Musiałem obejrzeć
powtórkę tego spotkania. Gdy skończyłem oglądać na żywo,
miałem poczucie pewnego niedosytu, że coś mogło umknąć. Każdy,
kto widział, co działo się w Kijowie, dobrze rozumiał powagę tej
historycznej chwili. Szukając wzoru najlepszej drużyny, trzeba było
odwołać się do Węgier z 1953 roku, do Brazylii z 1970, do
Holandii Rinusa Michelsa. To były wspaniałe drużyny, mające
doskonałych piłkarzy, nowatorskie w podejściu do taktyki.
Wszystkie nie bały się grać piłką, były cenione za styl gry.
Teraz zaś, po wywalczeniu trzeciego trofeum z rzędu, Hiszpanie
również mogą poczuć się jako ci, którzy teraz tworzą historię.
I od razu prośba do kwejkowo-gimbusiarskiego towarzystwa – nie
zohydźcie tego.
Tak, Włosi mieli pod górkę
z powodu niefortunnego terminarza – 72 godziny odpoczynku mniej od
Hiszpanów. Tak, zejście z boiska Thiago Motty było kolejnym ciosem
dla Italii, kto wie, czy nie tym, który dopełnił dzieła
zniszczenia. To wszystko prawda i kto wie, jak potoczyłoby się to
spotkanie, gdyby Włosi byli w równie dobrej kondycji co Hiszpanie i
gdyby dograli cały mecz w jedenastu. Futbol lubi płatać figle.
No i spłatał i sam autor
dał się nabrać. Po finałach europejskich pucharów wydawało się,
że tiki-taka jest w odwrocie, że to gra z kontry jest przyszłością
futbolu. Jeżeli już – to futbol ofensywny musi być wzbogacony o
element bardziej bezpośredni. Kierunek rozwoju jest jednak odwrotny.
To jeszcze większa wymienność pozycji, płynność w rozgrywaniu
akcji zwyciężyła niedzielnego wieczora. Może to też kwestia
podejścia Włochów, którzy próbując grać ofensywnie robili
miejsce dla prostopadłych podań? Może.
Choć raczej była to
piękna rama dla obrazu tej gry.
Wielu pisało, że
Hiszpanie przechodzą na grę 1-4-6-0, że tak się teraz będzie
grało. Typową rolą dla napastnika będzie fałszywa dziewiątka, o
czym już wcześniej wspominałem. W trakcie finału można było
jednak zauważyć, ze Fabregas stronił od cofania się do linii
pomocy. Jednak trudno było go nazwać napastnikiem. I co teraz?
Gianluca Vialli powiedział
niedawno: „Hiszpanie grają 1-2-8-0. Napastnik to przestrzeń
pomiędzy nimi”. I to się sprawdziło. Każdy z zawodników z
pola, poza Ramosem i Pique, potrafił znaleźć się w pozycji
strzeleckiej, umiał dobrze podać do kolegi z zespołu, również
obsłużyć go prostopadłym podaniem. Włosi nie spodziewali się,
kto może oddać strzał, skąd nadejdzie podanie. Swoboda, z jaką
operowali piłką Hiszpanie, była poziomem nieosiągalnym, dla
obronnych zdolności piłkarzy Squadra Azzurra.
Kiedyś na temat wyższości
krycia 1 na 1 wobec krycia strefowego powiedziano, może z pewną
dozą ironii: „Strefa nigdy nie strzeliła bramki”. Wypada teraz
zweryfikować ten cytat. Tak, Hiszpanie to ekipa, która nie tylko
broni strefą, ale też strefowo atakuje. Nakierowanie piłkarzy na
to, by rozumieli ten system i woleli poświęcić swoje ego dla
drużyny, to zasługa nie tylko Vicente del Bosque, ale przede
wszystkim całego systemu szkolenia w Hiszpanii. Te rezultaty to
konsekwencja systematycznej pracy przez wiele, wiele lat. Co więcej
– przykłady Ikera Muniana, Thiago Alcantary czy Andera Herrery
pokazują, że jest spora szansa na ciągłość sukcesów. Zinedine
Zidane na początku tego stulecia miał powiedzieć: „Gdy Hiszpania
zacznie wygrywać, to już nie przestanie”. Doprawdy, oglądając
niedzielny mecz można było poczuć się jak księżniczka Leia,
która widziała jak Gwiazda Śmierci niszczy planetę Alderaan od
tak.
Nie można jednak zapomnieć
o reprezentacji Włoch. Pamiętajmy, że Włosi przygotowywali się
do mistrzostw w atmosferze kolejnej afery korupcyjnej. Selekcjoner
wspominał, że jeżeli w dobrym tonie będzie wycofanie się z
turnieju, Italia tak właśnie uczyni. Wielu zastanawiało się, jak
uda się Prandelliemu utrzymać dyscyplinę w kadrze, w której gra
Antonio Cassano czy przede wszystkim Mario Balotelli. Ci znani ze
swoich pozaboiskowych wybryków piłkarze, stawiani byli w roli tych,
który poprowadzą Włochy do drugiego z rzędu blamażu w wielkim
turnieju. Czarę goryczy zdawał się przepełniać sparing przed
mistrzostwami z Rosją, wygrany przez Sborną 3:0.
Tego wszystkiego dało się
uniknąć. Italia miała twarz Andrei Pirlo, o którym napisano już
tak wiele, a jednocześnie tak niewiele. Jego styl gry jest tak
wysublimowany, że po prostu nie znaleziono jeszcze słów, by go
określić w pełni.
Włosi grali wyśmienicie,
choć bardzo nieskutecznie. Gdyby Hiszpanie poszli na układ z
Chorwatami – kto inny odebrałby srebrne medale w Kijowie. Faza
pucharowa to był jednak wspaniały koncert gry Włochów. Nawet ci
najbardziej wymagający w kwestii estetyki gry w piłkę nożną
mogli zachwycać się futbolem włoskiej reprezentacji. Pirlo,
Marchisio, Balotelli, de Rossi, Montolivo - to byli zawodnicy na
ustach całej Europy. Można było odnieść wrażenie, że świat
futbolu na ławce Włochów widział nie Cesare Prandellego, tylko
Rafaela lub Michała Anioła.
Przy Hiszpanach sprawiał
jednak wrażenie Igora Mitoraja.
Choć Włosi walczyli, nie
przyjmowali do wiadomości, że przegrywają, starali się naprawiać
błędy. Wszystko na nic. Każdy strzał, dośrodkowanie było łupem
dla Casillasa. Pressing całej drużyny powodował, że nawet Pirlo
miał trudności z rozgrywaniem. Nie, nie było wstydem przegrać z
taką Hiszpanią. Wyczuwali to nawet sami przeciwnicy. Iker Casillas,
gdy jego koledzy ruszali z kolejnym atakiem, powiedział do sędziego
bramkowego, żeby przerwać spotkanie, bo Włosi nie zasługują na
taką porażkę. „Trochę szacunku, panie sędzio!”
Warto zatrzymać się przy
kwestii Casillasa. Dobrze przypomniał wszystkim, że przy opisywaniu
liczbami ustawienia, nie można zapominać o jedynce z przodu. Może
ci w polu strzelają gole i blokują przeciwnikowi dostęp do
własnej, ale to bramkarz jest tym, którego pewność jest klejem,
trzymającym całą drużynę. Piłkarze wiedząc, że za plecami
mają specjalistę od bronienia, mogą pozwolić sobie na większą
swobodę z przodu. Niby to truizm, ale warto to sobie czasem
przypominać.
I co teraz? Czy ten wynik
będzie miał wpływ na najbliższy sezon w piłce klubowej?
Scenariuszem, który dopełniałby całości, byłby finał Ligi
Mistrzów Real-Barcelona i powtórka z tegorocznego finału Ligi
Europejskiej.
Będzie to jednak dodatkowa
motywacja dla drużyn z innych krajów. Każdy liczący się klub
będzie chciał pokonać Hiszpanów. Czy to Juventus, czy United,
City lub Chelsea. Każda ekipa wzmacnia się, wiedząc, że o
najwyższe laury będą bili się z najlepszymi. Trenerzy już dłubią
w taktyce, szukając słabych punktów rywali z półwyspu
Iberyjskiego. Wymyślają nowe ćwiczenia, które mogłyby jeszcze
lepiej eksponować silne strony swoich zawodników. Cóż, wygląda
na to, że sezon będzie bardzo wyczerpujący. Kto pierwszy się
przestraszy – przegra.
Oj, czeka nas bardzo
emocjonujący sezon. Już nie mogę się doczekać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz