Choć Euro się skończyło,
to futbolowy świat nie śpi. O tym, że do podpisania
kontraktu pomiędzy stronami jest już blisko, wspominało się od
jakiegoś tygodnia, to dopiero wczoraj oficjalnie Spurs podali, że w
najbliższym sezonie ich trenerem będzie Andre Villas-Boas. Od
wspaniałego sezonu z Porto minął już rok, to reputacja
Portugalczyka jest zgoła inna niż w czasie, gdy przychodził do
Chelsea.
Przypomnijmy: Villas-Boas w
pierwszym i swoim jedynym sezonie w Porto zdobył wszystko, co było
do zdobycia: Superpuchar Portugalii, Mistrzostwo, Puchar Portugalii
oraz Ligę Europejską. Co więcej, w lidze był niepokonany i dodatkowo w
porywającym stylu, nie przegrywając ani jednego
spotkania. Szybko został zauważony przez większe kluby, między
innymi Bayern oraz Inter, ale to Chelsea Romana Abramowicza złożyła
najlepszą ofertę. Z pewnością wpływ na podjęcie decyzji miał
fakt, że za czasów Jose Mourinho, Villas-Boas był jego asystentem
od rozpracowania przeciwnika.
Mówiło się jednak o tym,
że biorąc pod uwagę szatnię, która znała go, gdy był jeszcze
młodym skautem, jego kadencja w Chelsea może być drogą przez
ciernie. Był młodszy niż kilku zawodników, przez co mógłby mieć
problemy z utrzymaniem odpowiedniego respektu wobec siebie.
Villas-Boas byłby głupi,
nie wiedząc o tym. Musiał mieć zapewnienie Abramowicza, że ten
będzie go wspierał w misji zrobienia z Chelsea drużyny grającej
ofensywnie, pełnej młodych, energicznych piłkarzy. Czując
początkowe wsparcie właściciela klubu, Villas-Boas przystąpił do
pracy.
Zaczął z wysokiego C.
Wygrał 3 z 4 pierwszych spotkań, dominując przeciwnika w każdym
meczu. Później jednak, gdy zaczęły się spotkania z trudniejszym
rywalami, okazało się, że nie wszyscy zawodnicy nadają się do
utrzymania wysokiej linii obrony, nie czują się dobrze w ofensywnym
stylu gry.
Problemy zaczęły się
nawarstwiać. Villas-Boas mówił starszym piłkarzom, że nie będą
kluczowymi postaciami. Jego podpowiedzi, raporty dotyczące
przeciwnika, nie spotykały się ze zrozumieniem zawodników Chelsea.
„Nie podoba mi się to, że Villas-Boas mówi, jak mam grać” -
mówił Ashley Cole. Jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało,
piłkarzom nie podobało się, że AVB ma swoją wizję futbolu.
Chciał iść co prawda na
kompromisy, pozwalając przeciwnikowi na posiadanie piłki, obniżył
linię obrony, ale można było wyczuć, że Portugalczyk długo na
Stamford Bridge nie popracuje. Na konferencjach prasowych niemalże
błagał o wsparcie właściciela w tych trudnych momentach. Nie
poskutkowało. Po porażkach z Napoli w 1/8 finału Ligi Mistrzów i
West Bromwich w lidze, Villas-Boas został zwolniony z Chelsea.
Alan Pardew, trener
Newcastle powiedział wtedy: „Straciliśmy bardzo utalentowanego
trenera. Przejął klub w trakcie przemian, z wieloma starszymi
piłkarzami w szatni. Miał bardzo trudne zadanie. Mam nadzieję, że
przyjdzie taki dzień, że niektórzy z tych zawodników przeproszą
kiedyś Andre. Powinni, bo ten na takie traktowanie sobie nie
zasłużył.”
Później pojawiły się
informacje, że Villas-Boas był tak zestresowany pracą w Chelsea,
że bał się wracać do żony i spał na leżaku w centrum
treningowym. Zamiast budzić się koło małżonki, przeglądał
statystyki.
Jego asystent Roberto di
Matteo, przejął jego obowiązki w Chelsea. Ustawił drużynę tak,
jak ta chciała grać. Nisko ustawiona obrona, ataki z kontry. Taki
sposób gry najlepiej rozumieli piłkarze. Przynajmniej ci, którzy
pamiętają Jose Mourinho. Taka taktyka przyniosła lepsze wyniki,
niż można było się spodziewać. Co prawda w lidze Chelsea radziła
sobie nie najlepiej, zdobyła Ligę Mistrzów oraz Puchar Anglii. To
pierwsze trofeum wygrała w stylu greckim, przede wszystkim nie
dopuszczając rywali (m.in. Barcelonę i Bayern) do własnej bramki,
aniżeli starając się strzelić przeciwnikowi.
Patrząc właśnie na
trofea zdobyte przez di Matteo, wydaje się, że Villas-Boas był
bardzo słabym trenerem, który nie poradził sobie ze wspaniałymi
zawodnikami. Owszem, sukcesy w tak krótkim czasie mogą robić
wrażenie, ale nie zapominajmy, że Portugalczyk do Chelsea przyszedł
nie po to, by ta w krótkoterminowej perspektywie zdobywała trofea,
tylko miał zmienić styl gry na średni lub długi termin. Bez
wsparcia właściciela nie udało się tego zrobić.
Teraz Villas Boas ma
przeprowadzić podobny proces w Tottenhamie.
„Tottenham to wspaniały
klub, z wielką tradycją i fantastycznym wsparciem ze strony
kibiców, zarówno u siebie, jak i na całym świecie. Czuję się
zaszczycony, mogąc tutaj pracować. Dla mnie to jedno z
najciekawszych miejsc pracy w Premier League” - powiedział
Villas-Boas zaraz po tym, gdy oficjalnie potwierdzono podpisanie
przez niego kontraktu z nowym klubem. Później dodał, że dzieli z
zarządem i właścicielem pewną wizję rozwoju tego klubu, a co
więcej – każdy trener chciałby pracować z taką grupą
piłkarzy. Na pewno jest w tym sporo dyplomacji i słodzenia, ale można wyczuć, że obie strony są bardzo zadowolone
z tego, co ustalono między nimi.
Villas-Boas musiał jednak
przyznać się do tego, że w trakcie swojej pracy w Chelsea popełnił
błędy. Że nie wszystko wyszło tak, jak powinno, nawet abstrahując
od wyników. Jego polityka postępowania z zawodnikami nie była
najlepsza. Co by nie mówić, szatnia po prostu mu uciekła.
Daniel Levy jest jednak przekonany, że przez te cztery miesiące bez
pracy, Portugalczyk zrozumiał, na czym polegały błędy w trakcie
pobytu w zachodnim Londynie.
Wychodząc z takiego
założenia, można się zorientować, że Villas-Boas ma coś do
udowodnienia. Praca w Spurs to spore wyzwanie, walka z Chelsea,
duetem z Manchesteru czy rywalem z północnej części Londynu –
Arsenalem - na pewno nie będzie należeć do najłatwiejszych. I z
tego właśnie powodu jest to też dobra okazja, by pokazać swoją
wartość.
Wydaje się też, że
implementacja stylu gry preferowanego przez AVB może być łatwiejsza
na White Hart Lane, aniżeli w Chelsea. W Tottenhamie nie ma tak
silnych charakterów, jak w The Blues, a co więcej – jest to
zdecydowanie bardziej młodszy skład, a przez to bardziej głodny
sukcesów. I jeśli potwierdzą się doniesienia medialne, czy to, co
Levy mówił między słowami – solidnie wzmocniony. Dzisiaj
potwierdzony został transfer Gylfi Sigurdssona z Hoffenheim, który
wybrał Londyn, zamiast Liverpool, gdzie dołączyłby do swojego
trenera z czasów wypożyczenia do Swansea – Brendana Rodgersa. Z
wypożyczenia z Walii wraca natomiast utalentowany zawodnik
olimpijskiej reprezentacji Wielkiej Brytanii - Steven Caulker. Pod
okiem Rodgersa młody Anglik rozwijał się w filozofii gry podobnej
do tej reprezentowanej przez Andre Villasa-Boasa. Takie doświadczenia
mogą zaprocentować w tym sezonie.
Z plotek transferowych mówi
się najczęściej o byłym podopiecznym Portugalczyka z Porto –
Joao Moutinho. Ten sprytny rozgrywający mógłby zastąpić
odchodzącego Lukę Modrica i wydaje się, że z bardzo dobrym
skutkiem. Moutinho ciepło wypowiadał się o swoim byłym trenerze i
bardzo chętnie dołączyłby do niego w Tottenhamie.
W kontekście przejścia do
Spurs często wspomina się też o Ałanie Dżagojewie, Hugo Llorisie
czy duecie z brazylijskiego Internacional – rozgrywającego Oscara
i napastnika Leandro Damiao. Na ile to plotki podsycane przez
agentów, a na ile to prawdziwe informacje – czas pokaże. Słysząc
te nazwiska, kibice Tottenhamu, a nawet całej ligi angielskiej mogą
zacierać ręce. Jeśli Villasowi-Boasowi uda się zjednoczyć
szatnie i zaangażować ich w grę w określony sposób – może to
przynieść sukces.
Istnieją przesłanki by
sądzić, że plan może wypalić. Glenn Hoddle (były zawodnik i
trener Tottenhamu) jest sceptyczny, biorąc pod uwagę pracę
Portugalczyka w Chelsea. Myślę jednak, że na pewno on i wszyscy
kibice Spurs chcieliby, żeby się mylił. Wypada tego życzyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz