środa, 4 lipca 2012

Andre Villas-Boas w Tottenhamie




Choć Euro się skończyło, to futbolowy świat nie śpi. O tym, że do podpisania kontraktu pomiędzy stronami jest już blisko, wspominało się od jakiegoś tygodnia, to dopiero wczoraj oficjalnie Spurs podali, że w najbliższym sezonie ich trenerem będzie Andre Villas-Boas. Od wspaniałego sezonu z Porto minął już rok, to reputacja Portugalczyka jest zgoła inna niż w czasie, gdy przychodził do Chelsea.

Przypomnijmy: Villas-Boas w pierwszym i swoim jedynym sezonie w Porto zdobył wszystko, co było do zdobycia: Superpuchar Portugalii, Mistrzostwo, Puchar Portugalii oraz Ligę Europejską. Co więcej, w lidze był niepokonany i dodatkowo w porywającym stylu, nie przegrywając ani jednego spotkania. Szybko został zauważony przez większe kluby, między innymi Bayern oraz Inter, ale to Chelsea Romana Abramowicza złożyła najlepszą ofertę. Z pewnością wpływ na podjęcie decyzji miał fakt, że za czasów Jose Mourinho, Villas-Boas był jego asystentem od rozpracowania przeciwnika.

Mówiło się jednak o tym, że biorąc pod uwagę szatnię, która znała go, gdy był jeszcze młodym skautem, jego kadencja w Chelsea może być drogą przez ciernie. Był młodszy niż kilku zawodników, przez co mógłby mieć problemy z utrzymaniem odpowiedniego respektu wobec siebie.

Villas-Boas byłby głupi, nie wiedząc o tym. Musiał mieć zapewnienie Abramowicza, że ten będzie go wspierał w misji zrobienia z Chelsea drużyny grającej ofensywnie, pełnej młodych, energicznych piłkarzy. Czując początkowe wsparcie właściciela klubu, Villas-Boas przystąpił do pracy.

Zaczął z wysokiego C. Wygrał 3 z 4 pierwszych spotkań, dominując przeciwnika w każdym meczu. Później jednak, gdy zaczęły się spotkania z trudniejszym rywalami, okazało się, że nie wszyscy zawodnicy nadają się do utrzymania wysokiej linii obrony, nie czują się dobrze w ofensywnym stylu gry.

Problemy zaczęły się nawarstwiać. Villas-Boas mówił starszym piłkarzom, że nie będą kluczowymi postaciami. Jego podpowiedzi, raporty dotyczące przeciwnika, nie spotykały się ze zrozumieniem zawodników Chelsea. „Nie podoba mi się to, że Villas-Boas mówi, jak mam grać” - mówił Ashley Cole. Jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało, piłkarzom nie podobało się, że AVB ma swoją wizję futbolu.

Chciał iść co prawda na kompromisy, pozwalając przeciwnikowi na posiadanie piłki, obniżył linię obrony, ale można było wyczuć, że Portugalczyk długo na Stamford Bridge nie popracuje. Na konferencjach prasowych niemalże błagał o wsparcie właściciela w tych trudnych momentach. Nie poskutkowało. Po porażkach z Napoli w 1/8 finału Ligi Mistrzów i West Bromwich w lidze, Villas-Boas został zwolniony z Chelsea.

Alan Pardew, trener Newcastle powiedział wtedy: „Straciliśmy bardzo utalentowanego trenera. Przejął klub w trakcie przemian, z wieloma starszymi piłkarzami w szatni. Miał bardzo trudne zadanie. Mam nadzieję, że przyjdzie taki dzień, że niektórzy z tych zawodników przeproszą kiedyś Andre. Powinni, bo ten na takie traktowanie sobie nie zasłużył.”

Później pojawiły się informacje, że Villas-Boas był tak zestresowany pracą w Chelsea, że bał się wracać do żony i spał na leżaku w centrum treningowym. Zamiast budzić się koło małżonki, przeglądał statystyki.

Jego asystent Roberto di Matteo, przejął jego obowiązki w Chelsea. Ustawił drużynę tak, jak ta chciała grać. Nisko ustawiona obrona, ataki z kontry. Taki sposób gry najlepiej rozumieli piłkarze. Przynajmniej ci, którzy pamiętają Jose Mourinho. Taka taktyka przyniosła lepsze wyniki, niż można było się spodziewać. Co prawda w lidze Chelsea radziła sobie nie najlepiej, zdobyła Ligę Mistrzów oraz Puchar Anglii. To pierwsze trofeum wygrała w stylu greckim, przede wszystkim nie dopuszczając rywali (m.in. Barcelonę i Bayern) do własnej bramki, aniżeli starając się strzelić przeciwnikowi.

Patrząc właśnie na trofea zdobyte przez di Matteo, wydaje się, że Villas-Boas był bardzo słabym trenerem, który nie poradził sobie ze wspaniałymi zawodnikami. Owszem, sukcesy w tak krótkim czasie mogą robić wrażenie, ale nie zapominajmy, że Portugalczyk do Chelsea przyszedł nie po to, by ta w krótkoterminowej perspektywie zdobywała trofea, tylko miał zmienić styl gry na średni lub długi termin. Bez wsparcia właściciela nie udało się tego zrobić.

Teraz Villas Boas ma przeprowadzić podobny proces w Tottenhamie.

„Tottenham to wspaniały klub, z wielką tradycją i fantastycznym wsparciem ze strony kibiców, zarówno u siebie, jak i na całym świecie. Czuję się zaszczycony, mogąc tutaj pracować. Dla mnie to jedno z najciekawszych miejsc pracy w Premier League” - powiedział Villas-Boas zaraz po tym, gdy oficjalnie potwierdzono podpisanie przez niego kontraktu z nowym klubem. Później dodał, że dzieli z zarządem i właścicielem pewną wizję rozwoju tego klubu, a co więcej – każdy trener chciałby pracować z taką grupą piłkarzy. Na pewno jest w tym sporo dyplomacji i słodzenia, ale można wyczuć, że obie strony są bardzo zadowolone z tego, co ustalono między nimi.

Villas-Boas musiał jednak przyznać się do tego, że w trakcie swojej pracy w Chelsea popełnił błędy. Że nie wszystko wyszło tak, jak powinno, nawet abstrahując od wyników. Jego polityka postępowania z zawodnikami nie była najlepsza. Co by nie mówić, szatnia po prostu mu uciekła. Daniel Levy jest jednak przekonany, że przez te cztery miesiące bez pracy, Portugalczyk zrozumiał, na czym polegały błędy w trakcie pobytu w zachodnim Londynie.

Wychodząc z takiego założenia, można się zorientować, że Villas-Boas ma coś do udowodnienia. Praca w Spurs to spore wyzwanie, walka z Chelsea, duetem z Manchesteru czy rywalem z północnej części Londynu – Arsenalem - na pewno nie będzie należeć do najłatwiejszych. I z tego właśnie powodu jest to też dobra okazja, by pokazać swoją wartość.

Wydaje się też, że implementacja stylu gry preferowanego przez AVB może być łatwiejsza na White Hart Lane, aniżeli w Chelsea. W Tottenhamie nie ma tak silnych charakterów, jak w The Blues, a co więcej – jest to zdecydowanie bardziej młodszy skład, a przez to bardziej głodny sukcesów. I jeśli potwierdzą się doniesienia medialne, czy to, co Levy mówił między słowami – solidnie wzmocniony. Dzisiaj potwierdzony został transfer Gylfi Sigurdssona z Hoffenheim, który wybrał Londyn, zamiast Liverpool, gdzie dołączyłby do swojego trenera z czasów wypożyczenia do Swansea – Brendana Rodgersa. Z wypożyczenia z Walii wraca natomiast utalentowany zawodnik olimpijskiej reprezentacji Wielkiej Brytanii - Steven Caulker. Pod okiem Rodgersa młody Anglik rozwijał się w filozofii gry podobnej do tej reprezentowanej przez Andre Villasa-Boasa. Takie doświadczenia mogą zaprocentować w tym sezonie.

Z plotek transferowych mówi się najczęściej o byłym podopiecznym Portugalczyka z Porto – Joao Moutinho. Ten sprytny rozgrywający mógłby zastąpić odchodzącego Lukę Modrica i wydaje się, że z bardzo dobrym skutkiem. Moutinho ciepło wypowiadał się o swoim byłym trenerze i bardzo chętnie dołączyłby do niego w Tottenhamie.
W kontekście przejścia do Spurs często wspomina się też o Ałanie Dżagojewie, Hugo Llorisie czy duecie z brazylijskiego Internacional – rozgrywającego Oscara i napastnika Leandro Damiao. Na ile to plotki podsycane przez agentów, a na ile to prawdziwe informacje – czas pokaże. Słysząc te nazwiska, kibice Tottenhamu, a nawet całej ligi angielskiej mogą zacierać ręce. Jeśli Villasowi-Boasowi uda się zjednoczyć szatnie i zaangażować ich w grę w określony sposób – może to przynieść sukces.

Istnieją przesłanki by sądzić, że plan może wypalić. Glenn Hoddle (były zawodnik i trener Tottenhamu) jest sceptyczny, biorąc pod uwagę pracę Portugalczyka w Chelsea. Myślę jednak, że na pewno on i wszyscy kibice Spurs chcieliby, żeby się mylił. Wypada tego życzyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz