Wczoraj oprócz tego, że
polski futbol był najsilniejszy, gdy istniał mecenat państwowy,
były lewe etaty w górnictwie, a w rolnictwie rządziły PGR-y,
dowiedzieliśmy się, ze nowym selekcjonerem będzie Waldemar
Fornalik. Wczorajsza konferencja PZPN miała być poświęcona
właśnie byłemu już trenerowi Ruchu Chorzów, ale z racji tego, że
dowiedział się on o swojej nowej pracy z telewizji, szefostwo PZPN
postanowiło zrobić show w swoim stylu.
Za kilka tygodni pierwsze
po Euro mecze polskiej reprezentacji i do tego czasu powinien być
„klepnięty sztab”, jak to subtelnie wyraził Grzegorz Lato.
Oprócz tego były również postkomunistyczne tyrady Antoniego
Piechniczka, który sprawiał wrażenie, jakby właśnie wyszedł z
hibernacji. Trudno o lepszy przykład, dlaczego zarząd PZPN nazywany
jest „leśnymi dziadkami”. Nawet młody człowiek oglądający
wczorajszą konferencję dostrzegał paralelę pomiędzy
Piechniczkiem i Lato, a zjazdami PZPR. Podobne gąbczaste oblicza i
podobny poziom oderwania od rzeczywistości. Był jednak pewien
dysonans – czy należy się śmiać, czy płakać.
W tym wszystkim nastąpiło
odejście od meritum, kwestii nowego szkoleniowca. Dwie godziny
później Fornalik miał swoją konferencję. Jak ktoś słusznie
zauważył, trzeba przyzwyczaić się do selekcjonera, który mówi
płynnie po polsku (sic!), do tego powściągliwie wypowiadający się
na temat tego, jak będzie wyglądać jego praca. Niczego nie
obiecuje, nie chce narażać się na niekonsekwencję lub
ograniczanie się na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Brawo, na
przemyślenia i ułożenie sobie w głowie planu działanie będzie
jeszcze czas.
Guus Hiddink w rozmowie z
magazynem Blizzard powiedział, że w praca w klubie daje możliwość
bezpośredniego wpływu na piłkarzy każdego dnia. Co więcej, nie
tylko na piłkarzy, ale na sposób funkcjonowania klubu, na skautów
i cały personel. Inaczej rzecz ma się z selekcjonerem
reprezentacji. Są dni, gdy trzeba pracować bardzo intensywnie,
kiedy są mecze, jednak są również dni, gdy nic się nie dzieje i
wpływ na piłkarzy jest znikomy. Holenderski trener skonkludował
swoją odpowiedź, mówiąc, że praca w klubie to jednak większe
wyzwanie niż ta z reprezentacją.
W Ruchu Chorzów Fornalik
wyzwanie miał o tyle spore, że pieniądze, jakimi mógł operować,
nie pozwalały na zbyt wiele. Szukał zawodników darmowych, starał
się korzystać również z młodszych zawodników. Polski
odpowiednik Oakland A's? Być może, efekt w każdym razie był
podobny. Drużyna, która miała raczej walczyć o utrzymanie i o
pieniądze z transmiji, rokrocznie starała się uzyskiwać jak
najlepsze wyniki. Dwukrotnie w przeciągu trzech lat awansowała do
pucharów, a w minionym sezonie byli bardzo blisko zdobycia
Mistrzostwa Polski. Nie dla Fornalika była gra z kontry, szukanie
stałych fragmentów gry. Udało się znaleźć odpowiedni balans
pomiędzy grą ofensywną, a stabilnością w obronie. Ruch próbował
grać piłką, często wykorzystując umiejętności techniczne
zawodników z przodu do gry z klepki i szybkiego przemieszczania się
pod pole karne rywala.
Wydaje się, że
przeniesienie takiego sposobu gry na lepszych piłkarzy,
reprezentantów kraju powinno zadziałać. Czy można już szukać
hoteli w Brazylii? Nie tak szybko.
Pozostaje kwestia tego, jak
zawodnicy grający na co dzień w zachodnich klubach, spotykając się
z trenerami o sporej wiedzy taktycznej, zareagują na metody
Waldemara Fornalika. Wielu zarzuca mu, że jest przedstawicielem
polskiej myśli szkoleniowej, w której trudno odnaleźć
wysublimowane nowinki taktyczne czy te związane z treningiem Że
nigdy nie prowadził zespołu walczącego o najwyższe cele i pod
presją. Krótko mówiąc – jest za cienki w uszach, by prowadzić
reprezentację.
Paradoksalnie, brak presji
w Ruchu Chorzów był sporym fundamentem do tego, by rozwijać własną
filozofię gry. Polscy trenerzy wiedzą, że przepracują przy
dobrych wiatrach kilka miesięcy i nastawiają się raczej na
pragmatyczne rozwiązania, nie próbując się rozwijać wraz z
upływem czasu. Fornalik mógł natomiast lepić sobie drużynę
wedle własnego uznania, co prawda w ramach dość skąpego budżetu,
co jednak nic nie zmienia. W kontekście budowania zespołu w oparciu
o własne pomysłu to czas jest najważniejszy. Musi go trochę
minąć, by piłkarze jak najlepiej zrozumieli to, czego wymaga od
nich trener. Warto tu przytoczyć pewną anegdotę związaną z
Chelsea Londyn. Roman Abramowicz zaprosił kiedyś do klubu Txiki
Begiristaina. Wizyta nie miała być tylko kurtuazyjna. Rosjanin
zafascynowany grą Barcelony i tym, w jaki sposób pracuje się tam z
młodzieżą, zapytał, czego trzeba, by zbudować to samo w
zachodnim Londynie. Już był przygotowany, by wyciągnąć
książeczkę czekową, gdy usłyszał odpowiedz: „10 lat”. Tyle,
to on akurat nie ma.
Wrócę jeszcze do jednej
kwestii. Fornalik prowadząc jedynie polskie kluby i to bez
nieustannej presji rzekomo ma nie mieć takiej siły przebicia, by
dotrzeć do zawodników grających w Borussii czy Arsenalu, czy nawet
średniakach europejskich. Kamil Grosicki powiedział kiedyś, że
dobrze rozumie się na boisku z Rafałem Wolskim, bo to dobry
zawodnik, a „dobrzy zawodnicy zawsze się dogadują”. Odstawiając
na bok kwestię skromności Grosickiego, podobny wniosek można
wysnuć w relacjach trener-zawodnik. Jasne, są wyjątki, że świetni
trenerzy nie potrafili porozumieć się z piłkarzami, przykładem
może być chociażby kadencja Villasa-Boasa w Chelsea, ale
rozpatrując tę kwestię ogólnie, można ją uprościć
stwierdzając, że dobry trener dotrze do dobrego zawodnika. Jeżeli
naprawdę Fornalik to świetny trener, z dobrym warsztatem i sporą
wiedzą na temat piłki, bez problemu powinien znaleźć wspólny
język z Lewandowskim czy Szczęsnym.
Co więc czeka kibiców?
Zobaczymy na pewno lepiej zorganizowaną drużynę, która nie będzie
bała się grać o zwycięstwo. Ciekawe, jak podejdzie Fornalik do
kwestii tzw. „farbowanych lisów”. Przyznam się, że dla mnie
sporym niesmakiem (i jest to eufemizm) jest oglądanie w koszulce z
Orłem Białym Niemców czy Francuzów, tym bardziej, że da się
odszukać Polaków, którzy nie będą odstawać pod względem
piłkarskim, a przynajmniej nie będzie wątpliwości, czy zaśpiewają
hymn. Nie chcę bić w jakieś patetyczne tony, ale ważne jest, by
zawodnik czuł dumę z reprezentowania kraju. Czy można tę dumę
odnaleźć u tych, którzy w grali w młodzieżówkach innych krajów?
A nawet byli ich kapitanami? Wątpię.
Przed Fornalikiem naprawdę
trudne zadanie i kto wie, czy wyzwanie nie większe niż praca w
Ruchu Chorzów. Guus Hiddink akurat w tej kwestii może się mylić i
kierowanie reprezentacją Polski okaże się trudniejsze niż
prowadzenie śląskiego klubu. Cóż to jednak za trener, który boi
się podnosić poprzeczkę? Ja skłaniam się ku opcji, że Fornalik
okaże się dobrym selekcjonerem. Piłka międzynarodowa dąży do
jak największego upraszczania kwestii taktycznych i taki trener jak
Fornalik, stroniący od skomplikowanych strategii, ma potencjał, by
być odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. Czy czas będzie
odpowiedni, to pokażą wyniki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz