To jeden z takich meczów, dla których
została stworzona Liga Mistrzów. Jedne z dwóch najpopularniejszych
drużyn w Europie, tradycja, stawka – to wszystko składa się na
znaczenie spotkania Real-Manchester United.
Dla Alexa Fergusona Real Madryt zawsze
był specjalnym przeciwnikiem. Wszystko zaczęło się ponad pół
wieku temu, gdy jako młody zawodnik Queens Park miał przyjemność
obejrzeć finał Pucharu Europy na Hampden Park, gdzie Królewscy
spotkali się z Eintrachtem Frankfurt. „Byłem jako kibic Rangers
na meczu półfinałowym i potem patrząc na przedmeczowy trening
Niemców pomyśleliśmy, że oni są bogami, że muszą wygrać. A
zostali zniszczeni 7-3! Ten mecz uosabiał wszystkie marzenia
europejskiego futbolu” - mówił szkocki trener. Jak sam mówi, wyczyny di Stefano i Puskasa pozwoliły mu jeszcze bardziej zakochać
się w tym sporcie.
Rob Smyth w swoim tekście dla
Guardiana zauważa, że Real Madryt w kontekście Fergusona wiąże
się z kamieniem milowym w podejściu do meczów w Europie. Przed
rewanżowym spotkaniem na Old Trafford w 2000 roku Szkot wystawiał
drużynę po to, by strzeliła jedną bramkę więcej. Później,
Czerwone Diabły miały przede wszystkim stracić jedną mniej.
Ferguson nie potrafił poradzić sobie
z niespotykanym ustawieniem Realu. „Gdybym zmienił wcześnie na
4-3-3, to jestem przekonany, że wygralibyśmy bez problemu” -
wspomina Szkot. Ferguson mocno wierzył w to, co było codziennością
w Premier League – nawet jeżeli drużyna szybko traci bramkę, bez
problemu potrafi odrobić to w dalszej fazie meczu.
Vicente del Bosque nazwał grę United
„taktyczną anarchią”. Dzień wcześniej Chelsea przegrała z
Barceloną 5-1. Wielu uznało angielskie drużyny za taktycznych
analfabetów, dowodząc, że Real nie tyle wygrał na Old Trafford,
co zdeklasował obrońcę tytułu. Daniel Harris, autor „On the
Road: A Journey through a Season” powiedział: „Panuje pewien
rodzaj zgody na to, że Real zagrał mądrzej i był lepszą drużyną.
Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana”.
United miał mnóstwo sytuacji na to,
by ten mecz wygrać. Roy Keane, mający wtedy sezon życia zmarnował
dwie świetne sytuacje, cuda w bramce wyczyniał osiemnastoletni Iker
Casillas, jak nadczłowiek grał Fernando Redondo. „Na 10 spotkań,
wygralibyśmy 7” - mówił po meczu Ferguson.
Arrigo Sacchi zauważył jednak, że o
ile Manchester to świetna drużyna, to jednak bardziej zorganizowany
styl gry Realu dawał większe możliwości regularnego wygrywania
Ligi Mistrzów. Czas pokazał, że Ferguson się z tym zgadzał,
uznając, że destrukcja jest sama w sobie łatwiejsza do kontroli
niż kreowanie akcji. Więc lepiej byłoby położyć większy nacisk
na to pierwsze.
Zmiana kierunku rozwoju drużyny
spowodowała, że z czasem zaczęto powątpiewać w zdolności
Fergusona. Szkot rozerwał pomoc Beckham-Keane-Scholes-Giggs, co
spowodowało, że United zaczęli grać gorzej w lidze i w pucharach.
Kulminacją było odpadnięcie z Ligi Mistrzów już w fazie grupowej
w sezonie 2005-2006.
Mimo to, w następnym roku wszystko
zaczęło się układać. Ferguson zbudował drużynę, która pobiła
klubowy rekord gry w czterech europejskich półfinałach w przeciągu
pięciu lat. Stworzył system oparty na ciągłej wymianie w pomocy,
w którym błyszczeli Ronaldo, Rooney, Tevez i Giggs. Potrafił
zneutralizować za pomocą Park Ji Sunga kreatora gry Milanu -
Andreę Pirlo. Gdy uznał to za słuszne, nakazał swojej drużynie
kurczową obronę w 2008 roku na Camp Nou.
Ferguson doskonale zdaje sobie sprawę
z klasy rywala, testując już ustawienie, jakie może użyć
przeciwko Realowi. W styczniowym spotkaniu z Tottenhamem nakazał
swojej drużynie grać zachowawczo, ze szczególnym naciskiem na
powstrzymywanie Garetha Bale'a. Czerwone Diabły grały głęboko i
blisko siebie, na uwagę zasługiwało zaś ustawienie Phila Jonesa.
Anglik grał bowiem jako defensywny pomocnik, bardzo blisko prawej
strony obrony. Rozpędzony Bale bardzo często schodzi do środka,
czemu miał zapobiec właśnie Jones. Walijczyk musiał szukać sobie
miejsca na flance, gdzie jednak czekał na niego Rafael da Silva.
Sfrustrowany Bale nie mógł się odnaleźć i był w dużej mierze
wyłączony z gry.
„Phil świetnie sprawdził się w
roli, którą miał wykonywać w meczu z Tottenhamem. Naprawdę
dobrze sobie radził.” - komplementował po meczu swojego
podopiecznego sir Alex Ferguson. Podobne zadania Jones otrzymał w
niedawnym spotkaniu z Evertonem na Old Trafford.
Jones trzymał się bardzo blisko
Marouana Fellainiego, nie odstępując go ani na krok i o ile w
pierwszym spotkaniu pomiędzy tymi drużynami w tym sezonie Belg był
kluczową postacią w ostatecznym zwycięstwie The Toffees, to w
Manchesterze był raczej na marginesie spotkania. Fellaini nie
potrafił znaleźć sobie miejsca na rozgrywanie z kolegami akcji,
przez co nie udało się Evertonowi wywieźć choćby punktu.
Jones stał się więc bardziej
wycofaną wersją Park Ji Sunga, który proszony był często przez
Fergusona do ścisłego krycia cofniętych rozgrywających czy
ofensywnie usposobionych bocznych obrońców. Już w poprzednim
sezonie młody Anglik w ramach łatania dziur spowodowanych
kontuzjami grał nie tylko na środku obrony, ale też w środku
pomocy i na prawej stronie obrony. Menedżer United nie przywiązywał
wagi do jego dotychczasowej, ulubionej pozycji, zobaczył w nim
zawodnika stworzonego wręcz do spełniania różnych ról w
poszczególnych spotkaniach.
Były zawodnik Blackburn przykuł
uwagę Fergusona ponad dwa lata temu w przegranym sromotnie przez
Rovers 7-1 meczu na Old Trafford, kiedy to Jones cały czas chciał
wzbudzić u kolegów determinację do zwycięstwa. Jego agresywny,
pewny sposób gry w połączeniu z wolą wygranej i zdolnościami
przywódczymi zamknięty w formie wysokiego, silnego zawodnika stał
się łakomym kąskiem na rynku transferowym. Z jego usług chciały
skorzystać największe kluby Anglii, ostatecznie jednak latem 2011
roku trafił do czerwonej części Manchesteru.
Awizowano go jako następce Rio
Ferdinanda, zarówno w klubie, jak i reprezentacji, Jones od razu
znalazł się w pierwszej jedenastce United. Zdobywał uznanie dzięki
swojemu spokojowi i pewności w grze na środku obrony, a także
posiadaniu ponadprzeciętnych jak na tę pozycję inklinacji do gry
do przodu. Anglik świetnie radzi sobie w grze w powietrzu, potrafi
też dobrze rozegrać piłkę w ataku pozycyjnym.
„Bardzo trudno jest znaleźć
takiego piłkarza, bardzo” - mówił były już selekcjoner
Anglików Fabio Capello. „Potrafi grać na różnych pozycjach,
zawsze na wysokim poziomie. W trakcie mojej kariery znalazłem tylko
dwóch takich piłkarzy – Franco Baresiego i Fernando Hierro. Grali
jako pomocnicy, potem zaczęli występować jako środkowy obrońcy.
Jones to wielki talent. Bardzo młody, ale gra bez jakiegokolwiek
strachu przed otrzymaniem piłki. Dobrze podaje, dobrze odnajduje
rozwiązania. Wiem coś o piłce i rozwiązanie, które Jones wybiera
za każdym razem, kiedy otrzymuje piłkę, zawsze jest tym
najlepszym” - chwalił zawodnika Capello. Uznanie Jones znalazł
też w oczach Roya Hodgsona, który zabrał go nawet na Euro 2012,
jednak nie wystąpił w żadnym spotkaniu.
Uniwersalność to kwestia ciągle
przewijająca się, gdy mówimy o osobie Jonesa, ale ten nie ukrywa,
że najchętniej grałby jako środkowy obrońca. „Lepiej rozumiem
grę na tej pozycji. Ale jeżeli trener chciałby, żebym grał gdzie
indziej, tam właśnie będę” - mówi reprezentant Anglii.
Na Santiago Bernabeu zagra
najprawdopodobniej jako dodatkowy plaster do Cristiano Ronaldo. Jego
rola będzie bardzo podobna do tej, którą musiał wykonać na White
Hart Lane – powstrzymywanie Portugalczyka przed rozpędzeniem się
i oddawaniem strzałów na bramkę De Gei.
Przyjęło się, że gdy gra się z
Barceloną, wtedy należy się cofnąć i modlić się, by Blaugrana
miała słabszy dzień. W tym sezonie okazało się natomiast, że
podobną taktykę można wykorzystać przeciwko Realowi i to z
niemałymi sukcesami. Przede wszystkim należy zapobiec kontratakom
Królewskich, czyli ustawić jak najwięcej zawodników za piłką i
trzymać swoje pozycje.
Biorąc pod uwagę, jak Ferguson
podchodził do kluczowych spotkań w Europie, jak grał przeciwko
Tottenhamowi, można się spodziewać, że swojej drużynie nakaże
grać bardzo podobnie. To nie jest Premier League, gdzie można
odrobić stratę, tutaj każdy błąd może okazać się decydujący.
„Zdajemy sobie sprawę, że jeden zły krok przeciwko United i
jesteśmy poza grą” - powiedział Sergio Ramos. Mówiąc krócej:
wygra ten, który straci mniej bramek.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz