Żadna z drużyn grających we
wtorek i środę nie pokazała naprawdę porywającej piłki.
Trudno
będzie kibicom nazwać postawę ich klubu w meczu 1/8 LM jako
klasyczny występ. Juventus przez dłuższy czas grał przeciętnie,
żeby nie powiedzieć słabo, potrafił jednak do bólu wykorzystać
błędy rywala. Celtic dał sobie strzelił trzy bramki na własnym
terenie i jest już poza europejskimi pucharami. Valencia nie
potrafiła znaleźć swojego rytmu gry, a PSG wraz z zejściem Lucasa
Moury przestało grać w piłkę. Manchester United momentami dał się mocno zepchnąć do obrony, zostawiając samotnego van Persiego,
Real zaś nie umiał tego wykorzystać, zdobywając się w większości
na strzały z dystansu. Szachtar momentami grał bardzo apatycznie,
piłkarze często przegrywali pojedynki 1 na 1, zaś Borussii
brakowało skupienia pod obydwoma polami karnymi.
Samym
bieganiem meczu nie wygrasz.
Do
Celticu w tym sezonie przykleiła się łatka „dzielnej” drużyny.
Tak dzielnie walczyli z Barceloną na Camp Nou i Celtic Park, tak
pięknie i za to należą im się punkty. Inna sprawa, że piłkarsko,
szczególnie dzięki świetnej grze obronnej, na awans z grupy
zasłużyli. The Bhoys byli drużyną z najmniejszym procentowym
posiadaniem piłki ze wszystkich drużyn grających w fazie grupowej
LM. W spotkaniu z Juventusem byli drużyną przeważającą, z bardzo
agresywnym pressingiem. Na początku Celtic grał blisko
siebie, bardzo wysoko, starając szybko odzyskiwać piłkę. Ze
wszystkich mniejszych czy większych szans żadna nie zagroziła
bramce Buffona i wraz z rozwojem meczu odległości między
zawodnikami zaczęły się zwiększać, przez co Marchisio, Vidal i
Vucinić mieli więcej miejsca na wyprowadzanie kontr.
Naiwne
założenie, że samą walką i bieganiem można odnieść sukces da
się obronić w Ekstraklasie czy w Szkocji. W Europie liczy się
spryt, szczęście, taktyczna determinacja i pewność poczynań.
Celtic nie potrafił wykorzystać słabszej dyspozycji Juventusu w
pierwszej połowie, tracąc przy tym ogromne ilości sił.
Boisko
piłkarskie jest duże i przewaga w jednym miejscu powoduje, że
gdzieś indziej są braki. Zawsze ta kołdra jest w którymś miejscu
za krótka. A we wtorek Celtic odkrył naprawdę sporo.
Druga
połowa meczu na Celtic Park to pokaz gry na wyjeździe.
To
nie był wielki mecz Starej Damy, o czym już wcześniej pisałem,
ale drużyna, która na tym etapie rozgrywek wygrywa 3:0 na boisku
rywala zasługuje mimo wszystko na to, żeby na chwilę się przy
nich zatrzymać. O pierwszej połowie wszyscy w Turynie na pewno będą
chcieli zapomnieć, warto jednak pochwalić piłkarzy Juventusu za
to, jak zaprezentowali się w drugiej odsłonie meczu.
Antonio
Conte zdawał sobie sprawę, że siły piłkarzy Celticu są na
wyczerpaniu, a że wynik mają w plecy, dalej będą próbowali
atakować. Absorbowanie wszystkich ataków, brak pośpiechu przy
kontrach – to był plan na drugą połowę. Przy umiejętnych
kontrach, z rozciąganiem gry przez napastników stworzy się wolna
przestrzeń dla Claudio Marchisio i Arturo Vidala. Jeżeli nie ma
miejsca na kontrę, należy przetrzymać piłkę na połowie rywala,
niech jeszcze bardziej się męczy. Nic na siłę.
Widać
wtedy było różnicę co najmniej dwóch klas w poziomie i kulturze
gry obydwu zespołów. Juventus oddał w całym spotkaniu cztery
celne strzały, z czego trzy wpadły do siatki Forstera. Drugi z
nich, ten strzelony przez Claudio Marchisio był tym, jaki Antonio
Conte chciał, by jego drużyna strzeliła. Włoch znalazł wolną
przestrzeń w obronie po tym, jak formację defensywną ściągnął
na siebie Alessandro Matri. Ten z kolei posłał podanie w pole karne
do wbiegającego pomocnika, który pewnym strzałem podwyższył
prowadzenie Juventusu.
PSG
to zbiór indywidualności, a nie drużyna.
Valencia
na mecz z PSG wyszła z ofensywnym nastawieniem, starając się
zagrozić rywalowi grając z ataku pozycyjnego. Była to jednak woda
na młyn Paryżan, którzy wyśmienicie czują się w kontratakach.
Jak ryba w wodzie na Mestalla czuł się szczególnie Lucas Moura,
nieustannie stanowiący zagrożenie dla obrony Nietoperzy. Często
wdawał się w bezpośredni drybling, próbował strzałów, udanie
podawał przy bramce Javiera Pastore.
Problem
PSG tkwił w tym, że po uzyskaniu dwubramkowego prowadzenia,
zawodnicy nie wiedzieli do końca co ze sobą zrobić. To nie jest
kolektyw, piłkarze nie mają jak odwołać się do jakiegokolwiek
systemu gry, bowiem jako grupa jedenastu zawodników – takiego po
prostu nie mają.
Paryżanie
dobrze radzą sobie z rywalami znacznie słabszymi od siebie, którzy
mecz przegrywają już w szatni przed meczem. Fenomenalną robotę
robi Ibrahimović, Lucas Moura dobrze czuje się na Parc des Princes,
czasem zespół pociagnie Ezequiel Lavezzi ale ciągle brakuje
jakiegoś taktycznego nous.
Przy
drużynie, która wie co robi, ma pewność w grze, PSG będzie mieć
spore problemy. Valencia nie powiedziała ostatniego słowa, a
nieobecność Ibrahimovica w rewanżu może okazać się sporym
problemem dla drużyny prowadzonej przez Carlo Ancelottiego.
David
de Gea – najlepszy na boisku.
Życie
w Anglii dla młodego hiszpańskiego bramkarza nie było dotychczas
specjalnie miłe. Nawet jeżeli udawało mu się wielokrotnie obronić
w meczu groźne strzały rywali, jeden drobny błąd rozpoczynał
wielką lawinę krytyki spadającą na jego barki. Gdy w ostatniej
minucie meczu z Tottenhamem nieudanie wypiąstkował piłkę, która
trafiła pod nogi Aarona Lennona, podającego później do strzelca
bramki Clinta Dempseya, Gary Neville – ekspert Sky Sports – o
brak trzech punktów dla United oskarżył właśnie De Geę. Sir
Alex Ferguson nazwał takie komentarze „idiotycznymi”,
przypominając o tym, że w trakcie meczu Hiszpan niejeden raz
ratował skórę obronie Manchesteru.
Strzał
Fabio Coentrao w szóstej minucie spotkania to jedno z tych uderzeń,
które piłkarzowi zaraz po ich oddaniu, niemalże tuż po oderwaniu
się piłki od buta wydają się jako te, które zmierzają prosto do
siatki i nie ma takiej możliwości, by bramkarz to wyjął.
„On
nie miał prawa, żeby w ogóle tę piłkę dotknąć, a co dopiero
obronić” - mówił po meczu legenda United, Peter Schmeichel.
Piłka, minąwszy Mesuta Ozila, zmierzała prosto w długi róg
bramki Czerwonych Diabłów. De Gea w ułamku sekundy wyciągnął
się jak sprężyna, każdy mięsień i nerw ciała wykorzystując do
tego, by jak najdalej wysunąć rękę. Czubkiem palców udało się
skierować piłkę w stronę słupka, od którego to futbolówka
odbiła się, by przy akompaniamencie ryku niezadowolenia
kilkudziesięciu tysięcy fanów oddalić się od bramki United.
De
Gea popisał się później jeszcze znowu przy strzale Coentrao,
który zamykał dośrodkowanie z prawej strony. Hiszpan instynktownie
wybił piłkę nogami, w stylu dalekowschodnich sztuk walki.
To
był bezbłędny występ młodego golkipera, któremu przez dłuższy
czas brakowało pewności siebie. Przed spotkaniem sir Alex Ferguson
porównał go do małego dziecka, które „raczkuje, wstaje, upada,
raczkuje, wstaje, ten dzieciak już chodzi”. Po środowym meczu
można z całą mocą potwierdzić te słowa.
Phil
Jones i Danny Welbeck – uniwersalni znowu kluczowi.
Ani
United ani Real nie grały w swoim ulubionym stylu. Real to
mistrzowie kontrataku, zaś Manchester to drużyna, która zawsze
chce niczym walec przejechać się po rywalu, nękając go od
pierwszej do ostatniej minuty. Z uwagi na defensywne ustawienie
zaproponowane przez Fergusona, obie drużyny musiały wykazać się
na niepewnym dla nich gruncie. Wspólnym mianownikiem było jednak
zamiłowanie do szybkości i tempa rozgrywania akcji, a w takich
warunkach w drużynie z Manchesteru najlepiej czuli się najmłodsi:
Phil Jones i Danny Welbeck.
Jones
robił dokładnie to, co wywróżyłem mu w zapowiedzi. Jak tylko
mógł, uprzykrzał życie Cristiano Ronaldo. Jego 90 minut to
nieustanne blokowanie, gra na wyprzedzenie, wślizgi i
powstrzymywanie Portugalczyka. Gdziekolwiek zjawiał się Ronaldo,
był tam już Jones. Przypominało to scenę z Władcy Pierścieni,
gdy Saruman zamyka przed Gandalfem kolejno wszystkie drzwi swojej
komnaty. Ratunek, tak jak szary czarodziej, Cristiano znalazł w
powietrzu.
Anglik
wiedział, że każdy moment zawahania może przynieść opłakane
skutki dla całej drużyny. Gdy Michael Carrick pogratulował swojemu
partnerowi udanego odbioru piłki, w odpowiedzi usłyszał tylko
polecenie ustawienia się w obronie. Jones pokazywał nawet swojemu
kapitanowi, Patrice'owi Evrze, gdzie powinien się ustawić i kogo
przejąć w kryciu. FEC – Future England Captain.
Welbeck
doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest i raczej nie
będzie napastnikiem klasy van Persiego, że nie ma takiego wachlarza
umiejętności jak Wayne Rooney, a nawet takiego daru wykorzystywania
sytuacji jak Javier Hernandez. Z tego więc powodu, by nie zostać
odrzuconym przez Fergusona, kładzie nacisk na taktyczną dyscyplinę
i nieustępliwość w walce o piłkę.
Młody
napastnik został człowiekiem od zadań specjalnych i ważnych
spotkań. „Razem z Rooneyem zdecydowaliśmy, że zrobimy coś
innego taktycznie i ustawimy ich [Rooneya i Welbecka] bardziej wąsko,
żeby zamknąć pomoc” - wyjaśniał menedżer United. Później
Szkot przystąpił do komplementowania gry reprezentanta Anglii: „To
właśnie na poziomie taktycznym zagrał dziś świetnie. Był
fenomenalny. Szkoda, że złapał skurcze pod koniec, ale pracował
bardzo ciężko. Był dla Realu dziś trudnym orzechem do
zgryzienia”.
Swój
świetny występ Welbeck ukoronował bramką po dośrodkowaniu z
rzutu rożnego. „Ćwiczymy różne warianty i wiedziałem
dokładnie, gdzie spadnie ta piłka” - pochwalił się po meczu
Anglik. Brawa jednak należą mu się przede wszystkim za to, że
wiedział dokładnie, gdzie ma być na boisku.
Czy
Mats Hummels zanotował spadek formy?
Środkowy
obrońca reprezentacji Niemiec traktowany był przez wielu jako
symbol zmiany warty w Bundeslidze. Wychowany w akademii Bayernu,
trafił początkowo na wypożyczenie, potem w ramach transferu
definitywnego do Dortmundu. Tam dał się poznać jako archetyp
nowoczesnego obrońcy, niesamowicie spokojny, szybki, pewny w
interwencjach, ze świetnym podaniem i potrafiący ruszyć do przodu
mijając po drodze zdezorientowanych rywali.
Ostatnimi
czasy jednak Hummels zatracił tę swoją iskrę w grze. W
szczególności przeciwko Szachtarowi zagrał bardzo nieprzekonująco.
Jasne, strzelił bramkę, ale raczej warto na to patrzeć w formie
odpłacenia swoich win z wcześniejszych wydarzeń boiskowych.
Gdy
Douglas Costa cieszył się wraz z drużyną i kibicami z bramki
dającej Szachtarowi prowadzenie, Hummels zastanawiał się jak mógł
w ogóle do tego dopuścić. Kilkanaście sekund wcześniej Dmitro
Czygrynskij zapomniał o swoich barcelońskich latach i rzucił
daleką piłkę mniej więcej w stronę Costy. Niemiec zaś po prostu
poruszał się do tyłu i patrzył się na piłkę jak na jakieś
dziwne zjawisko. Brazylijczyk w barwach ukraińskiej drużyny nie
podzielał zdziwienia Hummelsa i kropnął tuż obok wychodzącego
Weidenfellera.
Hummels
grał bardzo niepewnie, niedokładnie. 78 procent skuteczności podań
nie jest żadnym powodem do dumy, a wyprowadzać piłkę Niemiec
potrafił jak mało kto. Możliwe, że to tylko chwilowa obniżka
formy, czy też krótkie zmęczenie, ale tak czy siak – jest to
materiał do zastanowienia się dla Jurgena Kloppa.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz