sobota, 30 czerwca 2012

Hiszpania - Włochy


 Hiszpania czy Niemcy, Niemcy czy Hiszpania? Przed mistrzostwami taka narracja dominowała w rozmowach na temat tego, kto odjedzie z Kijowa z najwyższym laurem. Dało się wyczuć analogię do meczów półfinałowych Ligi Mistrzów. Wielu ostrzyło sobie zęby na pojedynek Realu z Barceloną, ale sport pokazał, jak potrafi drwić sobie ze wszystkich przewidywań. Tym razem jednak bogowie futbolu okazali się bardziej wyrozumiali, choć udało im pomieszać trochę w składzie meczu finałowego na Euro 2012. Hiszpania – Włochy. Ci pierwsi wiadomo – murowany faworyt. Drudzy – drużyna rozbita kolejną aferą korupcyjną, przegrana przed mistrzostwami z Rosją. Raczej kandydat do odpadnięcia z grupy, niż finalista.
Pierwszy mecz poza tymi dwiema drużynami pokazał jednak, że Włosi będą mogli na tych mistrzostwach nieźle namieszać. Taktyczna dyscyplina, a jednocześnie pewność w operowaniu piłką cechowały Italię w pierwszym meczu grupowym. Ustawienie 3-5-2, które miało odejść do lamusa, powróciło może nie w wielkim stylu, ale odzyskało swoje miejsce w świadomości ludzi futbolu.
Hiszpanie zaskoczyli wtedy grą bez napastnika, z Cesciem Fabregasem użytym jako fałszywa dziewiątka (napastnik, który schodzi do strefy pomocy, wyciągając przy okazji jednego ze środkowych obrońców). To zaś spowodowało rozmycie ataków Hiszpanów wieloma podaniami. Po meczu narzekano na murawę. Ta miała być za sucha i nie pozwalała rozwinąć skrzydeł La furia Roja.
W każdym razie – rzeczony mecz stał na bardzo wysokim poziomie. Choć to Hiszpanie mieli większe posiadanie piłki, obie drużyny starały się wygrać to spotkanie. I obie musiały obejść się smakiem. Wielu chciało, by to spotkanie jeszcze trwało i trwało. Sprawa była niedokończona.
I teraz nadarzyła się okazja, by ją dokończyć.

Włosi przystępują do tego spotkania uskrzydleni kompletną dominacją w meczu z Anglikami (co prawda niepotwierdzoną bramkami w regulaminowym czasie gry) oraz wspaniałym zwycięstwem nad faworyzowaną ekipą Niemiec. Największe laury zbiera Andrea Pirlo, magik środka pola, Mistrz Włoch z Juventusem. Dyryguje grą zespołu, łączy boki boiska, obronę z atakiem. Żeby zdefiniować jego grę, trzeba wyjść poza określenie regista. To coś zdecydowanie więcej. Jak spojrzeć na to, gdzie kierował swoje podania, można by odnieść wrażenie, że ma coś w sobie z Peytona Manninga. Czasem można mieć też wrażenie, że stojąc na środku boiska, zaraz zacznie pokazywać palcami numer schematu akcji, niczym Rajon Rondo.
Włosi to jednak nie tylko Pirlo. Również dookoła niego znajdują się jedni z najlepszych. Najbliżej Daniele De Rossi oraz Claudio Marchisio, środkowi pomocnicy, dla których nie ma znaczenia, w pobliżu której bramki grają. Muszą i potrafią zarówno wspomóc drużynę w obronie, jak i stworzyć przewagę w polu karnym rywala. W tym drugim przoduje Marchisio, kolejny z zawodników Juventusu. Już wielokrotnie na tych mistrzostwach zdarzyło się, że udało mu się urwać z piłką, popędzić w kierunku bramki. Zabrakło jednak wykończenia. W meczu z Niemcami miał szansę podwyższyć wynik i zapewnić spokój Włochom, jednak nie trafił nawet w bramkę w wydawałoby się stuprocentowej sytuacji. „Praktycznie nic nie widziałem, byłem tak zmęczony”. Miejmy nadzieję, że nie będzie zmęczony w finale, a możemy być pewni, że znowu pokaże klasę.
De Rossi zaś to piłkarz, który jest przykładem na to, jak zmieniał się przez ostatnie lata futbol. Z początku Rzymianin był środkowym pomocnikiem, który włączał się do akcji, strzelał z dystansu, dobrze podawał. Nihil novi sub solem. Później przyszedł jednak czas Luciano Spalettiego w Romie, który wpadł na pomysł gry bez napastnika, co łączy się z jutrzejszym spotkaniem. Postawił na Francesco Tottiego w roli fałszywej dziewiątki, oraz z czwórką ofensywnych pomocników, wchodzących zamiast niego w pole karne rywala. Jednym z nich był właśnie De Rossi. Po odejściu Spalettiego Daniele wrócił na swoją nominalną pozycję. Przed poprzednim sezonem do AS Romy zawitał były znakomity piłkarz Barcelony Luis Enrique. Miał za zadanie zaszczepić na rzymskim gruncie tiki-takę, styl gry Blaugrany. I znów De Rossi dostał nowe instrukcje. Z początku miał być defensywnych pomocnikiem schodzącym do linii obrony. Później zaś jego umiejętności techniczne zostały wykorzystane właśnie w defensywnej formacji. Wielu się temu dziwiło, jak taki zawodnik może grać na środku obrony. Choć Enrique z Romy został zwolniony, to eksperyment został przeniesiony na płaszczyznę piłki reprezentacyjnej. Z funkcji libero De Rossi w meczu z Hiszpanami spisał się znakomicie, niejednokrotnie brał na siebie odpowiedzialność wyprowadzania piłki do bocznych pomocników. Po spotkaniu dziękował swojemu byłemu trenerowi. To właśnie dzięki niemu repertuar pozycji, na których może grać, powiększył się o środek obrony.
To właśnie środek pola może okazać się kluczowy w tym meczu, dlatego przejdę już do Hiszpanów. Hiszpański trójkąt w pomocy na tym turnieju to Xavi-Xabi Alonso-Sergio Busquets. W gruncie rzeczy ich zadaniem jest utrzymanie się przy piłce i dogranie piłki do atakujących kolegów w odpowiednim czasie.
Busquets to przez wielu nielubiany i jednocześnie niedoceniany zawodnik. Zarzuca się mu (całkiem słusznie!), aktorstwo, chociażby w meczu z Interem w 2010 roku. Jest to jednak zawodnik bardzo ważny w kontekście taktyki założonej przez trenerów Barcelony i reprezentacji Hiszpanii. Często cofa się do linii obrony, by wzmocnić ją przed ewentualnymi kontrataki, ale również, by rozegrać tam piłkę, pozwalając kolegom z przodu na lepsze ustawienie się. To nie jest defensywny pomocnik w stylu Makelele czy Gravesena. W trakcie meczu wykonuje wiele podań, trzyma całą grę zespołu.
Kolega Busquetsa z klubu – Xavi, to człowiek o którym napisano już wiele. Scharakteryzować go można jego własnymi słowami: „Dostaję piłkę, podaję, dostaję piłkę, podaję, dostaję piłkę, podaję”. Ten niemalże hipnotyczny sposób gry budzi podziw w każdym, kto miał dane zobaczyć jego grę. Przypomina to trochę Ayrtona Sennę, który przyznał się, że kieruje bolid Formuły 1 w sposób podświadomy, intuicyjny, zespalając się ze swoim narzędziem pracy. Wychodząc z tego porównania, można się zorientować jak wielkie piętno odcisnęła szkółka Barcelony – La Masia na Xavim. Niemalże redefinicja duszy.
Trzeci z tercetu środkowych pomocników na co dzień występuje w największym rywalu Barcelony – Realu Madryt. Choć w trakcie spotkań pomiędzy tymi drużynami często lecą iskry, nie przenosi się to na grunt reprezentacji. Z korzyścią dla wszystkich. Xabi Alonso z kolegami współpracuje z partnerami znakomicie, choć jest to trochę odmienny zawodnik. Xavi przy zatrudnianiu Guardioli powiedział: „O Boże, będziemy latać”. I jeśli trzymać się tego do zawodników Barcelony, to Xabi Alonso jest bardziej przyziemnym zawodnikiem. Nie stroni od grania długich piłek i wytężonego biegania w środku pola. Choć jest defensywnym pomocnikiem, nie jest specjalistą od wślizgów czy brutalnego przerywania akcji rywala. „Nie wydaje mi się, by wślizg był dobrym elementem gry. Jeżeli wykonuję wślizg, to znaczy, że źle się ustawiłem, nie potrafiłem inaczej odebrać piłki” - tak mówił w wywiadzie dla brytyjskiej prasy.
Zagęszczenie środka pola może być okazją dla zespołów, by rozwinąć skrzydła. Szczególnie ataki ze strony bocznych obrońców mogą przechylić szalę spotkania w którąś stronę. Zarówno Arbeloa, jak i Jordi Albo, ale również Ignazio Abate et consortes mają to, czego potrzeba, by udanie włączyć się do akcji zespołu. Trenerzy na pewno są tego świadomi i będą chcieli zaskoczyć rywala. Może del Bosque odpuści wystawianie Silvy i wypuści w bój Pedro? Może Prandelli poprosi swoich napastników by zamiast zakładać pressing na środkowych obrońcach zajęli się kryciem tych bocznych? W każdym razie dłubanie w taktyce może przynieść coś niespodziewanego. Charakter piłki międzynarodowej jest jednak taki, że dąży się do uproszczenia gry, by piłkarze nie grający ze sobą codziennie mogli jak najlepiej zrozumieć to, w jaki sposób poruszać się po boisku względem rywala i partnerów. Zbyt duża ingerencja w już zaimplementowany system może kończyć się sporym błędem, co doświadczył Joachim Loew, który bardziej starał się zniwelować atuty Włochów, niźli skupić się na rozwinięciu swoich.

W każdym razie czeka nas naprawdę dobre spotkanie. Można się spodziewać zarówno gry otwartej, jak i partii szachów, w której obie drużyny są arcymistrzami. Czy jedno, czy drugie – to będzie mecz zapamiętany na długo. Czy będzie to triumf tiki-taki, wymiany podań w nieskończoność, czy ofensywnego stylu gry łączącego hiszpański sznyt z iście mourinhowską dyscypliną w obronie i próbami szybkiego przedostania się pod pole karne rywala? Oba style są miłe dla oka i wygranym na pewno będzie futbol. Po finałach europejskich pucharów wydawać by się mogło, że czeka nas czas parkowania autobusów. A może to było tylko oczyszczenie – kubeł zimnej wody na tych, którzy przekonani byli o wyższości posiadania piłki dla posiadania piłki, aniżeli robienia z niej użytku? Cóż, wiele pytań zadałem. Odpowiedzi nie będzie na końcu książki. Trzeba czekać do 22:45, a może nawet jeszcze później.

niedziela, 24 czerwca 2012

La calma roja



Gdybym był Maciejem Iwańskim, najprawdopodobniej ten tekst zaczynałby się od tłumaczenia hymnu Hiszpanów. Nie jestem cudotwórcą, trudno przychodzi mi przełożenie na polski tekstu, który nie istnieje, zacznę więc od przytyku w stronę marnego komentatora. Mam jednak z nim wspólną cechę – trudno przychodzi nam wymyślenie wstępu do dłuższej formy wypowiedzi (bo za taką należy uznać relację z meczu). Nawet teraz pisząc ten tekst, najczęściej używam klawisza backspace. Mam tylko nadzieję, że nie jestem tu odosobniony. Kontynuując jednak temat Iwańskiego, dostrzec można jego kolejną, denerwującą manierę – każdy mecz musi urosnąć do rangi religijnego przeżycia. Wziął to pewnie od Szpakowskiego, no ale już mniejsza o to. Wczorajszy mecz Hiszpania – Francja przyniósł kolejne kwiatki. Każde dotknięcie piłki przez Hiszpanów, czy to muśnięcie jej przez Iniestę, czy strzał Xabiego Alonso, według Iwańskiego staje się uchyleniem rąbka nieba. Czasem mam wrażenie, że gdy przygotowuje się do meczu i szuka informacji w internecie, przegląda stare mecze, z przyzwyczajenia usuwa historię przeglądania.
Jest w tym jednak pewien szerszy kontekst. Wpisywanie się w nurt uwielbienia gry Hiszpanów, rodzi front zupełnie przeciwny. Liczba ludzi, dla których gra Hiszpanów jest nudna, stale rośnie i nie jest to już pogląd niepopularny. Zaś wczorajszy mecz dał doskonały powód na uzasadnienie tej prawidłowości. Jeśli przyjmiemy, że w piłkę gra jedna drużyna...

Nie da się ukryć, że Hiszpania-Francja to mecz z gatunku nudnych. Strzałów celnych było tyle co kot napłakał, a emocje to towar dość mocno reglamentowany. Czy jednak była to jedynie kwestia gry Hiszpanii? Po uzyskaniu prowadzenia w pierwszej połowie, Hiszpanie nie kwapili się do podwyższenia rezultatu. Utrzymywanie się przy piłce wykorzystali do gry obronnej. Dani Alves w rozmowie z Sidem Lowe z Guardiana powiedział: „bronimy się [Barcelona], zapobiegając ich atakom”. Podobna taktyka została zastosowana przez del Bosque. I wszyscy wiemy, że nie jest to ewenement. Leo Beenhakker prowadząc polską reprezentację, wymagał od zawodników prowadzenia gry. „Gdy my mamy piłkę, nie ma jej przeciwnik. Nie może nam strzelić bramki” - mawiał. Nawet Mourinho często kazał swoim zawodnikom utrzymywać się przy piłce przy sprzyjającym rezultacie. Przeciwnicy szybciej się męczą, próbując odebrać piłkę. „Widzieliśmy, jak przebierają nogami” - powiedział John Terry, kapitan Chelsea, po meczu z Liverpoolem, w którym Chelsea trzymała się piłki dla zasady.

Co więc było przyczyną nudnego spotkania? Tutaj należy rozwinąć kwestię defensywnej strategii w przypadku gry z Barceloną lub reprezentacją Hiszpanii. Drużyny, które postanowiły zagrać przeciwko Blaugranie czy Hiszpanom ofensywnie, wysoko ustawiając pressing i starając się atakować w większości przypadków musiały liczyć się z porażką, a często pogromami. Dlatego ogólna strategia jest przeciwna – ustawienie linii obrony i pomocy bardzo nisko, niejako zapraszając przeciwnika na swoją połowę i wykorzystując to do szybkiego kontrowania. Warto jednak zwrócić uwagę, że skuteczne wykorzystanie takiej taktyki wymaga sporej koncentracji, cierpliwości i przede wszystkim – ciężkiej pracy na treningu. Każdy zawodnik musi zrozumieć, jak powinien poruszać się wobec zachowania przeciwnika, jak i również w kontekście całej drużyny. Nie jest to łatwa rzecz, co pokazał właśnie omawiany przeze mnie mecz. Francuzi przyzwyczajeni do wymiany sporej ilości krótkich podań (na całym turnieju są drudzy po Hiszpanii – mają średnio 501, wobec 699 Hiszpanów), nie potrafili odnaleźć się w defensywnej taktyce.

Ten brak zrozumienia przyjętej strategii spowodował to, że zawodnicy francuscy czuli się na boisku zagubieni. Zachowywali się, jakby nie wiedzieli, że przegrywają, a co więcej – zorientowali się, że trzeba strzelić bramkę gdzieś w okolicach 70 minuty. Było jednak o wiele za późno.

Dlaczego to właśnie było przyczyną porażki we wczorajszym spotkaniu i jak to wpłynęło na przebieg spotkania? Jednym z założeń taktyki „parkowania autobusu” jest powściągliwość wobec pressingu. Ważniejsze jest trzymanie się ustawienia, zapobieganie penetrującym podaniom, zacieśnianie pola gry. Zaistniał więc pewien dysonans pomiędzy tym, w jakim sposób dotychczas grała drużyna francuska, a tym, czego wymagał od nich trener Blanc. Nawet wobec faktu utraty bramki, Francuzi nie potrafili się odnaleźć. Nie wiedzieli, czy trzeba założyć pressing, do którego miejsca się cofnąć, czy też jak się ustawić. Yann M'Vila krył Xaviego, natomiast Cabaye i Malouda nie wiedzieli jak zareagować na włączanie się do gry Xabiego Alonso. Środek zagęścił fałszywa 9 Cesc Fabregas, wyciągając jednego ze środkowych obrońców. W ten sposób złamano defensywę Francuzów, stracili oni ustawienie i padła pierwsza bramka dla Hiszpanii.

Najistotniejszą kwestią jest więc organizacja gry obronnej. Legendarny trener Milanu Arrigo Sacchi, „założył się” ze swoimi zawodnikami, że w gierce 5x10, przy czym bramki broniła piątka obrońcą. Atakował zaś prima sort ofensywy ówczesnej Europy m.in. van Basten, Gullit, Rijkaard, Donadoni, Ancelotti. Wydawałoby się, że nawet tacy obrońcy jak Maldini czy Costacurta przeicwko takiej sile nie zdołają uchronić się od utraty bramki. Co jednak wyszło z tej gierki trenigowej? Przez 15 minut ani razu nie udało się trafić rossonerim do bramki. Sacchi chciał pokazać, że nawet mniejsza ilość obrońców, ale zorganizowanych potrafi obronić się przed niezorganizowanymi napastnikami. Jak widać, Blanc nie wyciągnął lekcji z historii. Warto przypominać tę anegdotę piłkarzom i trenerom na całym świecie.

Później zaś Hiszpanie koncentrowali się na utrzymaniu się przy piłce, o czym już wspominałem wcześniej. Zaprezentowali cierpliwą grę, jakby na przekór swojemu przydomkowi (La furia roja). Efekt był w postaci bardzo nudnej, pozbawionej emocji gry. Każdy kibic lubi mecz z dużą ilością bramek, z atakami z jednej i drugiej strony. Przykładem może być mecz Szwecja-Anglia, tzw. mecz bez środka pola. Obie ekipy chciały i musiały wygrać, zdobyć choćby o jedną bramkę więcej niż przeciwnik. Tutaj priorytety były inne. Najważniejszy był awans, a wynik 1:0 to wynik idealny. My strzelamy jedną bramkę, zaś oni muszą się pomęczyć, biegając za piłką.

Alvaro Arbeloa w wywiadzie dla Guardiana, odniósł się do oskarżeń o nudną grę. Rozumie je, szczególnie te pochodzące z Anglii, gdzie futbol rozwinął się w kierunku gry bezpośredniej, bardzo szybkiej. Zupełnie innej od tej prezentowaną przez Hiszpanię. Jednak zaznaczył, że na tym poziomie gra jest inna, trudniejsza. Nie odrobi się straty w najbliższych kolejkach. Każdy błąd może być na wagę odpadnięcia z turnieju. Dodał też, że w telewizji mecz wygląda zupełnie inaczej. Nie widać całego kontekstu gry. Porównał to do oglądania tenisowego bohatera rodem z Hiszpanii – Rafy Nadala. Arbeloa powiedział: „Często oglądając Nadala myślę sobie: „zaatakuj”, „uderz mocniej”. Ale może nie zauważam i nie doceniam rotacji, czy odbicia.” Paralelę do tiki-taki wysnuć można bardzo łatwo.

Najdziwniejszą rzeczą w tym wszystkim jest to, że drużyna, która zdobyła najwięcej bramek, gra bardzo dobrze w defensywie, przeważa w każdym meczu, spotyka się z określeniem „nudna”. Może po prostu Hiszpanie rozpieszczali kibiców i teraz wszyscy oczekują wygranej 3:0 i fajerwerków w polu karnym rywala. W każdym razie ci, którzy narzekają na styl gry Hiszpanów na razie muszą obejść się smakiem, ta drużyna wygrywa, jest skuteczna i czeka w końcu na pogromcę. Osobną kwestią jest to, czy na turnieju takowego znajdzie. Niemcy, Włosi, może już Portugalczycy?