Oczekiwanie dobiegło końca –
piłkarze w Anglii wybiegli na boisko i już w pierwszej kolejce
zagrali kilka ekscytujących i ciekawych spotkań. Najciekawiej było
na Etihad Stadium, gdzie Manchester City mierzył się z beniaminkiem
z Southampton. Mecz, w którym The Citizens mieli pokazać
zdecydowaną wyższość nad rywalem przerodził się w prawdziwy
piłkarski horror. Najpierw kontuzja Sergio Aguero, potem
niewykorzystany Davida Silvy – nie udało się dobrze wejść w ten
mecz drużynie Manciniego. Na przerwę piłkarze City schodzili
jednak w dobrych nastrojach, prostopadłe podanie Nasriego na bramkę
zamienił Carlos Tevez. Teraz wystarczyło tylko umiejętnie utrzymać
się przy piłce i wykorzystywać błędy niedoświadczonego rywala.
Taktyka na drugą połowę wydawała się dość prosta. Problem
polega na tym, że od błędów nie uwolnili się sami Obywatele. Złe
wybicie Lescotta wykorzystał Lambert, później zaś fatalny w
skutkach był błąd debiutującego Jacka Rodwella, przez co po
bramce Davisa beniaminek prowadził na stadionie Mistrza Anglii 2:1.
Manchester City znał dobrze taką sytuację, wszak w podobnych
okolicznościach walczyli w decydującym o mistrzostwie spotkaniu z
Queens Park Rangers. Historia powtórzyła się również jeśli
chodzi o wynik końcowy. Szybko wyrównał Dżeko, a wynik spotkania
na 3:2 ustalił świetny tego dnia Samir Nasri. Pomimo dwóch mocnych
ciosów, Southampton nie padł na deski, do końca walczył o bramkę
wyrównującą. Choć nie udało się, z tego meczu wychodzi z
podniesioną przyłbicą. Udało się stworzyć świetne widowisko, a
to podnosi morale zespołu i pozwala na swobodniejszą grę.
Piorunującego spektaklu nie pokazali
piłkarze Arsenalu i Sunderlandu. Taktyka Czarnych Kotów na ten mecz
była dość jasna – ustawić się we własnym polu karnym i liczyć
na kontry. Drużyna Martina O'Neilla zaprezentowała świetną
organizację, co poskutkowało korzystnym dla nich wynikiem 0:0. Po
stronie Arsenalu świetny mecz rozegrał Santi Cazorla, ściągnięty
przed sezonem z borykającej się z problemami Malagi. Ustawiony na
pozycji numer 10 Hiszpan szukał gry, starał się kontrolować tempo
rozgrywania akcji, schodził pomiędzy linie, dbał o celność
swoich podań. Niestety, często akcje drużyny Arsene'a Wengera były
przerostem formy nad treścią. Nie wychodziło rozmontowywanie
obrony rywala, klarowna sytuacja powstała za sprawą Cazorli, który
prostopadłym podaniem wystawił innemu nowemu nabytkowi –
Olivierowi Giroud – piłkę meczową. Ten jednak miast posłać
piłkę do bramki, uderzył obok lewego słupka.
Słabo zagrał natomiast Lukas
Podolski. Reprezentant Niemiec w przeciwieństwie do Hiszpana nie
potrafił znaleźć sobie miejsca na boisku, wchodził kolegom w
paradę, choć nie można odmówić mu chęci pokazania się z dobrej
strony. Widać, że musi się zgrać z drużyną i zrozumieć dobrze
swoją pozycję na boisku w drużynie Arsenalu.
Inny klub z północnego Londynu –
Tottenham – udał się z delegacją nad rzekę Tyne, by zmierzyć
się na St. James's Park z drużyną Newcastle United. Wielu z uwagą
patrzyło na ten mecz ze względu na osobę nowego trenera Spurs –
Andre Villasa- Boasa. I trzeba przyznać, że pomimo porażki
portugalski szkoleniowiec bez problemu znajdzie pozytywy w grze
swojej drużyny, o czym mówił już na gorąco po meczu. Jego
zawodnikom udawało się założyć skuteczny pressing, co
zaowocowało wieloma strzałami na bramkę, przy czym dwa z nich
trafiły w słupek i w poprzeczkę. Niewykorzystane sytuację się
mszczą i w drugiej połowie błąd Kyle'a Walkera wykorzystał Demba
Ba i technicznym strzałem posłał piłkę w długi róg bramki
Brada Friedela.
Po tej bramce piłkarze Newcastle
starali się utrzymywać przy piłce, ale nie mogli ustrzec się
silnej formacji ofensywnej Tottenhamu. Do dośrodkowania Garetha
Bale'a najwyżej w polu karnym wyskoczył Jermaine Defoe i główką
uderzył na bramkę Tima Krula. Temu jednak udało się wpierw
obronić ten strzał, jednak dobitka Anglika była już ponad jego
możliwości.
Wydawało się, że Tottenham jest
bardziej w gazie i będzie w stanie ponownie zagrozić piłkarzom
Newcastle, jednak w niegroźnej sytuacji Rafael van der Vaart w polu
karnym sfaulował Hatema ben Arfę, który zamienił potem jedenastkę
na bramkę dla swojego zespołu. Villas-Boas zareagował wprowadzając
19-sto letniego napastnika Harry'ego Kane'a, który jednak nie zdołał
odwrócić losów spotkania. Ta zmiana była też swoistym manifestem
niemocy wobec braków w kadrze. Tottenham na gwałt potrzebuje
napastnika (dziś kontrakt podpisał Emanuel Adebayor) i do tego
środkowego pomocnika, który pomógłby drużynie budować akcje.
Jeżeli udałoby się przeprowadzić te transfery, Spurs mogą
prezentować dobry futbol, co przysporzy im z pewnością wielu
fanów.
Pierwszy mecz w Premier League z nowym
zespołem ma za sobą też Brendan Rodgers, jednak nie będzie go
zbyt miło wspominał. Jego piłkarze zostali pokonani trzema
bramkami przez drużynę West Bromwich Albion, prowadzoną również
przez nowego trenera – Steve'a Clarke'a. Choć w pierwszej połowie
The Reds udawało się zawiązywać dobre akcje, zakończone głównie
niecelnymi strzałami Luisa Suareza, do szatni schodzili w minorowych
nastrojach po fenomenalnej bramce Węgra Zsoltana Gery. Później zaś
było jeszcze gorzej. Po faulu w polu karnym z boiska wyrzucony
został Daniel Agger i od tego momentu piłkarze z Anfield Road
musieli walczyć, mając jednego zawodnika mniej. Co prawda karnego
Longa obronił Pepe Reina, jednak kilka minut później z tego samego
punktu hiszpańskiego bramkarza pokonał Peter Odemwingie. To już
kompletnie na łopatki rozłożyło drużynę Rodgersa. Drużyna
Clarke'a rozszerzyła pole gry, wykorzystując przewagę liczebną.
Dzieła zniszczenia drużyny z Liverpoolu dopełnił wypożyczony z
Chelsea Romelu Lukaku, który ustalił wynik spotkania na 3:0.
Dwóch benaminków z zeszłego sezonu
spotkało się na Loftus Road. Swansea – były zespół Brendana
Rodgersa – rozniósł Queens Park Rangers aż 5:0. Swoje trzy, a
właściwie pięć groszy dołożyła fatalnie dysponowana tego dnia
obrona QPR – Łabędzie oddały na bramkę rywala sześć strzałów,
a pięć znalazło drogę do bramki Roba Greena. Trzeba jednak oddać,
że fenomenalnie w drużynie Michael Laudrupa zaprezentował się
nowy nabytek Michu, ściągnięty za 2 miliony funtów z Rayo
Vallecano. Hiszpan zdobył dwie bramki i dopisał do tego też jedną
asystę. Taki wynik doda piłkarzom z Walii dużo pewności siebie i
miejmy nadzieję, że dalej będą nas zachwycać swoją ofensywną,
techniczną piłką.
Ten sam wynik widniał na tablicy
świetlnej po zakończeniu spotkania na Craven Cottage, gdzie Fulham
rozniosło drużynę Norwich City. Podobnie jak w przypadku QPR,
piłkarze Kanarków nie popisali się tego dnia w grze obronnej. Brak
umiejętności trzymania linii spalonego, słabe krycie – te błędy
skwapliwie wykorzystali zawodnicy Fulham. Przed sezonem pisałem, że
drużyny Chrisa Hughtona są zwykle dobrze zorganizowane w obronie i
mam nadzieję, że ten mecz to tylko wyjątek.
W sobotę swoje mecze rozegrali też
piłkarze West Hamu i Aston Villi oraz Stoke i Reading. The Hammers
pokonali drużynę Paula Lamberta po bramce Nolana 1:0, natomiast
mecz The Potters z The Royals zakończył się remisem 1:1. Nie były
to mecze porywające, stąd tak mało miejsca poświęcam im.
Porywające natomiast było spotkanie
wicemistrza Anglii z Evertonem na Goodison Park. Wielu przed meczem
zadawało sobie pytanie, jak ustawi swój zespół sir Alex Ferguson,
jak uda mu się pogodzić cały zastęp piłkarzy ofensywnych.
Zdecydował się na ustawienie 4-2-1-3 z trójką napastników
Wellbeckiem, Rooneyem i Nanim, a zaraz za nimi operował dobrze
dysponowany tamtego dnia Kagawa. Podobnie jak Santi Cazorla,
Japończyk nie bał się brać ciężaru gry na siebie, szukał sobie
miejsca na boisku i wymieniał dużo podań z partnerami. Pomimo tego
jednak, Manchesterowi nie udało się stworzyć sobie klarownej
sytuacji. Dość powiedzieć, że w całym meczu w pole karne
przeciwnika posłali tylko trzy celne podania. Często rozgrywali
piłkę pod szesnastką The Toffees, ale nic z tego nie wynikało.
Fenomenalny mecz rozegrali jednak
podopieczni Davida Moyesa. Zaprezentowali prawdziwy angielski futbol.
Pasja, zaangażowanie, pewność siebie – tym udało im się
pokonać utytułowanego rywala. Często zagrażali bramce De Gei,
który kilkukrotnie wykazał się świetnymi umiejętnościami.
Niesieni chóralnym dopingiem swoich kibiców piłkarze Evertonu nie
zrażali się tym i nieustannie wyprowadzali groźne kontrataki.
Motorem napędowym akcji drużyny z niebieskiej części Liverpoolu
był Belg Marouane Fellaini. Zgrywał piłkę do kolegów, popisywał
się świetną techniką i zasłużenie zdobył bramkę dającą
zwycięstwo swojemu zespołowi. Wystawiony tego dnia na środku
obrony Michael Carrick miał sporo problemów tego dnia z
reprezentantem Belgii. Podwojenie Fellainiego zostawiało lukę w
innym miejscu na boisku, co skwapliwie wykorzystywali Steven Pienaar,
Leon Osman czy Leighton Baines.
Po bramce Fellainiego Everton
zamurował się w okolicach własnej bramki i ta taktyka okazała się
skuteczna. United poza strzałem Cleverleya, który z linii bramkowej
wybił Phil Jagielka nie zdołali zagrozić bramce Tima Howarda.
Jagielka wraz ze swoim partnerem z obrony Sylvainem Distinem byli
prawdziwą ostoją obrony, wybijając piłki co rusz posyłane w ich
pole karne.
Ten mecz uwydatnił też braki w
drużynie United – braki w środku pomocy i na obronie. Michael
Carrick nie potrafił znaleźć sobie miejsca w obronie, a Cleverley
ze Scholesem nie umieli znaleźć luki w obronie Evertonu. W dalszej
fazie sezonu sir Alex Ferguson będzie musiał sobie z tym problemem
poradzić. Kto wie, może powróci też na rynek transferowy,
próbując ściągnąć środkowego pomocnika, kreatora w stylu Luki
Modrica.
W niedzielę swój mecz rozegrała też
londyńska Chelsea. Dwie szybko strzelone bramki ustawiły spotkanie
– The Blues po bramkach Ivanovica i Lamparda prowadziła po siedmiu
minutach 2:0. Dobry mecz rozegrał Eden Hazard, popisując się
asystą i dobrymi dryblingami. Co ciekawe, Chelsea oddała w całym
spotkaniu tylko sześć strzałów (przy 15 Wigan), najmniej od 2007,
kiedy to na bramkę United uderzali tylko 4 razy. Poza tym, jest
doprawdy niewiele do napisania. The Blues dopisują trzy punkty i
kontynuują swoją drogę po ładny, ofensywny futbol, wykorzystujący
to, co Chelsea ma najlepszego – Juana Matę, Edena Hazarda,
Fernando Torresa i Oscara. Dziś Chelsea mierzy się z beniaminkiem z
Reading. Mecz o 20:45.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz