niedziela, 24 czerwca 2012

La calma roja



Gdybym był Maciejem Iwańskim, najprawdopodobniej ten tekst zaczynałby się od tłumaczenia hymnu Hiszpanów. Nie jestem cudotwórcą, trudno przychodzi mi przełożenie na polski tekstu, który nie istnieje, zacznę więc od przytyku w stronę marnego komentatora. Mam jednak z nim wspólną cechę – trudno przychodzi nam wymyślenie wstępu do dłuższej formy wypowiedzi (bo za taką należy uznać relację z meczu). Nawet teraz pisząc ten tekst, najczęściej używam klawisza backspace. Mam tylko nadzieję, że nie jestem tu odosobniony. Kontynuując jednak temat Iwańskiego, dostrzec można jego kolejną, denerwującą manierę – każdy mecz musi urosnąć do rangi religijnego przeżycia. Wziął to pewnie od Szpakowskiego, no ale już mniejsza o to. Wczorajszy mecz Hiszpania – Francja przyniósł kolejne kwiatki. Każde dotknięcie piłki przez Hiszpanów, czy to muśnięcie jej przez Iniestę, czy strzał Xabiego Alonso, według Iwańskiego staje się uchyleniem rąbka nieba. Czasem mam wrażenie, że gdy przygotowuje się do meczu i szuka informacji w internecie, przegląda stare mecze, z przyzwyczajenia usuwa historię przeglądania.
Jest w tym jednak pewien szerszy kontekst. Wpisywanie się w nurt uwielbienia gry Hiszpanów, rodzi front zupełnie przeciwny. Liczba ludzi, dla których gra Hiszpanów jest nudna, stale rośnie i nie jest to już pogląd niepopularny. Zaś wczorajszy mecz dał doskonały powód na uzasadnienie tej prawidłowości. Jeśli przyjmiemy, że w piłkę gra jedna drużyna...

Nie da się ukryć, że Hiszpania-Francja to mecz z gatunku nudnych. Strzałów celnych było tyle co kot napłakał, a emocje to towar dość mocno reglamentowany. Czy jednak była to jedynie kwestia gry Hiszpanii? Po uzyskaniu prowadzenia w pierwszej połowie, Hiszpanie nie kwapili się do podwyższenia rezultatu. Utrzymywanie się przy piłce wykorzystali do gry obronnej. Dani Alves w rozmowie z Sidem Lowe z Guardiana powiedział: „bronimy się [Barcelona], zapobiegając ich atakom”. Podobna taktyka została zastosowana przez del Bosque. I wszyscy wiemy, że nie jest to ewenement. Leo Beenhakker prowadząc polską reprezentację, wymagał od zawodników prowadzenia gry. „Gdy my mamy piłkę, nie ma jej przeciwnik. Nie może nam strzelić bramki” - mawiał. Nawet Mourinho często kazał swoim zawodnikom utrzymywać się przy piłce przy sprzyjającym rezultacie. Przeciwnicy szybciej się męczą, próbując odebrać piłkę. „Widzieliśmy, jak przebierają nogami” - powiedział John Terry, kapitan Chelsea, po meczu z Liverpoolem, w którym Chelsea trzymała się piłki dla zasady.

Co więc było przyczyną nudnego spotkania? Tutaj należy rozwinąć kwestię defensywnej strategii w przypadku gry z Barceloną lub reprezentacją Hiszpanii. Drużyny, które postanowiły zagrać przeciwko Blaugranie czy Hiszpanom ofensywnie, wysoko ustawiając pressing i starając się atakować w większości przypadków musiały liczyć się z porażką, a często pogromami. Dlatego ogólna strategia jest przeciwna – ustawienie linii obrony i pomocy bardzo nisko, niejako zapraszając przeciwnika na swoją połowę i wykorzystując to do szybkiego kontrowania. Warto jednak zwrócić uwagę, że skuteczne wykorzystanie takiej taktyki wymaga sporej koncentracji, cierpliwości i przede wszystkim – ciężkiej pracy na treningu. Każdy zawodnik musi zrozumieć, jak powinien poruszać się wobec zachowania przeciwnika, jak i również w kontekście całej drużyny. Nie jest to łatwa rzecz, co pokazał właśnie omawiany przeze mnie mecz. Francuzi przyzwyczajeni do wymiany sporej ilości krótkich podań (na całym turnieju są drudzy po Hiszpanii – mają średnio 501, wobec 699 Hiszpanów), nie potrafili odnaleźć się w defensywnej taktyce.

Ten brak zrozumienia przyjętej strategii spowodował to, że zawodnicy francuscy czuli się na boisku zagubieni. Zachowywali się, jakby nie wiedzieli, że przegrywają, a co więcej – zorientowali się, że trzeba strzelić bramkę gdzieś w okolicach 70 minuty. Było jednak o wiele za późno.

Dlaczego to właśnie było przyczyną porażki we wczorajszym spotkaniu i jak to wpłynęło na przebieg spotkania? Jednym z założeń taktyki „parkowania autobusu” jest powściągliwość wobec pressingu. Ważniejsze jest trzymanie się ustawienia, zapobieganie penetrującym podaniom, zacieśnianie pola gry. Zaistniał więc pewien dysonans pomiędzy tym, w jakim sposób dotychczas grała drużyna francuska, a tym, czego wymagał od nich trener Blanc. Nawet wobec faktu utraty bramki, Francuzi nie potrafili się odnaleźć. Nie wiedzieli, czy trzeba założyć pressing, do którego miejsca się cofnąć, czy też jak się ustawić. Yann M'Vila krył Xaviego, natomiast Cabaye i Malouda nie wiedzieli jak zareagować na włączanie się do gry Xabiego Alonso. Środek zagęścił fałszywa 9 Cesc Fabregas, wyciągając jednego ze środkowych obrońców. W ten sposób złamano defensywę Francuzów, stracili oni ustawienie i padła pierwsza bramka dla Hiszpanii.

Najistotniejszą kwestią jest więc organizacja gry obronnej. Legendarny trener Milanu Arrigo Sacchi, „założył się” ze swoimi zawodnikami, że w gierce 5x10, przy czym bramki broniła piątka obrońcą. Atakował zaś prima sort ofensywy ówczesnej Europy m.in. van Basten, Gullit, Rijkaard, Donadoni, Ancelotti. Wydawałoby się, że nawet tacy obrońcy jak Maldini czy Costacurta przeicwko takiej sile nie zdołają uchronić się od utraty bramki. Co jednak wyszło z tej gierki trenigowej? Przez 15 minut ani razu nie udało się trafić rossonerim do bramki. Sacchi chciał pokazać, że nawet mniejsza ilość obrońców, ale zorganizowanych potrafi obronić się przed niezorganizowanymi napastnikami. Jak widać, Blanc nie wyciągnął lekcji z historii. Warto przypominać tę anegdotę piłkarzom i trenerom na całym świecie.

Później zaś Hiszpanie koncentrowali się na utrzymaniu się przy piłce, o czym już wspominałem wcześniej. Zaprezentowali cierpliwą grę, jakby na przekór swojemu przydomkowi (La furia roja). Efekt był w postaci bardzo nudnej, pozbawionej emocji gry. Każdy kibic lubi mecz z dużą ilością bramek, z atakami z jednej i drugiej strony. Przykładem może być mecz Szwecja-Anglia, tzw. mecz bez środka pola. Obie ekipy chciały i musiały wygrać, zdobyć choćby o jedną bramkę więcej niż przeciwnik. Tutaj priorytety były inne. Najważniejszy był awans, a wynik 1:0 to wynik idealny. My strzelamy jedną bramkę, zaś oni muszą się pomęczyć, biegając za piłką.

Alvaro Arbeloa w wywiadzie dla Guardiana, odniósł się do oskarżeń o nudną grę. Rozumie je, szczególnie te pochodzące z Anglii, gdzie futbol rozwinął się w kierunku gry bezpośredniej, bardzo szybkiej. Zupełnie innej od tej prezentowaną przez Hiszpanię. Jednak zaznaczył, że na tym poziomie gra jest inna, trudniejsza. Nie odrobi się straty w najbliższych kolejkach. Każdy błąd może być na wagę odpadnięcia z turnieju. Dodał też, że w telewizji mecz wygląda zupełnie inaczej. Nie widać całego kontekstu gry. Porównał to do oglądania tenisowego bohatera rodem z Hiszpanii – Rafy Nadala. Arbeloa powiedział: „Często oglądając Nadala myślę sobie: „zaatakuj”, „uderz mocniej”. Ale może nie zauważam i nie doceniam rotacji, czy odbicia.” Paralelę do tiki-taki wysnuć można bardzo łatwo.

Najdziwniejszą rzeczą w tym wszystkim jest to, że drużyna, która zdobyła najwięcej bramek, gra bardzo dobrze w defensywie, przeważa w każdym meczu, spotyka się z określeniem „nudna”. Może po prostu Hiszpanie rozpieszczali kibiców i teraz wszyscy oczekują wygranej 3:0 i fajerwerków w polu karnym rywala. W każdym razie ci, którzy narzekają na styl gry Hiszpanów na razie muszą obejść się smakiem, ta drużyna wygrywa, jest skuteczna i czeka w końcu na pogromcę. Osobną kwestią jest to, czy na turnieju takowego znajdzie. Niemcy, Włosi, może już Portugalczycy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz