poniedziałek, 11 lutego 2013

Radosne Vallecano




Futbolowi hipsterzy po tym, gdy Marcelo Bielsa awansując z Athleticem Bilbao do finału Ligi Europa przeniósł się do piłkarskiego mainstreamu nie musieli długo czekać na swój nowy obiekt fascynacji. Dziewczyno i chłopaku w beanie The Hive – przedstawiam wam Rayo Vallecano.

Bo tak na serio, jeżeli ktoś chciałby sympatyzować z jakimś klubem, to dlaczego nie trzecia siła Madrytu? Nie są z Premier League, a te rejony zostały już całkiem nieźle wyeksploatowane przez polskich fanów futbolu. To młoda, ofensywnie grająca drużyna, która raz po raz uciera nosa tym bardziej znanym i bogatszym. Ich gra wygląda tak, jakby jutra miało nie być, istne YOLO. Nic dziwnego, mają najniższy budżet w lidze, dopiero co w poprzednim sezonie uniknęli spadku w ostatniej kolejce i nie ma stałego stadionu. Tutaj liczy się tylko tu i teraz. Sinusoida gwarantowana. Wszystkie, najbardziej skrajne piłkarskie emocje zamknięte w jednym klubie na obrzeżach Madrytu. Naprawdę, wolałbyś wybrać Arsenal?

Już w poprzednim sezonie piłkarzom Rayo udało się przykuć uwagę szerszej widowni. Ich ultralewicowi kibice związani ze swoim klubem prawie tak samo jak z zasiłkiem dla bezrobotnych dali się we znaki niejednemu rywalowi. Chóralne śpiewy, okrzyki, jak przystało na anarchistów – zupełnie niekontrolowane - niejednokrotnie dodawały otuchy piłkarzom najbiedniejszego klubu La Liga. A ci odwdzięczali się dobrze grając w piłkę.

Największą gwiazdą zespołu stał się jej najlepszy strzelec – Michu. Zdaniem trenera Jose Ramona Sandovala był jednak czymś więcej, symbolem tego, jak ona gra. Pracowity, zdeterminowany, rzucający innym wyzwania. Sandoval przed sezonem uznał, że jeżeli jego drużyna w żadnym meczu nie jest faworytem, to niech chociaż zrobi show. I zrobili – od początku sezonu do samego końca. Do ostatniego gwizdka. Trzy miesiące przed zakończeniem rozgrywek zachowywali dziewięciopunktowy odstęp od strefy spadkowej. Zainteresowali się nimi miłośnicy statystyk i taktyki – ich pressing spowodował, że stali się najlepszą drużyną w Europie, jeśli chodzi o przechwyty.

Nagle uszło z nich powietrze, zaczęli masowo tracić punkty i o pozostanie w lidze trzeba było drżeć do samego końca. Na trzydzieści sekund przed końcem spotkania z Granadą, Rayo znajdowało się w strefie spadkowej (po raz pierwszy w sezonie). Potem działo się to (od 1:20):





Radość z pozostania w lidze radością, ale potem przyszła brutalna rzeczywistość. Klub stracił nie tylko wspomnianego wcześniej Michu, ale również Movilę, Armenterosa, Arribasa i Diego Costę. W sumie klub opuściło trzynastu zawodników, a także trener Sandoval. Ich zastąpienie było dość trudne, klub nie ma warunków, by kupować piłkarzy i podpisywać wysokie kontrakty na długi okres. Większość zawodników przyszła za darmo, a koszt całego składu to siedem milionów euro.

Mimo tego wszystkiego, Rayo jest rewelacją tegorocznych rozgrywek. Nowy trener Paco Jemez od razu zabrał się rozwijania pomysłu na grę swojego poprzednika. Drużyna z Vallecas gra bardzo intensywnie i energicznie, z wysokim pressingiem, cały czas starając się agresywnie podchodzić do każdego rywala. Jeżeli nie uda się szybko przenieść piłkę pod bramkę przeciwnika, piłkarze potrafią rozwiązać problemy za pomocą ataku pozycyjnego. Jeżeli ktoś w Hiszpanii szukałby drugiej Barcelony – Rayo Vallecano jest dobrą odpowiedzią.



Paco Jemez przekonał swoich zawodników, że to jest najlepszy dla nich styl gry. „Jeżeli mamy przegrywać dwoma bramkami, to co za różnica, czy przegramy czterema?” - mówił były obrońca reprezentacji Hiszpanii. Z początku jego piłkarze za bardzo wzięli to sobie do serca, wysoko przegrywając z Atletico Madryt, Valladolid i Barceloną. Po tych ciosach niejeden w obawie przed zwolnieniem nakazałby swojej drużynie cofnięcie się do własnego pola karnego i ciułanie punktów do utrzymania się w lidze.

„To dare is to do” - tak brzmi motto londyńskiego Tottenhamu i podobne słowa przyświecały Jemezowi. Obstawał przy swoim i teraz zbiera owoce swojej pracy na treningach. Ligowy kopciuszek znajduje się w strefie europejskich pucharów, tracąc jedynie dwa punkty do miejsca premiującego grą w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów. „Tworzymy historię, jestem podekscytowany” - mówi trener Rayo. Piłkarze emanują pewnością siebie, wiedzą też, że dalsza gra w takim stylu pozwoli im na zrobienie kariery w Europie.

Najjaśniejszą postacią drużyny, poza trenerem Jemezem, jest Brazylijczyk Leo Baptistao. Ściągnięty jako piętnastolatek pięć lat temu do Rayo z brazylijskiej drużyny futsalowej, po problemach z żółtaczką i kontuzją obojczyka, dopiero na początku tego sezonu Brazylijczyk mógł poczuć się pełnoprawnym zawodnikiem pierwszej drużyny. To dodało mu tyle animuszu, że postęp, jaki w tym czasie wykonał zaskoczył zarówno trenera, jak i samego zawodnika. W bardzo szybkim tempie Leo stał się jednym z bardziej obiecujących zawodników La Liga.

Baptistao idealnie pasuje do gry Rayo, potrafi uderzyć z obu nóg oraz z główki, uczestniczy w budowaniu akcji, umie dograć ostatnie podanie. Wystawiany na szpicy lub na pozycji numer 10 świetnie odnajduje się między liniami rywala. W dzisiejszym futbolu, stawiającym na uniwersalność i umiejętność odnalezienia się w różnych warunkach, taki napastnik jest na wagę złota. Wydaje się jednak być już zajęty, od przyszłego sezonu najprawdopodobniej będzie zawodnikiem Atletico Madryt, gdzie powinien godnie zastąpić łączonego z największymi Kolumbijczyka Falcao.

Na naszych oczach buduje się fenomenalna opowieść o tym, jak drużyna skazywana na pożarcie, dzięki określonej filozofii i trenerowi z szerszymi horyzontami niż następny mecz kroczy po swój największy sukces. A do tego, ogląda się ich z wielką przyjemnością.

Marcelo Bielsa, nawet jeżeli jego Bilbao oddało Rayo trzy punkty, może z uśmiechem pomyśleć: „O taki futbol walczyłem”. Piłkarze z Vallecas robią dokładnie to, co zakłada wizja gry w piłkę Argentyńczyka. Nieustępliwość, pressing, futbolówka przechodząca od nogi do nogi, nienaganna technika. Piłkarze Rayo wychodzą z jaskini, w której widzieli tylko odbicia swoich umiejętności. Po pierwotnym oślepieniu, teraz pewnie kroczą tworząc własną, bajkową niemalże historię.

Nie wiadomo niestety, jak długo ta bajka potrwa. Jeżeli Rayo będzie miało pewne utrzymanie, szefowie klubu usiądą do rozmów o przedłużeniu kontraktów kończących się już w czerwcu. Spełnienie marzeń – gra w europejskich pucharach, może przynieść klubowi z Madrytu upragnioną stabilizacją i pewny grunt pod nogami. Wyzwaniem na lata będzie zapewnienie stałego, dużego dopływu finansowania, pozwalającego na utrzymanie szerokiej kadry drużyny.

Dopóki jednak w klubie jest Jemez i Baptistao, warto włączać regularnie mecze z udziałem drużyny z Vallecas. A na znajomych nic nie zrobi takiego wrażenia jak wskazanie im drużyny grającej piękny futbol i mającej tylko 50 tys. fanów na Facebooku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz