Piłkarze w Premier League po świetnym
początku sezonu w drugiej kolejce potwierdzili, że kibiców czeka
wspaniały sezon. Zaczynamy od Liberty Stadium, gdzie miejscowa
Swansea podejmowała u siebie beniaminka z wschodniego Londynu –
West Ham United.
Łabędzie wygrały 3:0 i pokazali, że
zwycięstwo 5:0 z QPR na inaugurację sezonu bynajmniej nie było
jednorazowym wyskokiem. Zero straconych bramek, osiem po stronie
zdobytych, piękny, otwarty futbol – pod wodzą Michaela Laudrupa
Swansea gra tak, że ręce same składają się do oklasków.
Piłkarzy z Walii docenił nawet Cesc Fabregas, chwaląc ich na swoim
twitterze.
Znowu świetnie zaprezentował się
hiszpański pomocnik Michu, który po dwóch bramkach zdobytych na
Loftus Road, znowu trafił do siatki, wykorzystując błąd Collinsa.
Po bramce dołożyli Angel Rangel, choć w tym przypadku dużo dał
od siebie Jussi Jaskelainen oraz Danny Graham, który wykończył
fenomenalną wymianę kilkunastu podań. Laudrup udanie kontynuuje
dzieło Brendana Rodgersa i z optymizmem może podchodzić do
następnych spotkań.
Sexy football zaprezentowała też
Chelsea. Pisałem, że The Blues mogą mieć problemy z Newcastle.
Większych kłopotów nie stwierdzono, a zespół Di Matteo coraz
bardziej zbliża się do stylu gry, którego niczym świętego Graala
szukał właściciel klubu Roman Abramowicz. Po zdobyciu Ligi
Mistrzów Hiszpan Juan Mata, pomimo wielkiej radości z niewątpliwego
sukcesu żałował, że nie dane mu było uczestniczyć w akcjach
zespołu tak, jakby chciał. Brakowało mu gry po ziemi, ofensywnej
piłki. Teraz, wraz z przyjściem Edena Hazarda ma okazję do tego,
by grać tak, jak lubi najbardziej.
Nie trzeba było długo czekać by
Belg z Hiszpanem zaczęli się szukać na boisku, ośmieszając przy
tym obronę rywala. Swoboda, z jaką poruszają się po boisku
zasługuje na najwyższe uznanie. Duet pomocników ze Stamford Bridge
zaprasza do tańca innych zawodników. Najbardziej ochoczo do
wspólnych pląsów dołączył zdobywca Złotego Buta Euro 2012 –
Fernando Torres. W meczu z Newcastle wpierw wywalczył karnego, a
następnie przepięknym strzałem w okienko bramki Krula wykorzystał
asystę Edena Hazarda. Chwilę przed golem Torresa piłka wędrowała
jak po sznurku pomiędzy zawodnikami The Blues. Szybka wymiana
futbolówki zdezorganizowała obronę Srok, a uderzenie Hiszpana
posłało ich na kolana.
Do drużyny tuż przed meczem dołączył
kolejny Hiszpan - Cezar Azpilicueta, poprzednio prawy obrońca
Olympique Marsylia – oraz były skrzydłowy Wigan Victor Moses. -
„Mamy skład, który może zmieniać swoje nastawienie. Pokazaliśmy
w poprzednim sezonie, że potrafimy się bronić i wyprowadzać
kontry, a teraz gramy też ofensywną piłkę” - powiedział po
meczu Fernando Torres.
Po zawstydzającej porażce z West
Bromwich Albion kibice Liverpoolu truchleli na myśl o kolejnym
spotkaniu, tym razem z Mistrzem Anglii – Manchesterem City. Brendan
Rodgers wystawił drużynę, w której nie było ani jednego
zawodnika kupionego za duże pieniądze przez Kenny'ego Dalglisha. W
wyjściowym składzie znalazło się natomiast miejsce dla
siedemnastoletniego Raheema Sterlinga. Energiczny skrzydłowy zagrał
bardzo dobre spotkanie, kryjąc Jamesa Milnera przez cały mecz, by
później nacierać na Kolo Toure, uprzykrzając mu życie przez cały
mecz. Jednak zawodnikiem meczu, przynajmniej według stacji Sky
Sports, został walijski pomocnik Joe Allen. Niemal stuprocentowa
skuteczność podań, najwięcej przechwytów w drużynie – jego
gra na pozycji defensywnego pomocnika (tam musiał grać po szybkiej
kontuzji Lucasa) mogła się podobać. Gdy do składu dołączy Nuri
Sahin, może on stworzyć udany duet z Walijczykiem.
Gra Liverpoolu mogła się podobać,
często udawało im się przedostawać pod bramkę rywala i nawet
biorąc pod uwagę klasę Manchesteru City – mogą odczuwać
niedosyt. Obydwie bramki stracili po ewidentnych błędach własnej
obrony, które wykorzystali Yaya Toure i Carlos Tevez. Przy setnej w
Anglii bramce Argentyńczyka asystował Martin Skrtel, który zbyt
lekko podawał do Pepe Reiny. Słowak zafundował sobie prawdziwą
drogę z nieba do piekła, bo to on otworzył wynik spotkania
wykorzystując dośrodkowanie Gerrarda z rzutu rożnego.
The Reds prowadzili również po
fenomenalnej bramce Luisa Suareza z rzutu wolnego. Urugwajczyk
zmieścił piłkę w jedynym miejscu, które oznaczało zdobycie
bramki – obok muru i tuż przy słupku bramki Joe Harta. Niestety
dla kibiców zgromadzonych na Anfield Road, ich ukochanej drużynie
nie udało się utrzymać prowadzenia i musieli podzielić się
punktami z Mistrzem. Joe Allen określił ten mecz jako „bitter
sweet” i to chyba najlepiej oddaje to spotkanie.
Chwilę przed meczem Liverpoolu
skończyło się spotkanie na Britannia Stadium pomiędzy Stoke City
a Arsenalem. Podróż do – jak to nazywają fani londyńskiego
klubu - „Mordoru” zawsze była dla Kanonierów trudną przeprawą.
Nie inaczej było i tym razem i po dość nudnym spotkaniu
podopieczni Arsene'a Wengera wywożą tylko jeden punkt. Francuski
menedżer co prawda określił to jako niezły rezultat, ale - choć
było lepiej niż tydzień temu w meczu z Sunderlandem – gra nie do
końca Arsenalowi się układa. Każdy z zawodników ofensywnych ma
spory potencjał, ale na tę chwilę nie potrafią grać razem ze
sobą. Cazorla pozostawia dobre wrażenie, szuka gry, jednak brakuje
mu zgrania i zrozumienia poruszania się kolegów po boisku.
Za często piłkarze Arsenalu próbują
indywidualnych akcji, jak na przykład Olivier Giroud, który oddał
strzał z dystansu miast podawać do wychodzącego na czystą pozycję
Aarona Ramseya. Abou Diaby zaś wolał kiwać się w polu karnym
zamiast po prostu strzelić na bramkę. To musi być poprawione i
raczej nie ulega wątpliwości, że w końcu gra Arsenalu zacznie się
zazębiać.
Następny mecz Kanonierzy rozgrywają
na Anfield, gdzie obrona rywala nie będzie kurczowo trzymać się
swojego pola karnego, więc na pewno będzie więcej przestrzeni dla
ofensywnych zawodników z północnego Londynu.
W sobotnie popołudnie na White Hart
Lane zmierzył się derbowy rywal Arsenalu – Tottenham z West
Bromwich Albion. W pierwszej połowie Koguty zdecydowanie zdominowały
rywala. Pressing, szybka wymiana piłki doprowadziła do kilku
sytuacji, zmarnowanych w spektakularnym stylu. Dość powiedzieć, że
pierwszy raz Bena Fostera piłkarze Spurs sprawdzili na chwilę przed
końcem pierwszej połowy, gdy lekki strzał zza pola karnego oddał
Jermaine Defoe. Co prawda świetnie grał Bale, aktywny był również
van der Vaart, ale wszystko rozbijało się o wykończenie akcji.
W drugiej połowie zaś, gdy Andre
Villas-Boas zdecydował się na wycofanie jednego środkowego
pomocnika na rzecz Emanuela Adebayora, mecz wyrównał się i
otworzył. Steve Clarke odpowiedział wprowadzeniem Romelu Lukaku,
który mocno pomieszał szyki obrońcom Tottenhamu. Silny belgijski
napastnik nękał Gallasa i Vertonghena, tworząc zalążki sytuacji
podbramkowych. Bez przewagi w środku pola, z trudnościami w
obronie, Koguty oddały inicjatywę.
Paradoksalnie, to oni strzelili
pierwszego gola. Sigurdsson wykonywał rzut rożny, jego
dośrodkowanie wybił obrońca WBA, a piłka spadła wprost to Benoit
Assou-Ekotto. Ten zbyt długo się nie zastanawiając, mocno uderzył
na bramkę rywala. Po drodze futbolówka odbiła się od jednego z
obrońców i - kompletnie zaskakując bramkarza - zatrzepotała w
siatce.
W tym momencie aż prosiło się o
utrzymywanie się przy piłce, jednak czuć było dużą nerwowość
w szeregach Tottenhamu. West Brom ciągle próbował atakować,
spychając rywala coraz bliżej iego bramki. Prowadzenie wisiało na
włosku, tylko wybicia z linii bramkowej i wślizgi ostatniej szansy
ratowały piłkarzy Spurs przed wyrównującą bramką. Co się
jednak odwlecze, to nie uciecze. Nieudane wybicie piłki z własnego
pola karnego zostało przejęte przez piłkarzy WBA. Piłka trafiła
do Morrisona, który spokojnym strzałem posłał piłkę tuż przy
słupku bramki Friedela. Piłkarze gości zaczęli padać sobie w
ramiona, jakby zdobyli mistrzostwo świata. Widać, jak bardzo
zależało im na tym remisie.
Z wyniku nie może być zadowolony
trener Tottenhamu Andre Villas-Boas, choć momentami gra jego drużyny
ocierała się o poszukiwany przez niego ideał. Są jednak pewne
braki w kadrze, które ten mecz doskonale uwydatnił. Wykończenie
akcji zakrawa o kpinę, a do tego brakuje porządnego rozegrania,
zarówno w kontekście kreowania gry, jak i zwykłego utrzymywania
się przy piłce. Na pewno łatwiej będzie grało się drużynie,
gdy do niej trafi dobry środkowy pomocnik i do tego bramkostrzelny
napastnik.
Kolejny londyński klub – Fulham –
wybrał się w delegację na Old Trafford. Delegację, która zaczęła
się w najlepszy możliwy sposób. Damien Duff tym razem znalazł się
po drugiej stronie zagrania z rzutu wolnego i strzałem po ziemi
rozwiązał worek z golami.
Po kilkunastu minutach był już
remis, kiedy to dośrodkowanie Patrice'a Evry fantastycznym
półwolejem w długi róg bramki Schwarzera na bramkę zamienił
Robin van Persie, jednocześnie strzelając swojego pierwszego gola w
barwach Czerwonych Diabłów. Chwilę później Australijczyk musiał
wyjmować piłkę z siatki po raz drugi, gdy Shinji Kagawa dobił
strzał Cleverleya zza pola karnego. Na kilka minut przed przerwą na
dwubramkowe prowadzenie United wyprowadził Rafael da Silva, główką
pokonując bramkarza Fulham.
Na cichego bohatera spotkania wyrastał
w międzyczasie David de Gea, raz po raz efektownie broniąc strzały
Duffa i Petrica. Zasłużyłby sobie na piwo od kolegów, gdyby nie
sytuacja z 64 minuty. Jeden z piłkarzy Fulham posłał piłkę w
pole karne i ta znalazła się w obrębie trójkąta De
Gea-Vidić-Petrić. Hiszpan próbował ją wybić, jednak zaskoczył
wszystkich, a szczególnie swojego kolegę z obrony, nie doskakując
do niej w odpowiednim tempie i ta odbijając się od Serba wpadła do
bramki Manchesteru.
Piłkarze z Craven Cottage zwietrzyli
szansę na uzyskanie dobrego wyniku, próbując coś ugrać w tym
spotkaniu. Wspaniały mecz rozegrał Moussa Dembele. Belgijski
pomocnik był tego dnia istnym królem środka pola – udanie
odbierał piłkę, dryblował, podawał. Każdy trener chciałby mieć
takiego zawodnika w drużynie. Oprócz Dembele wyróżnił się
również Bryan Ruiz, który wielokrotnie próbował pokonać De Geę
i był tego bliski, jednak jego strzał został wybity z linii
bramkowej przez hiszpańskiego golkipera.
Kibice United zapamiętają z
pewnością nazwisko Hugo Rodallegi. Kolumbijski zawodnik oddając
strzał na bramkę, drasnął nogę Wayne'a Rooneya. To draśnięcie
okazało się jednak sporą raną na udzie Anglika, co może dla
niego oznaczać długą przerwę w grze. Badania w szpitalu wykazały,
że korki Rodallegi weszły dość głęboko w mięsień Rooneya. Czy
to był nieszczęśliwy wypadek, czy jednak napastnik Fulham miał
lekko podrasowane buty – to wykaże pewnie śledztwo. W każdym
razie sir Alex Ferguson będzie musiał obejść się bez swojego
asa.
- „Jestem bardzo zadowolony,
ponieważ wiedzieliśmy, jak trudne może być to spotkanie i
pierwsze pół godziny to pokazało. Kiedy przyjeżdżasz do
Southampton, które jest na fali wznoszącej, trzeba przetrwać
początek spotkania” - tak po meczu swojej drużyny mówił Roberto
Martinez, trener Wigan.
W istocie, pierwszy gwizdek był
sygnałem dla Świętych, by atakować. Bramkarz The Latics al-Habsi
dwoił się i troił broniąc strzały Lallany, Rodrigueza i Foxa.
Szczęśliwe dla Wigan, pierwsza część spotkania zakończyła się
bezbramkowym remisem.
Choć na samym początku drugiej
połowy al-Habsi znowu musiał pokazać pełnię swoich umiejętności
zatrzymując uderzenie Lamberta, to chwilę później jego vis a vis
musiał wyciągać piłkę z bramki po ładnym strzale w okienko
Franco Di Santo. Southampton nie zamierzał zaprzestać ataków,
jednak były one dość nerwowe. Strzały z dystansu bronił
niezawodny al-Habsi, który wyciągał się jak struna utrzymując
prowadzenie swojej drużyny. Pomagała mu w tym również poprzeczka,
zatrzymawszy główkę Josa Hooivelda.
Niewykorzystane sytuacje się mszczą,
co dobitnie pokazała akcja na chwilę przed końcem spotkania.
Arouna Kone popędził na bramkę Davisa odbierając wcześniej na
granicy faulu piłkę Fonte. Będąc sam na sam z bramkarzem
Świętych, mocnym strzałem ustalił wynik spotkania na 2:0.
Najwięksi przegrani poprzedniej
kolejki – obie drużyny przegrały swoje spotkania 5:0 – spotkali
się w sobotę na Carrow Road, gdzie Norwich City podejmował QPR.
Gospodarze lepiej weszli w to spotkanie i już niemal po kwadransie
prowadzili po bramce Simeona Jacksona, który zakończył ładną
akcję swojej drużyny strzałem z najbliższej odległości. W
drużynie Chrisa Hughtona świetnie prezentował się szkocki
skrzydłowy Robert Snondgrass, zapisujący na swoim koncie asystę.
Piłkarze z zachodniego Londynu
kompletnie nie potrafili odnaleźć się na boisku, zawodzili
szczególnie obrońcy. Nic dziwnego więc, że Mark Hughes ciągle
szuka wzmocnień w tej formacji, sondując możliwość transferu
Ricardo Carvalho i Michaela Dawsona. Norwich powinni wykorzystać
błędy rywala i podwyższyć swoje prowadzenie, jednak swoje trzy
grosze do meczu postanowił dorzucić sędzia Mark Clattenburg.
Najpierw zauważył problematycznego karnego przy interwencji
Bassonga na Djibrilu Cisse, później zaś nie dostrzegł Bobbyego
Zamory będącego w szesnastce rywala tuż przed wykonaniem go przez
poszkodowanego. Efekt? Zamora trafia do siatki będąc pierwszy przy
piłce odbitej przez Ruddyego. Hughtonowi w wyrażeniu swojego zdania
na temat decyzji sędziego przeszkadzała tylko wizja kary nałożonej
przez FA.
Norwich nie pomagało też szczęście.
Kilkanaście minut przed zakończeniem spotkania strzał Snodgrassa z
główki minął bramkę QPR, chwilę później podobne uderzenie
Russella Martina trafiło w poprzeczkę. Hughton może być
zadowolony z gry drużyny, jednak nie da się ukryć, że jego zespół
powinien wygrać w tym spotkaniu. Warto popracować nad wykończeniem
akcji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz