść o tym, jak drużyna skazywana na pożarcie,
dzięki określonej filozofii i trenerowi z szerszymi horyzontami niż
następny mecz kroczy po swój największy sukces. A do tego, ogląda
się ich z wielką przyjemnością.
Marcelo Bielsa, nawet jeżeli jego
Bilbao oddało Rayo trzy punkty, może z uśmiechem pomyśleć: „O
taki futbol walczyłem”. Piłkarze z Vallecas robią dokładnie to,
co zakłada wizja gry w piłkę Argentyńczyka. Nieustępliwość,
pressing, futbolówka przechodząca od nogi do nogi, nienaganna
technika. Piłkarze Rayo wychodzą z jaskini, w której widzieli
tylko odbicia swoich umiejętności. Po pierwotnym oślepieniu, teraz
pewnie kroczą tworząc własną, bajkową niemalże historię.
Nie wiadomo niestety, jak długo ta
bajka potrwa. Jeżeli Rayo będzie miało pewne utrzymanie, szefowie
klubu usiądą do rozmów o przedłużeniu kontraktów kończących
się już w czerwcu. Spełnienie marzeń – gra w europejskich
pucharach, może przynieść klubowi z Madrytu upragnioną
stabilizacją i pewny grunt pod nogami. Wyzwaniem na lata będzie
zapewnienie stałego, dużego dopływu finansowania, pozwalającego
na utrzymanie szerokiej kadry drużyny.
Dopóki jednak w klubie jest Jemez i
Baptistao, warto włączać regularnie mecze z udziałem drużyny z
Vallecas. A na znajomych nic nie zrobi takiego wrażenia jak
wskazanie im drużyny grającej piękny futbol i mającej tylko 50
tys. fanów na Facebooku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz