środa, 22 sierpnia 2012

1. kolejka Premier League


 Oczekiwanie dobiegło końca – piłkarze w Anglii wybiegli na boisko i już w pierwszej kolejce zagrali kilka ekscytujących i ciekawych spotkań. Najciekawiej było na Etihad Stadium, gdzie Manchester City mierzył się z beniaminkiem z Southampton. Mecz, w którym The Citizens mieli pokazać zdecydowaną wyższość nad rywalem przerodził się w prawdziwy piłkarski horror. Najpierw kontuzja Sergio Aguero, potem niewykorzystany Davida Silvy – nie udało się dobrze wejść w ten mecz drużynie Manciniego. Na przerwę piłkarze City schodzili jednak w dobrych nastrojach, prostopadłe podanie Nasriego na bramkę zamienił Carlos Tevez. Teraz wystarczyło tylko umiejętnie utrzymać się przy piłce i wykorzystywać błędy niedoświadczonego rywala. Taktyka na drugą połowę wydawała się dość prosta. Problem polega na tym, że od błędów nie uwolnili się sami Obywatele. Złe wybicie Lescotta wykorzystał Lambert, później zaś fatalny w skutkach był błąd debiutującego Jacka Rodwella, przez co po bramce Davisa beniaminek prowadził na stadionie Mistrza Anglii 2:1. Manchester City znał dobrze taką sytuację, wszak w podobnych okolicznościach walczyli w decydującym o mistrzostwie spotkaniu z Queens Park Rangers. Historia powtórzyła się również jeśli chodzi o wynik końcowy. Szybko wyrównał Dżeko, a wynik spotkania na 3:2 ustalił świetny tego dnia Samir Nasri. Pomimo dwóch mocnych ciosów, Southampton nie padł na deski, do końca walczył o bramkę wyrównującą. Choć nie udało się, z tego meczu wychodzi z podniesioną przyłbicą. Udało się stworzyć świetne widowisko, a to podnosi morale zespołu i pozwala na swobodniejszą grę.

Piorunującego spektaklu nie pokazali piłkarze Arsenalu i Sunderlandu. Taktyka Czarnych Kotów na ten mecz była dość jasna – ustawić się we własnym polu karnym i liczyć na kontry. Drużyna Martina O'Neilla zaprezentowała świetną organizację, co poskutkowało korzystnym dla nich wynikiem 0:0. Po stronie Arsenalu świetny mecz rozegrał Santi Cazorla, ściągnięty przed sezonem z borykającej się z problemami Malagi. Ustawiony na pozycji numer 10 Hiszpan szukał gry, starał się kontrolować tempo rozgrywania akcji, schodził pomiędzy linie, dbał o celność swoich podań. Niestety, często akcje drużyny Arsene'a Wengera były przerostem formy nad treścią. Nie wychodziło rozmontowywanie obrony rywala, klarowna sytuacja powstała za sprawą Cazorli, który prostopadłym podaniem wystawił innemu nowemu nabytkowi – Olivierowi Giroud – piłkę meczową. Ten jednak miast posłać piłkę do bramki, uderzył obok lewego słupka.

Słabo zagrał natomiast Lukas Podolski. Reprezentant Niemiec w przeciwieństwie do Hiszpana nie potrafił znaleźć sobie miejsca na boisku, wchodził kolegom w paradę, choć nie można odmówić mu chęci pokazania się z dobrej strony. Widać, że musi się zgrać z drużyną i zrozumieć dobrze swoją pozycję na boisku w drużynie Arsenalu.

Inny klub z północnego Londynu – Tottenham – udał się z delegacją nad rzekę Tyne, by zmierzyć się na St. James's Park z drużyną Newcastle United. Wielu z uwagą patrzyło na ten mecz ze względu na osobę nowego trenera Spurs – Andre Villasa- Boasa. I trzeba przyznać, że pomimo porażki portugalski szkoleniowiec bez problemu znajdzie pozytywy w grze swojej drużyny, o czym mówił już na gorąco po meczu. Jego zawodnikom udawało się założyć skuteczny pressing, co zaowocowało wieloma strzałami na bramkę, przy czym dwa z nich trafiły w słupek i w poprzeczkę. Niewykorzystane sytuację się mszczą i w drugiej połowie błąd Kyle'a Walkera wykorzystał Demba Ba i technicznym strzałem posłał piłkę w długi róg bramki Brada Friedela.
Po tej bramce piłkarze Newcastle starali się utrzymywać przy piłce, ale nie mogli ustrzec się silnej formacji ofensywnej Tottenhamu. Do dośrodkowania Garetha Bale'a najwyżej w polu karnym wyskoczył Jermaine Defoe i główką uderzył na bramkę Tima Krula. Temu jednak udało się wpierw obronić ten strzał, jednak dobitka Anglika była już ponad jego możliwości.

Wydawało się, że Tottenham jest bardziej w gazie i będzie w stanie ponownie zagrozić piłkarzom Newcastle, jednak w niegroźnej sytuacji Rafael van der Vaart w polu karnym sfaulował Hatema ben Arfę, który zamienił potem jedenastkę na bramkę dla swojego zespołu. Villas-Boas zareagował wprowadzając 19-sto letniego napastnika Harry'ego Kane'a, który jednak nie zdołał odwrócić losów spotkania. Ta zmiana była też swoistym manifestem niemocy wobec braków w kadrze. Tottenham na gwałt potrzebuje napastnika (dziś kontrakt podpisał Emanuel Adebayor) i do tego środkowego pomocnika, który pomógłby drużynie budować akcje. Jeżeli udałoby się przeprowadzić te transfery, Spurs mogą prezentować dobry futbol, co przysporzy im z pewnością wielu fanów.

Pierwszy mecz w Premier League z nowym zespołem ma za sobą też Brendan Rodgers, jednak nie będzie go zbyt miło wspominał. Jego piłkarze zostali pokonani trzema bramkami przez drużynę West Bromwich Albion, prowadzoną również przez nowego trenera – Steve'a Clarke'a. Choć w pierwszej połowie The Reds udawało się zawiązywać dobre akcje, zakończone głównie niecelnymi strzałami Luisa Suareza, do szatni schodzili w minorowych nastrojach po fenomenalnej bramce Węgra Zsoltana Gery. Później zaś było jeszcze gorzej. Po faulu w polu karnym z boiska wyrzucony został Daniel Agger i od tego momentu piłkarze z Anfield Road musieli walczyć, mając jednego zawodnika mniej. Co prawda karnego Longa obronił Pepe Reina, jednak kilka minut później z tego samego punktu hiszpańskiego bramkarza pokonał Peter Odemwingie. To już kompletnie na łopatki rozłożyło drużynę Rodgersa. Drużyna Clarke'a rozszerzyła pole gry, wykorzystując przewagę liczebną. Dzieła zniszczenia drużyny z Liverpoolu dopełnił wypożyczony z Chelsea Romelu Lukaku, który ustalił wynik spotkania na 3:0.

Dwóch benaminków z zeszłego sezonu spotkało się na Loftus Road. Swansea – były zespół Brendana Rodgersa – rozniósł Queens Park Rangers aż 5:0. Swoje trzy, a właściwie pięć groszy dołożyła fatalnie dysponowana tego dnia obrona QPR – Łabędzie oddały na bramkę rywala sześć strzałów, a pięć znalazło drogę do bramki Roba Greena. Trzeba jednak oddać, że fenomenalnie w drużynie Michael Laudrupa zaprezentował się nowy nabytek Michu, ściągnięty za 2 miliony funtów z Rayo Vallecano. Hiszpan zdobył dwie bramki i dopisał do tego też jedną asystę. Taki wynik doda piłkarzom z Walii dużo pewności siebie i miejmy nadzieję, że dalej będą nas zachwycać swoją ofensywną, techniczną piłką.

Ten sam wynik widniał na tablicy świetlnej po zakończeniu spotkania na Craven Cottage, gdzie Fulham rozniosło drużynę Norwich City. Podobnie jak w przypadku QPR, piłkarze Kanarków nie popisali się tego dnia w grze obronnej. Brak umiejętności trzymania linii spalonego, słabe krycie – te błędy skwapliwie wykorzystali zawodnicy Fulham. Przed sezonem pisałem, że drużyny Chrisa Hughtona są zwykle dobrze zorganizowane w obronie i mam nadzieję, że ten mecz to tylko wyjątek.

W sobotę swoje mecze rozegrali też piłkarze West Hamu i Aston Villi oraz Stoke i Reading. The Hammers pokonali drużynę Paula Lamberta po bramce Nolana 1:0, natomiast mecz The Potters z The Royals zakończył się remisem 1:1. Nie były to mecze porywające, stąd tak mało miejsca poświęcam im.

Porywające natomiast było spotkanie wicemistrza Anglii z Evertonem na Goodison Park. Wielu przed meczem zadawało sobie pytanie, jak ustawi swój zespół sir Alex Ferguson, jak uda mu się pogodzić cały zastęp piłkarzy ofensywnych. Zdecydował się na ustawienie 4-2-1-3 z trójką napastników Wellbeckiem, Rooneyem i Nanim, a zaraz za nimi operował dobrze dysponowany tamtego dnia Kagawa. Podobnie jak Santi Cazorla, Japończyk nie bał się brać ciężaru gry na siebie, szukał sobie miejsca na boisku i wymieniał dużo podań z partnerami. Pomimo tego jednak, Manchesterowi nie udało się stworzyć sobie klarownej sytuacji. Dość powiedzieć, że w całym meczu w pole karne przeciwnika posłali tylko trzy celne podania. Często rozgrywali piłkę pod szesnastką The Toffees, ale nic z tego nie wynikało.

Fenomenalny mecz rozegrali jednak podopieczni Davida Moyesa. Zaprezentowali prawdziwy angielski futbol. Pasja, zaangażowanie, pewność siebie – tym udało im się pokonać utytułowanego rywala. Często zagrażali bramce De Gei, który kilkukrotnie wykazał się świetnymi umiejętnościami. Niesieni chóralnym dopingiem swoich kibiców piłkarze Evertonu nie zrażali się tym i nieustannie wyprowadzali groźne kontrataki. Motorem napędowym akcji drużyny z niebieskiej części Liverpoolu był Belg Marouane Fellaini. Zgrywał piłkę do kolegów, popisywał się świetną techniką i zasłużenie zdobył bramkę dającą zwycięstwo swojemu zespołowi. Wystawiony tego dnia na środku obrony Michael Carrick miał sporo problemów tego dnia z reprezentantem Belgii. Podwojenie Fellainiego zostawiało lukę w innym miejscu na boisku, co skwapliwie wykorzystywali Steven Pienaar, Leon Osman czy Leighton Baines.
Po bramce Fellainiego Everton zamurował się w okolicach własnej bramki i ta taktyka okazała się skuteczna. United poza strzałem Cleverleya, który z linii bramkowej wybił Phil Jagielka nie zdołali zagrozić bramce Tima Howarda. Jagielka wraz ze swoim partnerem z obrony Sylvainem Distinem byli prawdziwą ostoją obrony, wybijając piłki co rusz posyłane w ich pole karne.

Ten mecz uwydatnił też braki w drużynie United – braki w środku pomocy i na obronie. Michael Carrick nie potrafił znaleźć sobie miejsca w obronie, a Cleverley ze Scholesem nie umieli znaleźć luki w obronie Evertonu. W dalszej fazie sezonu sir Alex Ferguson będzie musiał sobie z tym problemem poradzić. Kto wie, może powróci też na rynek transferowy, próbując ściągnąć środkowego pomocnika, kreatora w stylu Luki Modrica.

W niedzielę swój mecz rozegrała też londyńska Chelsea. Dwie szybko strzelone bramki ustawiły spotkanie – The Blues po bramkach Ivanovica i Lamparda prowadziła po siedmiu minutach 2:0. Dobry mecz rozegrał Eden Hazard, popisując się asystą i dobrymi dryblingami. Co ciekawe, Chelsea oddała w całym spotkaniu tylko sześć strzałów (przy 15 Wigan), najmniej od 2007, kiedy to na bramkę United uderzali tylko 4 razy. Poza tym, jest doprawdy niewiele do napisania. The Blues dopisują trzy punkty i kontynuują swoją drogę po ładny, ofensywny futbol, wykorzystujący to, co Chelsea ma najlepszego – Juana Matę, Edena Hazarda, Fernando Torresa i Oscara. Dziś Chelsea mierzy się z beniaminkiem z Reading. Mecz o 20:45.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz