środa, 13 lutego 2013

Real - Manchester, czyli co to znaczy być Philem Jonesem




To jeden z takich meczów, dla których została stworzona Liga Mistrzów. Jedne z dwóch najpopularniejszych drużyn w Europie, tradycja, stawka – to wszystko składa się na znaczenie spotkania Real-Manchester United.

Dla Alexa Fergusona Real Madryt zawsze był specjalnym przeciwnikiem. Wszystko zaczęło się ponad pół wieku temu, gdy jako młody zawodnik Queens Park miał przyjemność obejrzeć finał Pucharu Europy na Hampden Park, gdzie Królewscy spotkali się z Eintrachtem Frankfurt. „Byłem jako kibic Rangers na meczu półfinałowym i potem patrząc na przedmeczowy trening Niemców pomyśleliśmy, że oni są bogami, że muszą wygrać. A zostali zniszczeni 7-3! Ten mecz uosabiał wszystkie marzenia europejskiego futbolu” - mówił szkocki trener. Jak sam mówi, wyczyny di Stefano i Puskasa pozwoliły mu jeszcze bardziej zakochać się w tym sporcie.

Rob Smyth w swoim tekście dla Guardiana zauważa, że Real Madryt w kontekście Fergusona wiąże się z kamieniem milowym w podejściu do meczów w Europie. Przed rewanżowym spotkaniem na Old Trafford w 2000 roku Szkot wystawiał drużynę po to, by strzeliła jedną bramkę więcej. Później, Czerwone Diabły miały przede wszystkim stracić jedną mniej.



Ferguson nie potrafił poradzić sobie z niespotykanym ustawieniem Realu. „Gdybym zmienił wcześnie na 4-3-3, to jestem przekonany, że wygralibyśmy bez problemu” - wspomina Szkot. Ferguson mocno wierzył w to, co było codziennością w Premier League – nawet jeżeli drużyna szybko traci bramkę, bez problemu potrafi odrobić to w dalszej fazie meczu.

Vicente del Bosque nazwał grę United „taktyczną anarchią”. Dzień wcześniej Chelsea przegrała z Barceloną 5-1. Wielu uznało angielskie drużyny za taktycznych analfabetów, dowodząc, że Real nie tyle wygrał na Old Trafford, co zdeklasował obrońcę tytułu. Daniel Harris, autor „On the Road: A Journey through a Season” powiedział: „Panuje pewien rodzaj zgody na to, że Real zagrał mądrzej i był lepszą drużyną. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana”.

United miał mnóstwo sytuacji na to, by ten mecz wygrać. Roy Keane, mający wtedy sezon życia zmarnował dwie świetne sytuacje, cuda w bramce wyczyniał osiemnastoletni Iker Casillas, jak nadczłowiek grał Fernando Redondo. „Na 10 spotkań, wygralibyśmy 7” - mówił po meczu Ferguson.



Arrigo Sacchi zauważył jednak, że o ile Manchester to świetna drużyna, to jednak bardziej zorganizowany styl gry Realu dawał większe możliwości regularnego wygrywania Ligi Mistrzów. Czas pokazał, że Ferguson się z tym zgadzał, uznając, że destrukcja jest sama w sobie łatwiejsza do kontroli niż kreowanie akcji. Więc lepiej byłoby położyć większy nacisk na to pierwsze.

Zmiana kierunku rozwoju drużyny spowodowała, że z czasem zaczęto powątpiewać w zdolności Fergusona. Szkot rozerwał pomoc Beckham-Keane-Scholes-Giggs, co spowodowało, że United zaczęli grać gorzej w lidze i w pucharach. Kulminacją było odpadnięcie z Ligi Mistrzów już w fazie grupowej w sezonie 2005-2006.

Mimo to, w następnym roku wszystko zaczęło się układać. Ferguson zbudował drużynę, która pobiła klubowy rekord gry w czterech europejskich półfinałach w przeciągu pięciu lat. Stworzył system oparty na ciągłej wymianie w pomocy, w którym błyszczeli Ronaldo, Rooney, Tevez i Giggs. Potrafił zneutralizować za pomocą Park Ji Sunga kreatora gry Milanu - Andreę Pirlo. Gdy uznał to za słuszne, nakazał swojej drużynie kurczową obronę w 2008 roku na Camp Nou.

Ferguson doskonale zdaje sobie sprawę z klasy rywala, testując już ustawienie, jakie może użyć przeciwko Realowi. W styczniowym spotkaniu z Tottenhamem nakazał swojej drużynie grać zachowawczo, ze szczególnym naciskiem na powstrzymywanie Garetha Bale'a. Czerwone Diabły grały głęboko i blisko siebie, na uwagę zasługiwało zaś ustawienie Phila Jonesa. Anglik grał bowiem jako defensywny pomocnik, bardzo blisko prawej strony obrony. Rozpędzony Bale bardzo często schodzi do środka, czemu miał zapobiec właśnie Jones. Walijczyk musiał szukać sobie miejsca na flance, gdzie jednak czekał na niego Rafael da Silva. Sfrustrowany Bale nie mógł się odnaleźć i był w dużej mierze wyłączony z gry.


„Phil świetnie sprawdził się w roli, którą miał wykonywać w meczu z Tottenhamem. Naprawdę dobrze sobie radził.” - komplementował po meczu swojego podopiecznego sir Alex Ferguson. Podobne zadania Jones otrzymał w niedawnym spotkaniu z Evertonem na Old Trafford.

Jones trzymał się bardzo blisko Marouana Fellainiego, nie odstępując go ani na krok i o ile w pierwszym spotkaniu pomiędzy tymi drużynami w tym sezonie Belg był kluczową postacią w ostatecznym zwycięstwie The Toffees, to w Manchesterze był raczej na marginesie spotkania. Fellaini nie potrafił znaleźć sobie miejsca na rozgrywanie z kolegami akcji, przez co nie udało się Evertonowi wywieźć choćby punktu.

Jones stał się więc bardziej wycofaną wersją Park Ji Sunga, który proszony był często przez Fergusona do ścisłego krycia cofniętych rozgrywających czy ofensywnie usposobionych bocznych obrońców. Już w poprzednim sezonie młody Anglik w ramach łatania dziur spowodowanych kontuzjami grał nie tylko na środku obrony, ale też w środku pomocy i na prawej stronie obrony. Menedżer United nie przywiązywał wagi do jego dotychczasowej, ulubionej pozycji, zobaczył w nim zawodnika stworzonego wręcz do spełniania różnych ról w poszczególnych spotkaniach.

Były zawodnik Blackburn przykuł uwagę Fergusona ponad dwa lata temu w przegranym sromotnie przez Rovers 7-1 meczu na Old Trafford, kiedy to Jones cały czas chciał wzbudzić u kolegów determinację do zwycięstwa. Jego agresywny, pewny sposób gry w połączeniu z wolą wygranej i zdolnościami przywódczymi zamknięty w formie wysokiego, silnego zawodnika stał się łakomym kąskiem na rynku transferowym. Z jego usług chciały skorzystać największe kluby Anglii, ostatecznie jednak latem 2011 roku trafił do czerwonej części Manchesteru.

Awizowano go jako następce Rio Ferdinanda, zarówno w klubie, jak i reprezentacji, Jones od razu znalazł się w pierwszej jedenastce United. Zdobywał uznanie dzięki swojemu spokojowi i pewności w grze na środku obrony, a także posiadaniu ponadprzeciętnych jak na tę pozycję inklinacji do gry do przodu. Anglik świetnie radzi sobie w grze w powietrzu, potrafi też dobrze rozegrać piłkę w ataku pozycyjnym.

„Bardzo trudno jest znaleźć takiego piłkarza, bardzo” - mówił były już selekcjoner Anglików Fabio Capello. „Potrafi grać na różnych pozycjach, zawsze na wysokim poziomie. W trakcie mojej kariery znalazłem tylko dwóch takich piłkarzy – Franco Baresiego i Fernando Hierro. Grali jako pomocnicy, potem zaczęli występować jako środkowy obrońcy. Jones to wielki talent. Bardzo młody, ale gra bez jakiegokolwiek strachu przed otrzymaniem piłki. Dobrze podaje, dobrze odnajduje rozwiązania. Wiem coś o piłce i rozwiązanie, które Jones wybiera za każdym razem, kiedy otrzymuje piłkę, zawsze jest tym najlepszym” - chwalił zawodnika Capello. Uznanie Jones znalazł też w oczach Roya Hodgsona, który zabrał go nawet na Euro 2012, jednak nie wystąpił w żadnym spotkaniu.

Uniwersalność to kwestia ciągle przewijająca się, gdy mówimy o osobie Jonesa, ale ten nie ukrywa, że najchętniej grałby jako środkowy obrońca. „Lepiej rozumiem grę na tej pozycji. Ale jeżeli trener chciałby, żebym grał gdzie indziej, tam właśnie będę” - mówi reprezentant Anglii.

Na Santiago Bernabeu zagra najprawdopodobniej jako dodatkowy plaster do Cristiano Ronaldo. Jego rola będzie bardzo podobna do tej, którą musiał wykonać na White Hart Lane – powstrzymywanie Portugalczyka przed rozpędzeniem się i oddawaniem strzałów na bramkę De Gei.

Przyjęło się, że gdy gra się z Barceloną, wtedy należy się cofnąć i modlić się, by Blaugrana miała słabszy dzień. W tym sezonie okazało się natomiast, że podobną taktykę można wykorzystać przeciwko Realowi i to z niemałymi sukcesami. Przede wszystkim należy zapobiec kontratakom Królewskich, czyli ustawić jak najwięcej zawodników za piłką i trzymać swoje pozycje.
Biorąc pod uwagę, jak Ferguson podchodził do kluczowych spotkań w Europie, jak grał przeciwko Tottenhamowi, można się spodziewać, że swojej drużynie nakaże grać bardzo podobnie. To nie jest Premier League, gdzie można odrobić stratę, tutaj każdy błąd może okazać się decydujący. „Zdajemy sobie sprawę, że jeden zły krok przeciwko United i jesteśmy poza grą” - powiedział Sergio Ramos. Mówiąc krócej: wygra ten, który straci mniej bramek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz