Poza Premier League piłkarze również
nie próżnują i rozkręcają sezony w swoich ligach. Serie A
rozpoczęła swoje rozgrywki, najciekawszym zaś wydarzeniem był
powrót Zdenka Zemana na stanowisko pierwszego trenera AS Romy. Czech
znany jest z bardzo ofensywnej filozofii futbolu, dla niego liczy się
tylko gra do przodu. Jego piłkarze nie przejmowali się zbytnio
obroną i tylko dobrej postawie Stekelenburga zawdzięczają, że na
przerwę w meczu z Catanią schodzili jedynie z jednobramkową
stratą. A bramkę stracili za sprawą Marchesiego, który dobił
uderzenie kolegi z rzutu wolnego.
W drugiej połowie Roma grała z
większym animuszem, akcje zaczęły się zazębiać i bramkę czuć
było w powietrzu. Niecały kwadrans po przerwie z piłką przed
polem karnym Catanii znalazł się Daniele De Rossi i miękko wrzucił
futbolówkę za plecy obrońców. Tam miejsce znalazł sobie Pablo
Osvaldo i przepięknym uderzeniem przewrotką uderzył w długi róg
bramki Andujara. Giallorossi złapali wiatr w żagle. Udało im się
zdobyć jeszcze jednego gola. Nico Lopez przyjął długie zagranie w
polu karnym, natychmiast przerzucił nad obrońcą i zewnętrzną
częścią stopy z woleja zmieścił piłkę pomiędzy Andujarem a
słupkiem. Na Twitterze natychmiast porównywano tę bramkę do gola
Paula Gascoigne'a strzelonego na Mistrzostwach Europy w 1996 roku.
Problem Romy polegał na tym, że
dzięki opieszałości obrony była to tylko bramka wyrównująca.
Chwilę po fali ataków Rzymian, Catania wyprowadziła kontrę i
niepilnowany Gomez uderzył obok wychodzącego Stekelenburga. Po
bramce Lopeza Sycylijczycy zdołali wyprowadzić jeszcze jedną
bramkę, tym razem jednak poprzeczka wybawiła podopiecznych Zemana
od porażki na inaugurację.
Po meczu trener Romy narzekał na grę
swojego zespołu, krytykując zwalnianie gry i „bezsensowne podania
do boku”. Nikt się nie spodziewał, że Luis Enrique miał taki
wpływ na futbol prezentowany przez Giallorossich. Kibice Romy z
jednej strony mogą się cieszyć, że ich zespół zdołał
dwukrotnie odwrócić losy spotkania i to we wspaniałym stylu, z
drugiej zaś widać było sporo błędów, które lepsi rywale mogą
bez problemu wykorzystać. Na pewno jednak mecze Romy przyniosą
sporo emocji, a to z kolei dla kibica postronnego jest najważniejsze.
Z kolei piąty zespół poprzedniego
sezonu Serie A – Napoli - pojechał w gościnę do innego
sycylijskiego klubu – Palermo. Faworytem spotkania byli
neapolitańczycy i swoją rolę wypełnili w stu procentach.
Zdominowali rywala, wymieniali więcej podań, choć w pierwszej
połowie sytuacji strzeleckich było jak na lekarstwo.
Tuż przed przerwą goście stworzyli
sobie dwie dobre sytuacje. Najpierw Edinson Cavani trafił w
poprzeczkę z metra (sic!), później jednak udało się umieścić
piłkę w bramce. Piłkarze Napoli wymienili kilka podań na połowie
rywala, Maggio podał do wychodzącego na czystą pozycję Hamsika, a
ten strzelił nie do obrony w krótki róg bramki Palermo. - „To są
takie gole Hamsika, które wstrząsnęłyby San Paolo” - pisano na
twitterze.
W tym momencie Napoli miało duży
spokój w grze i mogli skupiać się na kontratakach, a trzeba
przyznać, że Palermo ułatwiało im zadanie, będąc w
beznadziejnej formie ofensywnej. Po jednej z kontr Maggio podwyższył
rezultat na 2:0, wykorzystując podanie Hamsika. Wynik spotkania
ustalił Cavani, który w podobnej sytuacji jak wcześniej, tym razem
zdołał strzelić bramkę. Napoli zagrało dobry mecz i wraz z
Interem znajduje się na szczycie tabeli.
Inter swój mecz przekonująco wygrał,
a Milan męczył się z beniaminkiem z Genui – Sampdorią – aż w
końcu przegrał. To pierwsza taka sytuacja od 53 lat. Rossoneri
kilkukrotnie trafia piłką w słupek lub poprzeczkę, jednak to
Sampdoria zdobyła jedynego gola, dzięki główce Andrei Costa.
Atmosfera wokół San Siro nie jest
pozytywna, kibice oprócz transparentów „pozdrawiających”
Antonio Cassano wywiesili również wiadomość dla zarządu: „31
sierpnia, czekamy cierpliwie”.
Pomimo utraty Thiago Silvy i
Ibrahimovica, Milan ciągle ma bardzo dobrych zawodników. Kevin
Prince Boateng, Robinho, Riccardo Montolivo czy też Antonio Nocerino
i powinniśmy spodziewać się, że drużyna złożona z tych
zawodników wygra z szóstą ekipą poprzedniego sezonu Serie B.
Coraz głośniej pojawiają się pytania, czy Massimiliano Allegri
jest odpowiednim trenerem dla tej grupy piłkarzy. Frank de Boer –
trener Ajaxu – mówi, że całość to więcej niż suma
składników. Milan w tym to momencie to tylko właśnie suma
składników, bez spajającej ich wspólnej wizji futbolu,
niezależnie od tego, jaką ona jest. Jeżeli Milan dalej będzie
grał tak słabo, posada Allegriego może być poważnie zagrożona.
Źle się dzieje także w państwie
baskijskim. Poniedziałkowa porażka z Atletico Madryt jest tylko
wierzchołkiem góry lodowej o nazwie „Problemy Athleticu”. Choć
w poprzednim sezonie udało się awansować do finału Pucharu Króla
i finału Ligi Europejskiej, podopieczni Marcelo Bielsy we wspaniałym
stylu rozprawili się z Manchesterem United, czy Schalke, do nowych
rozgrywek przystępują w minorowych nastrojach.
A jeszcze kilka miesięcy temu nikt
nie przypuszczał, że tak to będzie wyglądać. Wspaniałą wieścią
dla kibiców było przedłużenie kontraktu z argentyńskim trenerem.
Teraz wystarczyło tylko wzmocnić ławkę rezerwowych i można było
myśleć o miejscach gwarantujących start w Lidze Mistrzów. Drużyna
grała ładną piłkę, zachwycającą kibiców w całej Europie.
Problem tkwi jednak w tym, że styl
gry narzucony przez Bielsę jest bardzo wymagający od piłkarzy
zarówno na płaszczyźnie wydolności fizycznej i psychicznej. Iker
Muniain zaprzeczył, że Argentyńczyk jest szalony tak, jak ludzie
mówią. On jest jeszcze większym szaleńcem. A to ma wpływ na
piłkarzy.
Na pięknym obrazku rysy zaczęły się
pojawiać na moment przed rozpoczęciem przygotowań do sezonu.
Bielsa zwołał konferencję, na której w mocnych słowach
skrytykował klub za problemy z remontem ośrodka treningowego, do
tego otwarcie przyznał, że stosunki pomiędzy nim a prezydentem
klubu są dość napięte. - „Jak to jest, że zarówno moja osoba,
jak i klub widzimy rzeczywistość w różny sposób, choć
pracujemy, by osiągnąć wspólny cel?” - pytał w swoim
oświadczeniu Bielsa. Skonkludował to mówiąc, że taka sytuacja
zmienia jego znajomość z szefostwem klubu.
Obie strony chciały zamieść sprawę
pod dywan, jednak napięcie pozostało, udzielając się jednocześnie
wszystkim zaangażowanym w klub. Oliwy do ognia dodały dwie
największe gwiazdy klubu – Javi Martinez i Fernando Llorente –
ogłaszając, że chcą odejść z zespołu i walczyć o wyższe
cele. Powodem rzekomo nie miał być Bielsa, sam nawet o to zapytał,
ale nie da się ukryć, że są różnice pomiędzy oczekiwaniami
trenera, a odzewem piłkarzy.
Bilbao traci swoich najlepszych
zawodników, a kłopotem w takiej sytuacji staje się polityka klubu,
która zakłada kupowanie tylko piłkarzy z baskijskim rodowodem. 60
mln euro, które można zyskać na sprzedaży to sporo pieniędzy,
ale problem może być dalekosiężny. Martinez i Llorente
przecierają szlak, którym mogą podążyć inni, wybijający się
zawodnicy: Iker Muniain. Markel Susaeta, Ander Herrera.
W Athleticu da się wyczuć bezsilność
wobec tej sytuacji. Tak właśnie określił grę swojej drużyny
Bielsa po meczu z Atletico Madryt. Choć Baskowie mieli większe
posiadanie piłki, nie oddali ani jednego strzału celnego, a
piłkarze z Madrytu – 14. Cztery z nich trafiły do siatki, a
hat-tricka strzelił Kolumbijczyk Falcao. Pierwsze dwie jego bramki
to popis wspaniałych umiejętności technicznych. Najpierw urwał
się obrońcy na lewej stronie, ściął do środka przy linii
końcowej i sprytnym uderzeniem przerzucił piłkę nad Iraizozem.
Kilkanaście minut później Falcao otrzymał dośrodkowanie na
dalszy słupek, wzbił się w powietrze i z woleja, nogą uniesioną
na wysokości półpiętra umieścił piłkę w siatce. W drugiej
połowie kolumbijski napastnik dorzucił jeszcze gola z karnego, by
zostać zmienionym przez Thiago, który zza pola karnego silnym
strzałem w okienko dorzucił czwartą bramkę dla swojego zespołu.
Bilans Athleticu jest nieciekawy.
Ostatnie miejsce, dziewięć straconych bramek. Z drużyny, która
odważnie i z sukcesami grała na Old Trafford czy Veltins Arena,
zostały tylko popioły.
Przy kryzysie w Bilbao, trudne chwile
w Realu mogłyby być klaunem, ale i tak pięć punktów straty do
prowadzącej Barcelony to jak na późny sierpień dość sporo.
Tylko punkt na sześć możliwych, apatyczna, bezpłciowa gra –
kibice Królewskich nie mogą być zadowoleni. Po remisie na własnym
stadionie z Valencią przyszła porażka z Getafe na wyjeździe.
Blancos co prawda prowadzili, jednak
znowu nie potrafili utrzymać się przy piłce, dobrze rozegrać i w
konsekwencji musieli przełknąć gorycz porażki. - „Moja drużyna
zagrała beznadziejnie, nie zasłużyliśmy na zwycięstwo” - mówił
po meczu trener Realu Jose Mourihno. Na prowadzenie wyprowadził ich
Gonzalo Higuain, który wykorzystał podanie Di Marii i na raty
pokonał bramkarza Getafe Miguela Moyę. Mógł to być gol na 2:0,
jednak kilkanaście minut wcześniej Mesut Ozil zamiast do bramki, z
pięciu metrów uderzył w słupek bramki Getafe.
Kilka minut po przerwie, Barrada
dośrodkował piłkę z rzutu wolnego, a ta trafiła wprost na głowę
Valery, który skierował ją do bramki Casillasa. Na kwadrans przed
zakończeniem spotkania Getafe objęło prowadzenie, za sprawą
Barrady i jego mocnego uderzenia obok wychodzącego kapitana
reprezentacji Hiszpanii.
Real nie potrafił odpowiedzieć na
bramki rywala i po nerwowej końcówce przegrał z niżej notowanym
rywalem. W tym sezonie Królewscy nie wygrali ani jednego oficjalnego
spotkania. To nie tak miało być.
To nie tak miało być również na
Reyno de Navarra, gdzie Osasuna zagrała z Barceloną. Katalończycy
mieli przyjechać po swoje i spokojnie wywieźć trzy punkty.
Piłkarze z Camp Nou przegrywali jednak już po kwadransie, kiedy to
Joseba Llorente posłał piłkę do bramki Victora Valdesa.
Barcelonie gra się nie kleiła, ich
akcje były rwane, choć trzeba przyznać, że dwukrotnie
przeszkodził im asystent sędziego, dostrzegając spalone tam, gdzie
ich nie było. Do klubu Ozila i Cavaniego dołączył zaś Andres
Iniesta, który nie wykorzystał dogodnej sytuacji i trafił w
poprzeczkę, uderzając z bliskiej odległości.
Osasuna mogła podwyższyć
prowadzenie dwadzieścia minut przed końcem spotkania. Nierozsądne
zachowanie Busquetsa na 30 metrów przed własną bramką wykorzystał
Nino i odbierając piłkę defensywnemu pomocnikowi Blaugrany
popędził z piłką ku Victorowi Valdesowi. To powinna być bramka,
jednak piłka obiła słupek z zewnętrznej strony.
Po raz kolejny sprawdziło się wtedy
stare, piłkarskie przysłowie, że „niewykorzystane sytuacje się
mszczą”. I tak, chwilę po sytuacji Nino, Barcelona wyrównała
rezultat spotkania. Messi wykorzystał podanie Alexisa Sancheza i
wepchnął piłkę do bramki, zaś pięć minut później
Argentyńczyk zapisał na koncie Jordiego Alby asystę i z szesnastu
metrów strzałem po ziemi zapobiegł utracie punktów przez
Barcelonę.
Nie był to jednak fenomenalny mecz
drużyny Tito Vilanovy, który przez swoje zachowanie został
odesłany na trybuny. Dwie największe ekipy hiszpańskiej piłki nie
zachwyciły, ale tylko Barcelona pokazała, jak wygrać, gdy nie do
końca wszystko wychodzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz