wtorek, 3 lipca 2012

The future is strikerless



Musiałem obejrzeć powtórkę tego spotkania. Gdy skończyłem oglądać na żywo, miałem poczucie pewnego niedosytu, że coś mogło umknąć. Każdy, kto widział, co działo się w Kijowie, dobrze rozumiał powagę tej historycznej chwili. Szukając wzoru najlepszej drużyny, trzeba było odwołać się do Węgier z 1953 roku, do Brazylii z 1970, do Holandii Rinusa Michelsa. To były wspaniałe drużyny, mające doskonałych piłkarzy, nowatorskie w podejściu do taktyki. Wszystkie nie bały się grać piłką, były cenione za styl gry. Teraz zaś, po wywalczeniu trzeciego trofeum z rzędu, Hiszpanie również mogą poczuć się jako ci, którzy teraz tworzą historię. I od razu prośba do kwejkowo-gimbusiarskiego towarzystwa – nie zohydźcie tego.

Tak, Włosi mieli pod górkę z powodu niefortunnego terminarza – 72 godziny odpoczynku mniej od Hiszpanów. Tak, zejście z boiska Thiago Motty było kolejnym ciosem dla Italii, kto wie, czy nie tym, który dopełnił dzieła zniszczenia. To wszystko prawda i kto wie, jak potoczyłoby się to spotkanie, gdyby Włosi byli w równie dobrej kondycji co Hiszpanie i gdyby dograli cały mecz w jedenastu. Futbol lubi płatać figle.

No i spłatał i sam autor dał się nabrać. Po finałach europejskich pucharów wydawało się, że tiki-taka jest w odwrocie, że to gra z kontry jest przyszłością futbolu. Jeżeli już – to futbol ofensywny musi być wzbogacony o element bardziej bezpośredni. Kierunek rozwoju jest jednak odwrotny. To jeszcze większa wymienność pozycji, płynność w rozgrywaniu akcji zwyciężyła niedzielnego wieczora. Może to też kwestia podejścia Włochów, którzy próbując grać ofensywnie robili miejsce dla prostopadłych podań? Może.

Choć raczej była to piękna rama dla obrazu tej gry.

Wielu pisało, że Hiszpanie przechodzą na grę 1-4-6-0, że tak się teraz będzie grało. Typową rolą dla napastnika będzie fałszywa dziewiątka, o czym już wcześniej wspominałem. W trakcie finału można było jednak zauważyć, ze Fabregas stronił od cofania się do linii pomocy. Jednak trudno było go nazwać napastnikiem. I co teraz?

Gianluca Vialli powiedział niedawno: „Hiszpanie grają 1-2-8-0. Napastnik to przestrzeń pomiędzy nimi”. I to się sprawdziło. Każdy z zawodników z pola, poza Ramosem i Pique, potrafił znaleźć się w pozycji strzeleckiej, umiał dobrze podać do kolegi z zespołu, również obsłużyć go prostopadłym podaniem. Włosi nie spodziewali się, kto może oddać strzał, skąd nadejdzie podanie. Swoboda, z jaką operowali piłką Hiszpanie, była poziomem nieosiągalnym, dla obronnych zdolności piłkarzy Squadra Azzurra.

Kiedyś na temat wyższości krycia 1 na 1 wobec krycia strefowego powiedziano, może z pewną dozą ironii: „Strefa nigdy nie strzeliła bramki”. Wypada teraz zweryfikować ten cytat. Tak, Hiszpanie to ekipa, która nie tylko broni strefą, ale też strefowo atakuje. Nakierowanie piłkarzy na to, by rozumieli ten system i woleli poświęcić swoje ego dla drużyny, to zasługa nie tylko Vicente del Bosque, ale przede wszystkim całego systemu szkolenia w Hiszpanii. Te rezultaty to konsekwencja systematycznej pracy przez wiele, wiele lat. Co więcej – przykłady Ikera Muniana, Thiago Alcantary czy Andera Herrery pokazują, że jest spora szansa na ciągłość sukcesów. Zinedine Zidane na początku tego stulecia miał powiedzieć: „Gdy Hiszpania zacznie wygrywać, to już nie przestanie”. Doprawdy, oglądając niedzielny mecz można było poczuć się jak księżniczka Leia, która widziała jak Gwiazda Śmierci niszczy planetę Alderaan od tak.

Nie można jednak zapomnieć o reprezentacji Włoch. Pamiętajmy, że Włosi przygotowywali się do mistrzostw w atmosferze kolejnej afery korupcyjnej. Selekcjoner wspominał, że jeżeli w dobrym tonie będzie wycofanie się z turnieju, Italia tak właśnie uczyni. Wielu zastanawiało się, jak uda się Prandelliemu utrzymać dyscyplinę w kadrze, w której gra Antonio Cassano czy przede wszystkim Mario Balotelli. Ci znani ze swoich pozaboiskowych wybryków piłkarze, stawiani byli w roli tych, który poprowadzą Włochy do drugiego z rzędu blamażu w wielkim turnieju. Czarę goryczy zdawał się przepełniać sparing przed mistrzostwami z Rosją, wygrany przez Sborną 3:0.

Tego wszystkiego dało się uniknąć. Italia miała twarz Andrei Pirlo, o którym napisano już tak wiele, a jednocześnie tak niewiele. Jego styl gry jest tak wysublimowany, że po prostu nie znaleziono jeszcze słów, by go określić w pełni.
Włosi grali wyśmienicie, choć bardzo nieskutecznie. Gdyby Hiszpanie poszli na układ z Chorwatami – kto inny odebrałby srebrne medale w Kijowie. Faza pucharowa to był jednak wspaniały koncert gry Włochów. Nawet ci najbardziej wymagający w kwestii estetyki gry w piłkę nożną mogli zachwycać się futbolem włoskiej reprezentacji. Pirlo, Marchisio, Balotelli, de Rossi, Montolivo - to byli zawodnicy na ustach całej Europy. Można było odnieść wrażenie, że świat futbolu na ławce Włochów widział nie Cesare Prandellego, tylko Rafaela lub Michała Anioła.

Przy Hiszpanach sprawiał jednak wrażenie Igora Mitoraja.

Choć Włosi walczyli, nie przyjmowali do wiadomości, że przegrywają, starali się naprawiać błędy. Wszystko na nic. Każdy strzał, dośrodkowanie było łupem dla Casillasa. Pressing całej drużyny powodował, że nawet Pirlo miał trudności z rozgrywaniem. Nie, nie było wstydem przegrać z taką Hiszpanią. Wyczuwali to nawet sami przeciwnicy. Iker Casillas, gdy jego koledzy ruszali z kolejnym atakiem, powiedział do sędziego bramkowego, żeby przerwać spotkanie, bo Włosi nie zasługują na taką porażkę. „Trochę szacunku, panie sędzio!”

Warto zatrzymać się przy kwestii Casillasa. Dobrze przypomniał wszystkim, że przy opisywaniu liczbami ustawienia, nie można zapominać o jedynce z przodu. Może ci w polu strzelają gole i blokują przeciwnikowi dostęp do własnej, ale to bramkarz jest tym, którego pewność jest klejem, trzymającym całą drużynę. Piłkarze wiedząc, że za plecami mają specjalistę od bronienia, mogą pozwolić sobie na większą swobodę z przodu. Niby to truizm, ale warto to sobie czasem przypominać.

I co teraz? Czy ten wynik będzie miał wpływ na najbliższy sezon w piłce klubowej? Scenariuszem, który dopełniałby całości, byłby finał Ligi Mistrzów Real-Barcelona i powtórka z tegorocznego finału Ligi Europejskiej.

Będzie to jednak dodatkowa motywacja dla drużyn z innych krajów. Każdy liczący się klub będzie chciał pokonać Hiszpanów. Czy to Juventus, czy United, City lub Chelsea. Każda ekipa wzmacnia się, wiedząc, że o najwyższe laury będą bili się z najlepszymi. Trenerzy już dłubią w taktyce, szukając słabych punktów rywali z półwyspu Iberyjskiego. Wymyślają nowe ćwiczenia, które mogłyby jeszcze lepiej eksponować silne strony swoich zawodników. Cóż, wygląda na to, że sezon będzie bardzo wyczerpujący. Kto pierwszy się przestraszy – przegra.

Oj, czeka nas bardzo emocjonujący sezon. Już nie mogę się doczekać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz