środa, 29 sierpnia 2012

29.08.2012


 Poza Premier League piłkarze również nie próżnują i rozkręcają sezony w swoich ligach. Serie A rozpoczęła swoje rozgrywki, najciekawszym zaś wydarzeniem był powrót Zdenka Zemana na stanowisko pierwszego trenera AS Romy. Czech znany jest z bardzo ofensywnej filozofii futbolu, dla niego liczy się tylko gra do przodu. Jego piłkarze nie przejmowali się zbytnio obroną i tylko dobrej postawie Stekelenburga zawdzięczają, że na przerwę w meczu z Catanią schodzili jedynie z jednobramkową stratą. A bramkę stracili za sprawą Marchesiego, który dobił uderzenie kolegi z rzutu wolnego.
W drugiej połowie Roma grała z większym animuszem, akcje zaczęły się zazębiać i bramkę czuć było w powietrzu. Niecały kwadrans po przerwie z piłką przed polem karnym Catanii znalazł się Daniele De Rossi i miękko wrzucił futbolówkę za plecy obrońców. Tam miejsce znalazł sobie Pablo Osvaldo i przepięknym uderzeniem przewrotką uderzył w długi róg bramki Andujara. Giallorossi złapali wiatr w żagle. Udało im się zdobyć jeszcze jednego gola. Nico Lopez przyjął długie zagranie w polu karnym, natychmiast przerzucił nad obrońcą i zewnętrzną częścią stopy z woleja zmieścił piłkę pomiędzy Andujarem a słupkiem. Na Twitterze natychmiast porównywano tę bramkę do gola Paula Gascoigne'a strzelonego na Mistrzostwach Europy w 1996 roku.
Problem Romy polegał na tym, że dzięki opieszałości obrony była to tylko bramka wyrównująca. Chwilę po fali ataków Rzymian, Catania wyprowadziła kontrę i niepilnowany Gomez uderzył obok wychodzącego Stekelenburga. Po bramce Lopeza Sycylijczycy zdołali wyprowadzić jeszcze jedną bramkę, tym razem jednak poprzeczka wybawiła podopiecznych Zemana od porażki na inaugurację.
Po meczu trener Romy narzekał na grę swojego zespołu, krytykując zwalnianie gry i „bezsensowne podania do boku”. Nikt się nie spodziewał, że Luis Enrique miał taki wpływ na futbol prezentowany przez Giallorossich. Kibice Romy z jednej strony mogą się cieszyć, że ich zespół zdołał dwukrotnie odwrócić losy spotkania i to we wspaniałym stylu, z drugiej zaś widać było sporo błędów, które lepsi rywale mogą bez problemu wykorzystać. Na pewno jednak mecze Romy przyniosą sporo emocji, a to z kolei dla kibica postronnego jest najważniejsze.
Z kolei piąty zespół poprzedniego sezonu Serie A – Napoli - pojechał w gościnę do innego sycylijskiego klubu – Palermo. Faworytem spotkania byli neapolitańczycy i swoją rolę wypełnili w stu procentach. Zdominowali rywala, wymieniali więcej podań, choć w pierwszej połowie sytuacji strzeleckich było jak na lekarstwo.
Tuż przed przerwą goście stworzyli sobie dwie dobre sytuacje. Najpierw Edinson Cavani trafił w poprzeczkę z metra (sic!), później jednak udało się umieścić piłkę w bramce. Piłkarze Napoli wymienili kilka podań na połowie rywala, Maggio podał do wychodzącego na czystą pozycję Hamsika, a ten strzelił nie do obrony w krótki róg bramki Palermo. - „To są takie gole Hamsika, które wstrząsnęłyby San Paolo” - pisano na twitterze.
W tym momencie Napoli miało duży spokój w grze i mogli skupiać się na kontratakach, a trzeba przyznać, że Palermo ułatwiało im zadanie, będąc w beznadziejnej formie ofensywnej. Po jednej z kontr Maggio podwyższył rezultat na 2:0, wykorzystując podanie Hamsika. Wynik spotkania ustalił Cavani, który w podobnej sytuacji jak wcześniej, tym razem zdołał strzelić bramkę. Napoli zagrało dobry mecz i wraz z Interem znajduje się na szczycie tabeli.

Inter swój mecz przekonująco wygrał, a Milan męczył się z beniaminkiem z Genui – Sampdorią – aż w końcu przegrał. To pierwsza taka sytuacja od 53 lat. Rossoneri kilkukrotnie trafia piłką w słupek lub poprzeczkę, jednak to Sampdoria zdobyła jedynego gola, dzięki główce Andrei Costa.
Atmosfera wokół San Siro nie jest pozytywna, kibice oprócz transparentów „pozdrawiających” Antonio Cassano wywiesili również wiadomość dla zarządu: „31 sierpnia, czekamy cierpliwie”.
Pomimo utraty Thiago Silvy i Ibrahimovica, Milan ciągle ma bardzo dobrych zawodników. Kevin Prince Boateng, Robinho, Riccardo Montolivo czy też Antonio Nocerino i powinniśmy spodziewać się, że drużyna złożona z tych zawodników wygra z szóstą ekipą poprzedniego sezonu Serie B. Coraz głośniej pojawiają się pytania, czy Massimiliano Allegri jest odpowiednim trenerem dla tej grupy piłkarzy. Frank de Boer – trener Ajaxu – mówi, że całość to więcej niż suma składników. Milan w tym to momencie to tylko właśnie suma składników, bez spajającej ich wspólnej wizji futbolu, niezależnie od tego, jaką ona jest. Jeżeli Milan dalej będzie grał tak słabo, posada Allegriego może być poważnie zagrożona.

Źle się dzieje także w państwie baskijskim. Poniedziałkowa porażka z Atletico Madryt jest tylko wierzchołkiem góry lodowej o nazwie „Problemy Athleticu”. Choć w poprzednim sezonie udało się awansować do finału Pucharu Króla i finału Ligi Europejskiej, podopieczni Marcelo Bielsy we wspaniałym stylu rozprawili się z Manchesterem United, czy Schalke, do nowych rozgrywek przystępują w minorowych nastrojach.
A jeszcze kilka miesięcy temu nikt nie przypuszczał, że tak to będzie wyglądać. Wspaniałą wieścią dla kibiców było przedłużenie kontraktu z argentyńskim trenerem. Teraz wystarczyło tylko wzmocnić ławkę rezerwowych i można było myśleć o miejscach gwarantujących start w Lidze Mistrzów. Drużyna grała ładną piłkę, zachwycającą kibiców w całej Europie.
Problem tkwi jednak w tym, że styl gry narzucony przez Bielsę jest bardzo wymagający od piłkarzy zarówno na płaszczyźnie wydolności fizycznej i psychicznej. Iker Muniain zaprzeczył, że Argentyńczyk jest szalony tak, jak ludzie mówią. On jest jeszcze większym szaleńcem. A to ma wpływ na piłkarzy.
Na pięknym obrazku rysy zaczęły się pojawiać na moment przed rozpoczęciem przygotowań do sezonu. Bielsa zwołał konferencję, na której w mocnych słowach skrytykował klub za problemy z remontem ośrodka treningowego, do tego otwarcie przyznał, że stosunki pomiędzy nim a prezydentem klubu są dość napięte. - „Jak to jest, że zarówno moja osoba, jak i klub widzimy rzeczywistość w różny sposób, choć pracujemy, by osiągnąć wspólny cel?” - pytał w swoim oświadczeniu Bielsa. Skonkludował to mówiąc, że taka sytuacja zmienia jego znajomość z szefostwem klubu.
Obie strony chciały zamieść sprawę pod dywan, jednak napięcie pozostało, udzielając się jednocześnie wszystkim zaangażowanym w klub. Oliwy do ognia dodały dwie największe gwiazdy klubu – Javi Martinez i Fernando Llorente – ogłaszając, że chcą odejść z zespołu i walczyć o wyższe cele. Powodem rzekomo nie miał być Bielsa, sam nawet o to zapytał, ale nie da się ukryć, że są różnice pomiędzy oczekiwaniami trenera, a odzewem piłkarzy.
Bilbao traci swoich najlepszych zawodników, a kłopotem w takiej sytuacji staje się polityka klubu, która zakłada kupowanie tylko piłkarzy z baskijskim rodowodem. 60 mln euro, które można zyskać na sprzedaży to sporo pieniędzy, ale problem może być dalekosiężny. Martinez i Llorente przecierają szlak, którym mogą podążyć inni, wybijający się zawodnicy: Iker Muniain. Markel Susaeta, Ander Herrera.
W Athleticu da się wyczuć bezsilność wobec tej sytuacji. Tak właśnie określił grę swojej drużyny Bielsa po meczu z Atletico Madryt. Choć Baskowie mieli większe posiadanie piłki, nie oddali ani jednego strzału celnego, a piłkarze z Madrytu – 14. Cztery z nich trafiły do siatki, a hat-tricka strzelił Kolumbijczyk Falcao. Pierwsze dwie jego bramki to popis wspaniałych umiejętności technicznych. Najpierw urwał się obrońcy na lewej stronie, ściął do środka przy linii końcowej i sprytnym uderzeniem przerzucił piłkę nad Iraizozem. Kilkanaście minut później Falcao otrzymał dośrodkowanie na dalszy słupek, wzbił się w powietrze i z woleja, nogą uniesioną na wysokości półpiętra umieścił piłkę w siatce. W drugiej połowie kolumbijski napastnik dorzucił jeszcze gola z karnego, by zostać zmienionym przez Thiago, który zza pola karnego silnym strzałem w okienko dorzucił czwartą bramkę dla swojego zespołu.
Bilans Athleticu jest nieciekawy. Ostatnie miejsce, dziewięć straconych bramek. Z drużyny, która odważnie i z sukcesami grała na Old Trafford czy Veltins Arena, zostały tylko popioły.
Przy kryzysie w Bilbao, trudne chwile w Realu mogłyby być klaunem, ale i tak pięć punktów straty do prowadzącej Barcelony to jak na późny sierpień dość sporo. Tylko punkt na sześć możliwych, apatyczna, bezpłciowa gra – kibice Królewskich nie mogą być zadowoleni. Po remisie na własnym stadionie z Valencią przyszła porażka z Getafe na wyjeździe.
Blancos co prawda prowadzili, jednak znowu nie potrafili utrzymać się przy piłce, dobrze rozegrać i w konsekwencji musieli przełknąć gorycz porażki. - „Moja drużyna zagrała beznadziejnie, nie zasłużyliśmy na zwycięstwo” - mówił po meczu trener Realu Jose Mourihno. Na prowadzenie wyprowadził ich Gonzalo Higuain, który wykorzystał podanie Di Marii i na raty pokonał bramkarza Getafe Miguela Moyę. Mógł to być gol na 2:0, jednak kilkanaście minut wcześniej Mesut Ozil zamiast do bramki, z pięciu metrów uderzył w słupek bramki Getafe.
Kilka minut po przerwie, Barrada dośrodkował piłkę z rzutu wolnego, a ta trafiła wprost na głowę Valery, który skierował ją do bramki Casillasa. Na kwadrans przed zakończeniem spotkania Getafe objęło prowadzenie, za sprawą Barrady i jego mocnego uderzenia obok wychodzącego kapitana reprezentacji Hiszpanii.
Real nie potrafił odpowiedzieć na bramki rywala i po nerwowej końcówce przegrał z niżej notowanym rywalem. W tym sezonie Królewscy nie wygrali ani jednego oficjalnego spotkania. To nie tak miało być.

To nie tak miało być również na Reyno de Navarra, gdzie Osasuna zagrała z Barceloną. Katalończycy mieli przyjechać po swoje i spokojnie wywieźć trzy punkty. Piłkarze z Camp Nou przegrywali jednak już po kwadransie, kiedy to Joseba Llorente posłał piłkę do bramki Victora Valdesa.
Barcelonie gra się nie kleiła, ich akcje były rwane, choć trzeba przyznać, że dwukrotnie przeszkodził im asystent sędziego, dostrzegając spalone tam, gdzie ich nie było. Do klubu Ozila i Cavaniego dołączył zaś Andres Iniesta, który nie wykorzystał dogodnej sytuacji i trafił w poprzeczkę, uderzając z bliskiej odległości.
Osasuna mogła podwyższyć prowadzenie dwadzieścia minut przed końcem spotkania. Nierozsądne zachowanie Busquetsa na 30 metrów przed własną bramką wykorzystał Nino i odbierając piłkę defensywnemu pomocnikowi Blaugrany popędził z piłką ku Victorowi Valdesowi. To powinna być bramka, jednak piłka obiła słupek z zewnętrznej strony.
Po raz kolejny sprawdziło się wtedy stare, piłkarskie przysłowie, że „niewykorzystane sytuacje się mszczą”. I tak, chwilę po sytuacji Nino, Barcelona wyrównała rezultat spotkania. Messi wykorzystał podanie Alexisa Sancheza i wepchnął piłkę do bramki, zaś pięć minut później Argentyńczyk zapisał na koncie Jordiego Alby asystę i z szesnastu metrów strzałem po ziemi zapobiegł utracie punktów przez Barcelonę.
Nie był to jednak fenomenalny mecz drużyny Tito Vilanovy, który przez swoje zachowanie został odesłany na trybuny. Dwie największe ekipy hiszpańskiej piłki nie zachwyciły, ale tylko Barcelona pokazała, jak wygrać, gdy nie do końca wszystko wychodzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz