środa, 11 lipca 2012

Waldek (Polish?) King



Wczoraj oprócz tego, że polski futbol był najsilniejszy, gdy istniał mecenat państwowy, były lewe etaty w górnictwie, a w rolnictwie rządziły PGR-y, dowiedzieliśmy się, ze nowym selekcjonerem będzie Waldemar Fornalik. Wczorajsza konferencja PZPN miała być poświęcona właśnie byłemu już trenerowi Ruchu Chorzów, ale z racji tego, że dowiedział się on o swojej nowej pracy z telewizji, szefostwo PZPN postanowiło zrobić show w swoim stylu.

Za kilka tygodni pierwsze po Euro mecze polskiej reprezentacji i do tego czasu powinien być „klepnięty sztab”, jak to subtelnie wyraził Grzegorz Lato. Oprócz tego były również postkomunistyczne tyrady Antoniego Piechniczka, który sprawiał wrażenie, jakby właśnie wyszedł z hibernacji. Trudno o lepszy przykład, dlaczego zarząd PZPN nazywany jest „leśnymi dziadkami”. Nawet młody człowiek oglądający wczorajszą konferencję dostrzegał paralelę pomiędzy Piechniczkiem i Lato, a zjazdami PZPR. Podobne gąbczaste oblicza i podobny poziom oderwania od rzeczywistości. Był jednak pewien dysonans – czy należy się śmiać, czy płakać.

W tym wszystkim nastąpiło odejście od meritum, kwestii nowego szkoleniowca. Dwie godziny później Fornalik miał swoją konferencję. Jak ktoś słusznie zauważył, trzeba przyzwyczaić się do selekcjonera, który mówi płynnie po polsku (sic!), do tego powściągliwie wypowiadający się na temat tego, jak będzie wyglądać jego praca. Niczego nie obiecuje, nie chce narażać się na niekonsekwencję lub ograniczanie się na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Brawo, na przemyślenia i ułożenie sobie w głowie planu działanie będzie jeszcze czas.

Guus Hiddink w rozmowie z magazynem Blizzard powiedział, że w praca w klubie daje możliwość bezpośredniego wpływu na piłkarzy każdego dnia. Co więcej, nie tylko na piłkarzy, ale na sposób funkcjonowania klubu, na skautów i cały personel. Inaczej rzecz ma się z selekcjonerem reprezentacji. Są dni, gdy trzeba pracować bardzo intensywnie, kiedy są mecze, jednak są również dni, gdy nic się nie dzieje i wpływ na piłkarzy jest znikomy. Holenderski trener skonkludował swoją odpowiedź, mówiąc, że praca w klubie to jednak większe wyzwanie niż ta z reprezentacją.

W Ruchu Chorzów Fornalik wyzwanie miał o tyle spore, że pieniądze, jakimi mógł operować, nie pozwalały na zbyt wiele. Szukał zawodników darmowych, starał się korzystać również z młodszych zawodników. Polski odpowiednik Oakland A's? Być może, efekt w każdym razie był podobny. Drużyna, która miała raczej walczyć o utrzymanie i o pieniądze z transmiji, rokrocznie starała się uzyskiwać jak najlepsze wyniki. Dwukrotnie w przeciągu trzech lat awansowała do pucharów, a w minionym sezonie byli bardzo blisko zdobycia Mistrzostwa Polski. Nie dla Fornalika była gra z kontry, szukanie stałych fragmentów gry. Udało się znaleźć odpowiedni balans pomiędzy grą ofensywną, a stabilnością w obronie. Ruch próbował grać piłką, często wykorzystując umiejętności techniczne zawodników z przodu do gry z klepki i szybkiego przemieszczania się pod pole karne rywala.

Wydaje się, że przeniesienie takiego sposobu gry na lepszych piłkarzy, reprezentantów kraju powinno zadziałać. Czy można już szukać hoteli w Brazylii? Nie tak szybko.

Pozostaje kwestia tego, jak zawodnicy grający na co dzień w zachodnich klubach, spotykając się z trenerami o sporej wiedzy taktycznej, zareagują na metody Waldemara Fornalika. Wielu zarzuca mu, że jest przedstawicielem polskiej myśli szkoleniowej, w której trudno odnaleźć wysublimowane nowinki taktyczne czy te związane z treningiem Że nigdy nie prowadził zespołu walczącego o najwyższe cele i pod presją. Krótko mówiąc – jest za cienki w uszach, by prowadzić reprezentację.

Paradoksalnie, brak presji w Ruchu Chorzów był sporym fundamentem do tego, by rozwijać własną filozofię gry. Polscy trenerzy wiedzą, że przepracują przy dobrych wiatrach kilka miesięcy i nastawiają się raczej na pragmatyczne rozwiązania, nie próbując się rozwijać wraz z upływem czasu. Fornalik mógł natomiast lepić sobie drużynę wedle własnego uznania, co prawda w ramach dość skąpego budżetu, co jednak nic nie zmienia. W kontekście budowania zespołu w oparciu o własne pomysłu to czas jest najważniejszy. Musi go trochę minąć, by piłkarze jak najlepiej zrozumieli to, czego wymaga od nich trener. Warto tu przytoczyć pewną anegdotę związaną z Chelsea Londyn. Roman Abramowicz zaprosił kiedyś do klubu Txiki Begiristaina. Wizyta nie miała być tylko kurtuazyjna. Rosjanin zafascynowany grą Barcelony i tym, w jaki sposób pracuje się tam z młodzieżą, zapytał, czego trzeba, by zbudować to samo w zachodnim Londynie. Już był przygotowany, by wyciągnąć książeczkę czekową, gdy usłyszał odpowiedz: „10 lat”. Tyle, to on akurat nie ma.

Wrócę jeszcze do jednej kwestii. Fornalik prowadząc jedynie polskie kluby i to bez nieustannej presji rzekomo ma nie mieć takiej siły przebicia, by dotrzeć do zawodników grających w Borussii czy Arsenalu, czy nawet średniakach europejskich. Kamil Grosicki powiedział kiedyś, że dobrze rozumie się na boisku z Rafałem Wolskim, bo to dobry zawodnik, a „dobrzy zawodnicy zawsze się dogadują”. Odstawiając na bok kwestię skromności Grosickiego, podobny wniosek można wysnuć w relacjach trener-zawodnik. Jasne, są wyjątki, że świetni trenerzy nie potrafili porozumieć się z piłkarzami, przykładem może być chociażby kadencja Villasa-Boasa w Chelsea, ale rozpatrując tę kwestię ogólnie, można ją uprościć stwierdzając, że dobry trener dotrze do dobrego zawodnika. Jeżeli naprawdę Fornalik to świetny trener, z dobrym warsztatem i sporą wiedzą na temat piłki, bez problemu powinien znaleźć wspólny język z Lewandowskim czy Szczęsnym.

Co więc czeka kibiców? Zobaczymy na pewno lepiej zorganizowaną drużynę, która nie będzie bała się grać o zwycięstwo. Ciekawe, jak podejdzie Fornalik do kwestii tzw. „farbowanych lisów”. Przyznam się, że dla mnie sporym niesmakiem (i jest to eufemizm) jest oglądanie w koszulce z Orłem Białym Niemców czy Francuzów, tym bardziej, że da się odszukać Polaków, którzy nie będą odstawać pod względem piłkarskim, a przynajmniej nie będzie wątpliwości, czy zaśpiewają hymn. Nie chcę bić w jakieś patetyczne tony, ale ważne jest, by zawodnik czuł dumę z reprezentowania kraju. Czy można tę dumę odnaleźć u tych, którzy w grali w młodzieżówkach innych krajów? A nawet byli ich kapitanami? Wątpię.

Przed Fornalikiem naprawdę trudne zadanie i kto wie, czy wyzwanie nie większe niż praca w Ruchu Chorzów. Guus Hiddink akurat w tej kwestii może się mylić i kierowanie reprezentacją Polski okaże się trudniejsze niż prowadzenie śląskiego klubu. Cóż to jednak za trener, który boi się podnosić poprzeczkę? Ja skłaniam się ku opcji, że Fornalik okaże się dobrym selekcjonerem. Piłka międzynarodowa dąży do jak największego upraszczania kwestii taktycznych i taki trener jak Fornalik, stroniący od skomplikowanych strategii, ma potencjał, by być odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. Czy czas będzie odpowiedni, to pokażą wyniki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz