poniedziałek, 27 sierpnia 2012

2. kolejka Premier League


 Piłkarze w Premier League po świetnym początku sezonu w drugiej kolejce potwierdzili, że kibiców czeka wspaniały sezon. Zaczynamy od Liberty Stadium, gdzie miejscowa Swansea podejmowała u siebie beniaminka z wschodniego Londynu – West Ham United.
Łabędzie wygrały 3:0 i pokazali, że zwycięstwo 5:0 z QPR na inaugurację sezonu bynajmniej nie było jednorazowym wyskokiem. Zero straconych bramek, osiem po stronie zdobytych, piękny, otwarty futbol – pod wodzą Michaela Laudrupa Swansea gra tak, że ręce same składają się do oklasków. Piłkarzy z Walii docenił nawet Cesc Fabregas, chwaląc ich na swoim twitterze.
Znowu świetnie zaprezentował się hiszpański pomocnik Michu, który po dwóch bramkach zdobytych na Loftus Road, znowu trafił do siatki, wykorzystując błąd Collinsa. Po bramce dołożyli Angel Rangel, choć w tym przypadku dużo dał od siebie Jussi Jaskelainen oraz Danny Graham, który wykończył fenomenalną wymianę kilkunastu podań. Laudrup udanie kontynuuje dzieło Brendana Rodgersa i z optymizmem może podchodzić do następnych spotkań.

Sexy football zaprezentowała też Chelsea. Pisałem, że The Blues mogą mieć problemy z Newcastle. Większych kłopotów nie stwierdzono, a zespół Di Matteo coraz bardziej zbliża się do stylu gry, którego niczym świętego Graala szukał właściciel klubu Roman Abramowicz. Po zdobyciu Ligi Mistrzów Hiszpan Juan Mata, pomimo wielkiej radości z niewątpliwego sukcesu żałował, że nie dane mu było uczestniczyć w akcjach zespołu tak, jakby chciał. Brakowało mu gry po ziemi, ofensywnej piłki. Teraz, wraz z przyjściem Edena Hazarda ma okazję do tego, by grać tak, jak lubi najbardziej.
Nie trzeba było długo czekać by Belg z Hiszpanem zaczęli się szukać na boisku, ośmieszając przy tym obronę rywala. Swoboda, z jaką poruszają się po boisku zasługuje na najwyższe uznanie. Duet pomocników ze Stamford Bridge zaprasza do tańca innych zawodników. Najbardziej ochoczo do wspólnych pląsów dołączył zdobywca Złotego Buta Euro 2012 – Fernando Torres. W meczu z Newcastle wpierw wywalczył karnego, a następnie przepięknym strzałem w okienko bramki Krula wykorzystał asystę Edena Hazarda. Chwilę przed golem Torresa piłka wędrowała jak po sznurku pomiędzy zawodnikami The Blues. Szybka wymiana futbolówki zdezorganizowała obronę Srok, a uderzenie Hiszpana posłało ich na kolana.
Do drużyny tuż przed meczem dołączył kolejny Hiszpan - Cezar Azpilicueta, poprzednio prawy obrońca Olympique Marsylia – oraz były skrzydłowy Wigan Victor Moses. - „Mamy skład, który może zmieniać swoje nastawienie. Pokazaliśmy w poprzednim sezonie, że potrafimy się bronić i wyprowadzać kontry, a teraz gramy też ofensywną piłkę” - powiedział po meczu Fernando Torres.

Po zawstydzającej porażce z West Bromwich Albion kibice Liverpoolu truchleli na myśl o kolejnym spotkaniu, tym razem z Mistrzem Anglii – Manchesterem City. Brendan Rodgers wystawił drużynę, w której nie było ani jednego zawodnika kupionego za duże pieniądze przez Kenny'ego Dalglisha. W wyjściowym składzie znalazło się natomiast miejsce dla siedemnastoletniego Raheema Sterlinga. Energiczny skrzydłowy zagrał bardzo dobre spotkanie, kryjąc Jamesa Milnera przez cały mecz, by później nacierać na Kolo Toure, uprzykrzając mu życie przez cały mecz. Jednak zawodnikiem meczu, przynajmniej według stacji Sky Sports, został walijski pomocnik Joe Allen. Niemal stuprocentowa skuteczność podań, najwięcej przechwytów w drużynie – jego gra na pozycji defensywnego pomocnika (tam musiał grać po szybkiej kontuzji Lucasa) mogła się podobać. Gdy do składu dołączy Nuri Sahin, może on stworzyć udany duet z Walijczykiem.
Gra Liverpoolu mogła się podobać, często udawało im się przedostawać pod bramkę rywala i nawet biorąc pod uwagę klasę Manchesteru City – mogą odczuwać niedosyt. Obydwie bramki stracili po ewidentnych błędach własnej obrony, które wykorzystali Yaya Toure i Carlos Tevez. Przy setnej w Anglii bramce Argentyńczyka asystował Martin Skrtel, który zbyt lekko podawał do Pepe Reiny. Słowak zafundował sobie prawdziwą drogę z nieba do piekła, bo to on otworzył wynik spotkania wykorzystując dośrodkowanie Gerrarda z rzutu rożnego.
The Reds prowadzili również po fenomenalnej bramce Luisa Suareza z rzutu wolnego. Urugwajczyk zmieścił piłkę w jedynym miejscu, które oznaczało zdobycie bramki – obok muru i tuż przy słupku bramki Joe Harta. Niestety dla kibiców zgromadzonych na Anfield Road, ich ukochanej drużynie nie udało się utrzymać prowadzenia i musieli podzielić się punktami z Mistrzem. Joe Allen określił ten mecz jako „bitter sweet” i to chyba najlepiej oddaje to spotkanie.

Chwilę przed meczem Liverpoolu skończyło się spotkanie na Britannia Stadium pomiędzy Stoke City a Arsenalem. Podróż do – jak to nazywają fani londyńskiego klubu - „Mordoru” zawsze była dla Kanonierów trudną przeprawą. Nie inaczej było i tym razem i po dość nudnym spotkaniu podopieczni Arsene'a Wengera wywożą tylko jeden punkt. Francuski menedżer co prawda określił to jako niezły rezultat, ale - choć było lepiej niż tydzień temu w meczu z Sunderlandem – gra nie do końca Arsenalowi się układa. Każdy z zawodników ofensywnych ma spory potencjał, ale na tę chwilę nie potrafią grać razem ze sobą. Cazorla pozostawia dobre wrażenie, szuka gry, jednak brakuje mu zgrania i zrozumienia poruszania się kolegów po boisku.
Za często piłkarze Arsenalu próbują indywidualnych akcji, jak na przykład Olivier Giroud, który oddał strzał z dystansu miast podawać do wychodzącego na czystą pozycję Aarona Ramseya. Abou Diaby zaś wolał kiwać się w polu karnym zamiast po prostu strzelić na bramkę. To musi być poprawione i raczej nie ulega wątpliwości, że w końcu gra Arsenalu zacznie się zazębiać.
Następny mecz Kanonierzy rozgrywają na Anfield, gdzie obrona rywala nie będzie kurczowo trzymać się swojego pola karnego, więc na pewno będzie więcej przestrzeni dla ofensywnych zawodników z północnego Londynu.

W sobotnie popołudnie na White Hart Lane zmierzył się derbowy rywal Arsenalu – Tottenham z West Bromwich Albion. W pierwszej połowie Koguty zdecydowanie zdominowały rywala. Pressing, szybka wymiana piłki doprowadziła do kilku sytuacji, zmarnowanych w spektakularnym stylu. Dość powiedzieć, że pierwszy raz Bena Fostera piłkarze Spurs sprawdzili na chwilę przed końcem pierwszej połowy, gdy lekki strzał zza pola karnego oddał Jermaine Defoe. Co prawda świetnie grał Bale, aktywny był również van der Vaart, ale wszystko rozbijało się o wykończenie akcji.
W drugiej połowie zaś, gdy Andre Villas-Boas zdecydował się na wycofanie jednego środkowego pomocnika na rzecz Emanuela Adebayora, mecz wyrównał się i otworzył. Steve Clarke odpowiedział wprowadzeniem Romelu Lukaku, który mocno pomieszał szyki obrońcom Tottenhamu. Silny belgijski napastnik nękał Gallasa i Vertonghena, tworząc zalążki sytuacji podbramkowych. Bez przewagi w środku pola, z trudnościami w obronie, Koguty oddały inicjatywę.
Paradoksalnie, to oni strzelili pierwszego gola. Sigurdsson wykonywał rzut rożny, jego dośrodkowanie wybił obrońca WBA, a piłka spadła wprost to Benoit Assou-Ekotto. Ten zbyt długo się nie zastanawiając, mocno uderzył na bramkę rywala. Po drodze futbolówka odbiła się od jednego z obrońców i - kompletnie zaskakując bramkarza - zatrzepotała w siatce.
W tym momencie aż prosiło się o utrzymywanie się przy piłce, jednak czuć było dużą nerwowość w szeregach Tottenhamu. West Brom ciągle próbował atakować, spychając rywala coraz bliżej iego bramki. Prowadzenie wisiało na włosku, tylko wybicia z linii bramkowej i wślizgi ostatniej szansy ratowały piłkarzy Spurs przed wyrównującą bramką. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze. Nieudane wybicie piłki z własnego pola karnego zostało przejęte przez piłkarzy WBA. Piłka trafiła do Morrisona, który spokojnym strzałem posłał piłkę tuż przy słupku bramki Friedela. Piłkarze gości zaczęli padać sobie w ramiona, jakby zdobyli mistrzostwo świata. Widać, jak bardzo zależało im na tym remisie.
Z wyniku nie może być zadowolony trener Tottenhamu Andre Villas-Boas, choć momentami gra jego drużyny ocierała się o poszukiwany przez niego ideał. Są jednak pewne braki w kadrze, które ten mecz doskonale uwydatnił. Wykończenie akcji zakrawa o kpinę, a do tego brakuje porządnego rozegrania, zarówno w kontekście kreowania gry, jak i zwykłego utrzymywania się przy piłce. Na pewno łatwiej będzie grało się drużynie, gdy do niej trafi dobry środkowy pomocnik i do tego bramkostrzelny napastnik.

Kolejny londyński klub – Fulham – wybrał się w delegację na Old Trafford. Delegację, która zaczęła się w najlepszy możliwy sposób. Damien Duff tym razem znalazł się po drugiej stronie zagrania z rzutu wolnego i strzałem po ziemi rozwiązał worek z golami.
Po kilkunastu minutach był już remis, kiedy to dośrodkowanie Patrice'a Evry fantastycznym półwolejem w długi róg bramki Schwarzera na bramkę zamienił Robin van Persie, jednocześnie strzelając swojego pierwszego gola w barwach Czerwonych Diabłów. Chwilę później Australijczyk musiał wyjmować piłkę z siatki po raz drugi, gdy Shinji Kagawa dobił strzał Cleverleya zza pola karnego. Na kilka minut przed przerwą na dwubramkowe prowadzenie United wyprowadził Rafael da Silva, główką pokonując bramkarza Fulham.
Na cichego bohatera spotkania wyrastał w międzyczasie David de Gea, raz po raz efektownie broniąc strzały Duffa i Petrica. Zasłużyłby sobie na piwo od kolegów, gdyby nie sytuacja z 64 minuty. Jeden z piłkarzy Fulham posłał piłkę w pole karne i ta znalazła się w obrębie trójkąta De Gea-Vidić-Petrić. Hiszpan próbował ją wybić, jednak zaskoczył wszystkich, a szczególnie swojego kolegę z obrony, nie doskakując do niej w odpowiednim tempie i ta odbijając się od Serba wpadła do bramki Manchesteru.
Piłkarze z Craven Cottage zwietrzyli szansę na uzyskanie dobrego wyniku, próbując coś ugrać w tym spotkaniu. Wspaniały mecz rozegrał Moussa Dembele. Belgijski pomocnik był tego dnia istnym królem środka pola – udanie odbierał piłkę, dryblował, podawał. Każdy trener chciałby mieć takiego zawodnika w drużynie. Oprócz Dembele wyróżnił się również Bryan Ruiz, który wielokrotnie próbował pokonać De Geę i był tego bliski, jednak jego strzał został wybity z linii bramkowej przez hiszpańskiego golkipera.
Kibice United zapamiętają z pewnością nazwisko Hugo Rodallegi. Kolumbijski zawodnik oddając strzał na bramkę, drasnął nogę Wayne'a Rooneya. To draśnięcie okazało się jednak sporą raną na udzie Anglika, co może dla niego oznaczać długą przerwę w grze. Badania w szpitalu wykazały, że korki Rodallegi weszły dość głęboko w mięsień Rooneya. Czy to był nieszczęśliwy wypadek, czy jednak napastnik Fulham miał lekko podrasowane buty – to wykaże pewnie śledztwo. W każdym razie sir Alex Ferguson będzie musiał obejść się bez swojego asa.

- „Jestem bardzo zadowolony, ponieważ wiedzieliśmy, jak trudne może być to spotkanie i pierwsze pół godziny to pokazało. Kiedy przyjeżdżasz do Southampton, które jest na fali wznoszącej, trzeba przetrwać początek spotkania” - tak po meczu swojej drużyny mówił Roberto Martinez, trener Wigan.
W istocie, pierwszy gwizdek był sygnałem dla Świętych, by atakować. Bramkarz The Latics al-Habsi dwoił się i troił broniąc strzały Lallany, Rodrigueza i Foxa. Szczęśliwe dla Wigan, pierwsza część spotkania zakończyła się bezbramkowym remisem.
Choć na samym początku drugiej połowy al-Habsi znowu musiał pokazać pełnię swoich umiejętności zatrzymując uderzenie Lamberta, to chwilę później jego vis a vis musiał wyciągać piłkę z bramki po ładnym strzale w okienko Franco Di Santo. Southampton nie zamierzał zaprzestać ataków, jednak były one dość nerwowe. Strzały z dystansu bronił niezawodny al-Habsi, który wyciągał się jak struna utrzymując prowadzenie swojej drużyny. Pomagała mu w tym również poprzeczka, zatrzymawszy główkę Josa Hooivelda.
Niewykorzystane sytuacje się mszczą, co dobitnie pokazała akcja na chwilę przed końcem spotkania. Arouna Kone popędził na bramkę Davisa odbierając wcześniej na granicy faulu piłkę Fonte. Będąc sam na sam z bramkarzem Świętych, mocnym strzałem ustalił wynik spotkania na 2:0.

Najwięksi przegrani poprzedniej kolejki – obie drużyny przegrały swoje spotkania 5:0 – spotkali się w sobotę na Carrow Road, gdzie Norwich City podejmował QPR. Gospodarze lepiej weszli w to spotkanie i już niemal po kwadransie prowadzili po bramce Simeona Jacksona, który zakończył ładną akcję swojej drużyny strzałem z najbliższej odległości. W drużynie Chrisa Hughtona świetnie prezentował się szkocki skrzydłowy Robert Snondgrass, zapisujący na swoim koncie asystę.
Piłkarze z zachodniego Londynu kompletnie nie potrafili odnaleźć się na boisku, zawodzili szczególnie obrońcy. Nic dziwnego więc, że Mark Hughes ciągle szuka wzmocnień w tej formacji, sondując możliwość transferu Ricardo Carvalho i Michaela Dawsona. Norwich powinni wykorzystać błędy rywala i podwyższyć swoje prowadzenie, jednak swoje trzy grosze do meczu postanowił dorzucić sędzia Mark Clattenburg. Najpierw zauważył problematycznego karnego przy interwencji Bassonga na Djibrilu Cisse, później zaś nie dostrzegł Bobbyego Zamory będącego w szesnastce rywala tuż przed wykonaniem go przez poszkodowanego. Efekt? Zamora trafia do siatki będąc pierwszy przy piłce odbitej przez Ruddyego. Hughtonowi w wyrażeniu swojego zdania na temat decyzji sędziego przeszkadzała tylko wizja kary nałożonej przez FA.
Norwich nie pomagało też szczęście. Kilkanaście minut przed zakończeniem spotkania strzał Snodgrassa z główki minął bramkę QPR, chwilę później podobne uderzenie Russella Martina trafiło w poprzeczkę. Hughton może być zadowolony z gry drużyny, jednak nie da się ukryć, że jego zespół powinien wygrać w tym spotkaniu. Warto popracować nad wykończeniem akcji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz