Hiszpania czy Niemcy, Niemcy czy
Hiszpania? Przed mistrzostwami taka narracja dominowała w rozmowach
na temat tego, kto odjedzie z Kijowa z najwyższym laurem. Dało się
wyczuć analogię do meczów półfinałowych Ligi Mistrzów. Wielu
ostrzyło sobie zęby na pojedynek Realu z Barceloną, ale sport
pokazał, jak potrafi drwić sobie ze wszystkich przewidywań. Tym
razem jednak bogowie futbolu okazali się bardziej wyrozumiali, choć
udało im pomieszać trochę w składzie meczu finałowego na Euro
2012. Hiszpania – Włochy. Ci pierwsi wiadomo – murowany faworyt.
Drudzy – drużyna rozbita kolejną aferą korupcyjną, przegrana
przed mistrzostwami z Rosją. Raczej kandydat do odpadnięcia z
grupy, niż finalista.
Pierwszy mecz poza tymi dwiema
drużynami pokazał jednak, że Włosi będą mogli na tych
mistrzostwach nieźle namieszać. Taktyczna dyscyplina, a
jednocześnie pewność w operowaniu piłką cechowały Italię w
pierwszym meczu grupowym. Ustawienie 3-5-2, które miało odejść do
lamusa, powróciło może nie w wielkim stylu, ale odzyskało swoje
miejsce w świadomości ludzi futbolu.
Hiszpanie zaskoczyli wtedy grą bez
napastnika, z Cesciem Fabregasem użytym jako fałszywa dziewiątka
(napastnik, który schodzi do strefy pomocy, wyciągając przy okazji
jednego ze środkowych obrońców). To zaś spowodowało rozmycie
ataków Hiszpanów wieloma podaniami. Po meczu narzekano na murawę.
Ta miała być za sucha i nie pozwalała rozwinąć skrzydeł La
furia Roja.
W
każdym razie – rzeczony mecz stał na bardzo wysokim poziomie.
Choć to Hiszpanie mieli większe posiadanie piłki, obie drużyny
starały się wygrać to spotkanie. I obie musiały obejść się
smakiem. Wielu chciało, by to spotkanie jeszcze trwało i trwało.
Sprawa była niedokończona.
I
teraz nadarzyła się okazja, by ją dokończyć.
Włosi
przystępują do tego spotkania uskrzydleni kompletną dominacją w
meczu z Anglikami (co prawda niepotwierdzoną bramkami w
regulaminowym czasie gry) oraz wspaniałym zwycięstwem nad
faworyzowaną ekipą Niemiec. Największe laury zbiera Andrea Pirlo,
magik środka pola, Mistrz Włoch z Juventusem. Dyryguje grą
zespołu, łączy boki boiska, obronę z atakiem. Żeby zdefiniować
jego grę, trzeba wyjść poza określenie regista. To
coś zdecydowanie więcej. Jak spojrzeć na to, gdzie kierował swoje
podania, można by odnieść wrażenie, że ma coś w sobie z Peytona
Manninga. Czasem można mieć też wrażenie, że stojąc na środku
boiska, zaraz zacznie pokazywać palcami numer schematu akcji, niczym
Rajon Rondo.
Włosi
to jednak nie tylko Pirlo. Również dookoła niego znajdują się
jedni z najlepszych. Najbliżej Daniele De Rossi oraz Claudio
Marchisio, środkowi pomocnicy, dla których nie ma znaczenia, w
pobliżu której bramki grają. Muszą i potrafią zarówno wspomóc
drużynę w obronie, jak i stworzyć przewagę w polu karnym rywala.
W tym drugim przoduje Marchisio, kolejny z zawodników Juventusu. Już
wielokrotnie na tych mistrzostwach zdarzyło się, że udało mu się
urwać z piłką, popędzić w kierunku bramki. Zabrakło jednak
wykończenia. W meczu z Niemcami miał szansę podwyższyć wynik i
zapewnić spokój Włochom, jednak nie trafił nawet w bramkę w
wydawałoby się stuprocentowej sytuacji. „Praktycznie nic nie
widziałem, byłem tak zmęczony”. Miejmy nadzieję, że nie będzie
zmęczony w finale, a możemy być pewni, że znowu pokaże klasę.
De
Rossi zaś to piłkarz, który jest przykładem na to, jak zmieniał
się przez ostatnie lata futbol. Z początku Rzymianin był środkowym
pomocnikiem, który włączał się do akcji, strzelał z dystansu,
dobrze podawał. Nihil novi sub solem. Później przyszedł jednak
czas Luciano Spalettiego w Romie, który wpadł na pomysł gry bez
napastnika, co łączy się z jutrzejszym spotkaniem. Postawił na
Francesco Tottiego w roli fałszywej dziewiątki, oraz z czwórką
ofensywnych pomocników, wchodzących zamiast niego w pole karne
rywala. Jednym z nich był właśnie De Rossi. Po odejściu
Spalettiego Daniele wrócił na swoją nominalną pozycję. Przed
poprzednim sezonem do AS Romy zawitał były znakomity piłkarz
Barcelony Luis Enrique. Miał za zadanie zaszczepić na rzymskim
gruncie tiki-takę, styl gry Blaugrany. I znów De Rossi dostał nowe
instrukcje. Z początku miał być defensywnych pomocnikiem
schodzącym do linii obrony. Później zaś jego umiejętności
techniczne zostały wykorzystane właśnie w defensywnej formacji.
Wielu się temu dziwiło, jak taki zawodnik może grać na środku
obrony. Choć Enrique z Romy został zwolniony, to eksperyment został
przeniesiony na płaszczyznę piłki reprezentacyjnej. Z funkcji
libero De Rossi w meczu z Hiszpanami spisał się znakomicie,
niejednokrotnie brał na siebie odpowiedzialność wyprowadzania
piłki do bocznych pomocników. Po spotkaniu dziękował swojemu
byłemu trenerowi. To właśnie dzięki niemu repertuar pozycji, na
których może grać, powiększył się o środek obrony.
To
właśnie środek pola może okazać się kluczowy w tym meczu,
dlatego przejdę już do Hiszpanów. Hiszpański trójkąt w pomocy
na tym turnieju to Xavi-Xabi Alonso-Sergio Busquets. W gruncie rzeczy
ich zadaniem jest utrzymanie się przy piłce i dogranie piłki do
atakujących kolegów w odpowiednim czasie.
Busquets
to przez wielu nielubiany i jednocześnie niedoceniany zawodnik.
Zarzuca się mu (całkiem słusznie!), aktorstwo, chociażby w meczu
z Interem w 2010 roku. Jest to jednak zawodnik bardzo ważny w
kontekście taktyki założonej przez trenerów Barcelony i
reprezentacji Hiszpanii. Często cofa się do linii obrony, by
wzmocnić ją przed ewentualnymi kontrataki, ale również, by
rozegrać tam piłkę, pozwalając kolegom z przodu na lepsze
ustawienie się. To nie jest defensywny pomocnik w stylu Makelele czy
Gravesena. W trakcie meczu wykonuje wiele podań, trzyma całą grę
zespołu.
Kolega
Busquetsa z klubu – Xavi, to człowiek o którym napisano już
wiele. Scharakteryzować go można jego własnymi słowami: „Dostaję
piłkę, podaję, dostaję piłkę, podaję, dostaję piłkę,
podaję”. Ten niemalże hipnotyczny sposób gry budzi podziw w
każdym, kto miał dane zobaczyć jego grę. Przypomina to trochę
Ayrtona Sennę, który przyznał się, że kieruje bolid Formuły 1 w
sposób podświadomy, intuicyjny, zespalając się ze swoim
narzędziem pracy. Wychodząc z tego porównania, można się
zorientować jak wielkie piętno odcisnęła szkółka Barcelony –
La Masia na Xavim. Niemalże redefinicja duszy.
Trzeci
z tercetu środkowych pomocników na co dzień występuje w
największym rywalu Barcelony – Realu Madryt. Choć w trakcie
spotkań pomiędzy tymi drużynami często lecą iskry, nie przenosi
się to na grunt reprezentacji. Z korzyścią dla wszystkich. Xabi
Alonso z kolegami współpracuje z partnerami znakomicie, choć jest
to trochę odmienny zawodnik. Xavi przy zatrudnianiu Guardioli
powiedział: „O Boże, będziemy latać”. I jeśli trzymać się
tego do zawodników Barcelony, to Xabi Alonso jest bardziej
przyziemnym zawodnikiem. Nie stroni od grania długich piłek i
wytężonego biegania w środku pola. Choć jest defensywnym
pomocnikiem, nie jest specjalistą od wślizgów czy brutalnego
przerywania akcji rywala. „Nie wydaje mi się, by wślizg był
dobrym elementem gry. Jeżeli wykonuję wślizg, to znaczy, że źle
się ustawiłem, nie potrafiłem inaczej odebrać piłki” - tak
mówił w wywiadzie dla brytyjskiej prasy.
Zagęszczenie
środka pola może być okazją dla zespołów, by rozwinąć
skrzydła. Szczególnie ataki ze strony bocznych obrońców mogą
przechylić szalę spotkania w którąś stronę. Zarówno Arbeloa,
jak i Jordi Albo, ale również Ignazio Abate et consortes mają to,
czego potrzeba, by udanie włączyć się do akcji zespołu. Trenerzy
na pewno są tego świadomi i będą chcieli zaskoczyć rywala. Może
del Bosque odpuści wystawianie Silvy i wypuści w bój Pedro? Może
Prandelli poprosi swoich napastników by zamiast zakładać pressing
na środkowych obrońcach zajęli się kryciem tych bocznych? W
każdym razie dłubanie w taktyce może przynieść coś
niespodziewanego. Charakter piłki międzynarodowej jest jednak taki,
że dąży się do uproszczenia gry, by piłkarze nie grający ze
sobą codziennie mogli jak najlepiej zrozumieć to, w jaki sposób
poruszać się po boisku względem rywala i partnerów. Zbyt duża
ingerencja w już zaimplementowany system może kończyć się sporym
błędem, co doświadczył Joachim Loew, który bardziej starał się
zniwelować atuty Włochów, niźli skupić się na rozwinięciu
swoich.
W
każdym razie czeka nas naprawdę dobre spotkanie. Można się
spodziewać zarówno gry otwartej, jak i partii szachów, w której
obie drużyny są arcymistrzami. Czy jedno, czy drugie – to będzie
mecz zapamiętany na długo. Czy będzie to triumf tiki-taki, wymiany
podań w nieskończoność, czy ofensywnego stylu gry łączącego
hiszpański sznyt z iście mourinhowską dyscypliną w obronie i
próbami szybkiego przedostania się pod pole karne rywala? Oba style
są miłe dla oka i wygranym na pewno będzie futbol. Po finałach
europejskich pucharów wydawać by się mogło, że czeka nas czas
parkowania autobusów. A może to było tylko oczyszczenie – kubeł
zimnej wody na tych, którzy przekonani byli o wyższości posiadania
piłki dla posiadania piłki, aniżeli robienia z niej użytku? Cóż,
wiele pytań zadałem. Odpowiedzi nie będzie na końcu książki.
Trzeba czekać do 22:45, a może nawet jeszcze później.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz