Gdybym był Maciejem
Iwańskim, najprawdopodobniej ten tekst zaczynałby się od
tłumaczenia hymnu Hiszpanów. Nie jestem cudotwórcą, trudno
przychodzi mi przełożenie na polski tekstu, który nie istnieje,
zacznę więc od przytyku w stronę marnego komentatora. Mam jednak z
nim wspólną cechę – trudno przychodzi nam wymyślenie wstępu do
dłuższej formy wypowiedzi (bo za taką należy uznać relację z
meczu). Nawet teraz pisząc ten tekst, najczęściej używam klawisza
backspace. Mam tylko nadzieję, że nie jestem tu odosobniony.
Kontynuując jednak temat Iwańskiego, dostrzec można jego kolejną,
denerwującą manierę – każdy mecz musi urosnąć do rangi
religijnego przeżycia. Wziął to pewnie od Szpakowskiego, no ale
już mniejsza o to. Wczorajszy mecz Hiszpania – Francja przyniósł
kolejne kwiatki. Każde dotknięcie piłki przez Hiszpanów, czy to
muśnięcie jej przez Iniestę, czy strzał Xabiego Alonso, według
Iwańskiego staje się uchyleniem rąbka nieba. Czasem mam wrażenie,
że gdy przygotowuje się do meczu i szuka informacji w internecie,
przegląda stare mecze, z przyzwyczajenia usuwa historię
przeglądania.
Jest w tym jednak pewien
szerszy kontekst. Wpisywanie się w nurt uwielbienia gry Hiszpanów,
rodzi front zupełnie przeciwny. Liczba ludzi, dla których gra
Hiszpanów jest nudna, stale rośnie i nie jest to już pogląd
niepopularny. Zaś wczorajszy mecz dał doskonały powód na
uzasadnienie tej prawidłowości. Jeśli przyjmiemy, że w piłkę
gra jedna drużyna...
Nie da się ukryć, że
Hiszpania-Francja to mecz z gatunku nudnych. Strzałów celnych było
tyle co kot napłakał, a emocje to towar dość mocno
reglamentowany. Czy jednak była to jedynie kwestia gry Hiszpanii? Po
uzyskaniu prowadzenia w pierwszej połowie, Hiszpanie nie kwapili się
do podwyższenia rezultatu. Utrzymywanie się przy piłce
wykorzystali do gry obronnej. Dani Alves w rozmowie z Sidem Lowe z
Guardiana powiedział: „bronimy się [Barcelona], zapobiegając ich
atakom”. Podobna taktyka została zastosowana przez del Bosque. I
wszyscy wiemy, że nie jest to ewenement. Leo Beenhakker prowadząc
polską reprezentację, wymagał od zawodników prowadzenia gry. „Gdy
my mamy piłkę, nie ma jej przeciwnik. Nie może nam strzelić
bramki” - mawiał. Nawet Mourinho często kazał swoim zawodnikom
utrzymywać się przy piłce przy sprzyjającym rezultacie.
Przeciwnicy szybciej się męczą, próbując odebrać piłkę.
„Widzieliśmy, jak przebierają nogami” - powiedział John Terry,
kapitan Chelsea, po meczu z Liverpoolem, w którym Chelsea trzymała
się piłki dla zasady.
Co więc było przyczyną
nudnego spotkania? Tutaj należy rozwinąć kwestię defensywnej
strategii w przypadku gry z Barceloną lub reprezentacją Hiszpanii.
Drużyny, które postanowiły zagrać przeciwko Blaugranie czy
Hiszpanom ofensywnie, wysoko ustawiając pressing i starając się
atakować w większości przypadków musiały liczyć się z porażką,
a często pogromami. Dlatego ogólna strategia jest przeciwna –
ustawienie linii obrony i pomocy bardzo nisko, niejako zapraszając
przeciwnika na swoją połowę i wykorzystując to do szybkiego
kontrowania. Warto jednak zwrócić uwagę, że skuteczne
wykorzystanie takiej taktyki wymaga sporej koncentracji, cierpliwości
i przede wszystkim – ciężkiej pracy na treningu. Każdy zawodnik
musi zrozumieć, jak powinien poruszać się wobec zachowania
przeciwnika, jak i również w kontekście całej drużyny. Nie jest
to łatwa rzecz, co pokazał właśnie omawiany przeze mnie mecz.
Francuzi przyzwyczajeni do wymiany sporej ilości krótkich podań
(na całym turnieju są drudzy po Hiszpanii – mają średnio 501,
wobec 699 Hiszpanów), nie potrafili odnaleźć się w defensywnej
taktyce.
Ten brak zrozumienia
przyjętej strategii spowodował to, że zawodnicy francuscy czuli
się na boisku zagubieni. Zachowywali się, jakby nie wiedzieli, że
przegrywają, a co więcej – zorientowali się, że trzeba strzelić
bramkę gdzieś w okolicach 70 minuty. Było jednak o wiele za późno.
Dlaczego to właśnie było
przyczyną porażki we wczorajszym spotkaniu i jak to wpłynęło na
przebieg spotkania? Jednym z założeń taktyki „parkowania
autobusu” jest powściągliwość wobec pressingu. Ważniejsze jest
trzymanie się ustawienia, zapobieganie penetrującym podaniom,
zacieśnianie pola gry. Zaistniał więc pewien dysonans pomiędzy
tym, w jakim sposób dotychczas grała drużyna francuska, a tym,
czego wymagał od nich trener Blanc. Nawet wobec faktu utraty bramki,
Francuzi nie potrafili się odnaleźć. Nie wiedzieli, czy trzeba
założyć pressing, do którego miejsca się cofnąć, czy też jak
się ustawić. Yann M'Vila krył Xaviego, natomiast Cabaye i Malouda
nie wiedzieli jak zareagować na włączanie się do gry Xabiego
Alonso. Środek zagęścił fałszywa 9 Cesc Fabregas, wyciągając
jednego ze środkowych obrońców. W ten sposób złamano defensywę
Francuzów, stracili oni ustawienie i padła pierwsza bramka dla
Hiszpanii.
Najistotniejszą kwestią
jest więc organizacja gry obronnej. Legendarny trener Milanu Arrigo
Sacchi, „założył się” ze swoimi zawodnikami, że w gierce
5x10, przy czym bramki broniła piątka obrońcą. Atakował zaś
prima sort ofensywy ówczesnej Europy m.in. van Basten, Gullit,
Rijkaard, Donadoni, Ancelotti. Wydawałoby się, że nawet tacy
obrońcy jak Maldini czy Costacurta przeicwko takiej sile nie zdołają
uchronić się od utraty bramki. Co jednak wyszło z tej gierki
trenigowej? Przez 15 minut ani razu nie udało się trafić
rossonerim do bramki. Sacchi chciał pokazać, że nawet mniejsza
ilość obrońców, ale zorganizowanych potrafi obronić się przed
niezorganizowanymi napastnikami. Jak widać, Blanc nie wyciągnął
lekcji z historii. Warto przypominać tę anegdotę piłkarzom i
trenerom na całym świecie.
Później zaś Hiszpanie
koncentrowali się na utrzymaniu się przy piłce, o czym już
wspominałem wcześniej. Zaprezentowali cierpliwą grę, jakby na
przekór swojemu przydomkowi (La furia roja). Efekt był w
postaci bardzo nudnej, pozbawionej emocji gry. Każdy kibic lubi mecz
z dużą ilością bramek, z atakami z jednej i drugiej strony.
Przykładem może być mecz Szwecja-Anglia, tzw. mecz bez środka
pola. Obie ekipy chciały i musiały wygrać, zdobyć choćby o jedną
bramkę więcej niż przeciwnik. Tutaj priorytety były inne.
Najważniejszy był awans, a wynik 1:0 to wynik idealny. My strzelamy
jedną bramkę, zaś oni muszą się pomęczyć, biegając za piłką.
Alvaro Arbeloa w wywiadzie
dla Guardiana, odniósł się do oskarżeń o nudną grę. Rozumie
je, szczególnie te pochodzące z Anglii, gdzie futbol rozwinął się
w kierunku gry bezpośredniej, bardzo szybkiej. Zupełnie innej od
tej prezentowaną przez Hiszpanię. Jednak zaznaczył, że na tym
poziomie gra jest inna, trudniejsza. Nie odrobi się straty w
najbliższych kolejkach. Każdy błąd może być na wagę
odpadnięcia z turnieju. Dodał też, że w telewizji mecz wygląda
zupełnie inaczej. Nie widać całego kontekstu gry. Porównał to do
oglądania tenisowego bohatera rodem z Hiszpanii – Rafy Nadala.
Arbeloa powiedział: „Często oglądając Nadala myślę sobie:
„zaatakuj”, „uderz mocniej”. Ale może nie zauważam i nie
doceniam rotacji, czy odbicia.” Paralelę do tiki-taki wysnuć
można bardzo łatwo.
Najdziwniejszą rzeczą w
tym wszystkim jest to, że drużyna, która zdobyła najwięcej
bramek, gra bardzo dobrze w defensywie, przeważa w każdym meczu,
spotyka się z określeniem „nudna”. Może po prostu Hiszpanie
rozpieszczali kibiców i teraz wszyscy oczekują wygranej 3:0 i
fajerwerków w polu karnym rywala. W każdym razie ci, którzy
narzekają na styl gry Hiszpanów na razie muszą obejść się
smakiem, ta drużyna wygrywa, jest skuteczna i czeka w końcu na
pogromcę. Osobną kwestią jest to, czy na turnieju takowego
znajdzie. Niemcy, Włosi, może już Portugalczycy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz