Piłkarze Realu Madryt wznieśli
trofeum za Superpuchar Hiszpanii po pasjonującym meczu zakończonym
ich zwycięstwem 2:1 nad Barceloną i dzięki bramkom na wyjeździe
zwyciężyli w całym dwumeczu. Zwycięstwo w bardzo dobrym stylu i
absolutnie zasłużone. W pierwszej połowie Real nie pozwolił
rywalowi na wiele, wielokrotnie zmuszając obrońców do błędów.
Przed meczem pisałem o tym, że podopieczni Mourinho grają „tępo”,
bez tej bezwzględności w grze. Real tym meczem pokazał wolę walki
i udowodnił wszystkim, że słabsza forma to jedynie sprawa
przejściowa. Była to też
pierwsza od czterech lat wygrana Królewskich nad Blaugraną na
Estadio Santiago Bernabeu. Pokazanie siły przed własną
publicznością to ważna rzecz z punktu widzenia psychologicznego, o
czym mówił Mourinho
przed pierwszym gwizdkiem. Real odbija się od dna i w końcu złapał
formę, w najlepszy możliwy sposób i z najlepszym możliwym
przeciwnikiem.
Real nie zaczął
tak, jak wszyscy się spodziewali. Zaczął jeszcze szybciej, jeszcze
mocniej, jeszcze bardziej nękając rywali agresywnym pressingiem.
Przez obronę Barcelony przeszło istne tornado, dezorganizacja
postępowała, choć bramka padła w wyjątkowo prozaicznych
okolicznościach. Pepe wybijał piłkę spod własnego pola
karnego, Mascherano minął się z nią i z okazji skorzystał
Gonzalo Higuain uderzając między nogami wychodzącego
Valdesa. Argentyńczyk na samym początku meczu miał już
jedną sytuację, ale nie wykorzystał prostopadłego podania Marcelo
posłanego pomiędzy Pique a Mascherano.
Druga
bramka dla Realu padła w bardzo podobnych okolicznościach. Długa
piłka, posłana za obrońców, do której dopadł Cristiano
Ronaldo i sprytnym przerzuceniem piłki piętą nad Pique wyszedł
sam na sam z Valdesem. Później nie opanował dobrze piłki i przed
strzałem musiał ją sobie jeszcze poprawić. Uderzenie skierowane
było co prawda w stronę bramkarza, jednak ten nie potrafił sobie z
nim poradzić i futbolówka odbiwszy się od ręki Valdesa
poszybowała w krótki róg jego bramki. Real prowadził już 2:0 –
miał komfortowy wynik.
Real
miał też przewagę jednego zawodnika po pół godzinie gry. Wysoka
linia obrony Barcelony po raz kolejny popełniła błąd i Ronaldo,
który popędził za kolejną długą piłką został sfaulowany
przez Adriano, ostatniego obrońcy przed bramką Barcelony. Tito
Vilanova zdecydował się pozostawić czterech obrońców,
wprowadzając na miejsce Alexisa Sancheza Montoyę. Cofnął
też całą linię obrony, by zapobiec sytuacjom, które doprowadziły
do utraty bramek. Barcelona złapała wtedy pewną stabilność w
grze, a Mascherano odkuł się za fatalny błąd, w ostatniej chwili
wybijając piłkę spod nóg Higuaina.
Pierwsza
prawdziwa szansa dla Barcelony miała miejsce na dziesięć minut
przed przerwą. Iniesta wstrzelił piłkę wzdłuż bramki, jednak
nikt nie znalazł się na tyle blisko futbolówki, by wepchnąć ją
do bramki, choć w minimalnie minął się z nią Montoya. Od tego
momentu Blaugrana miała zdecydowaną przewagę w posiadaniu piłki,
z każdym celnym podaniem łapiąc pewność siebie. Na chwilę przed
końcem pierwszej połowy Messi wykonywał rzut wolny na 30
metrów przed bramką Casillasa. Piłka po jego strzale minęła
mur i trafiła do siatki tuż przy prawym słupku. Podobnego gola
strzelił w niedzielę Luis Suarez przeciwko Manchesterowi City. W
obu przypadkach – lepiej się nie dało.
Zanim
arbiter zagwizdał, zapraszając piłkarzy na przerwę do szatni,
Real mógł odpowiedzieć na bramkę Barcelony. Ronaldo otrzymał
piłkę w środkowej strefie boiska, podciągnął ją w stronę
bramki i mocno uderzył z dystansu. Strzał minął słupek, jednak
nie z tej strony, co trzeba. Chwilę później Angel Di Maria
w polu karnym ściął do środka, mijając obrońcę i mając przed
sobą kładącego się Valdesa uderzył obok bramki.
W
drugiej połowie tempo gry spadło, Real oddał inicjatywę rywalowi
i grał bardziej pasywnie. Barcelona częściej utrzymywała się
przy piłce, starając się wciągnąć przeciwnika na własną
połowę i wykorzystać przestrzeń za obrońcami. Sztuka ta udała
się między innymi za sprawą Mascherano, który podobnie jak w
pierwszym meczu, posłał dalekie podanie do wychodzącego Pedro.
Skrzydłowy Barcelony wyszedł sam na sam z bramkarzem, ale zwycięsko
z tego pojedynku wyszedł jednak Casillas. W podobnej sytuacji Jordi
Alba co prawda uderzył obok Casillasa, dobrą interwencją popisał
się jednak Sergio Ramos, dobrze asekurujący wychodzącego
golkipera. Real odpowiedział sytuacjami Khediry i Higuaina.
Najpierw to Niemiec spróbował rajdu z piłką, minął kilku rywali
i starał się fałszem uderzyć obok Valdesa, ten jednak był na
posterunku. Argentyńczyk zaś mógł poczuć deja vu, znalazł się
bowiem w podobnej sytuacji, jak kilka razy wcześniej. W
stuprocentowej sytuacji chciał pewnym, spokojnym strzałem umieścić
piłkę w długim rogu bramki Valdesa, ubiegł go jednak Mascherano,
który zmienił tor lotu futbolówki i ta odbiwszy się od słupka
wyszła na rzut rożny. Im było bliżej końca meczu, mecz był
coraz bardziej otwarty i bezpośredni, jednak biorąc pod uwagę
zmęczenie zawodników, nie był toczony w szybkim tempie. W obydwu
zespołach zadebiutowali zawodnicy pozyskani w ostatnim tygodniu:
Alex Song (zastąpił Busquetsa) i Luka Modrić
(w miejsce Ozila). Chorwat dobrze odnalazł się na boisku, nie
notując strat, a nawet mógł pokusić się o zdobycie bramki,
uderzając z piętnastu metrów. Strzał obronił jednak Valdes.
Barcelona mogła wyrównać tuż przed zakończeniem spotkania, gdy
Song zgrał do Messiego, a ten uderzył z szesnastu metrów, jednak
niecelnie. W podobnej sytuacji znalazł się tydzień temu, efekt ten
sam. Tym samym Barcelona dopiero trzeci raz w historii przegrywa w
oficjalnym spotkaniu, gdy bramkę strzela Leo Messi.
Sędzia
zakończył spotkanie, a zawodnicy obydwu zespołów ruszyli, by
sobie nawzajem podziękować za wspaniały mecz. Cieszy widok dużej
klasy zarówno u zwycięzców (pomijam Cristiano Ronaldo i Messiego,
unikających się jak ognia), jak i u przegranych. W porównaniu z
obrazkami z wcześniejszych Gran Derbi, kiedy to walka szła na noże,
jest znacznie lepiej – wróciła normalność.
Jakie
ten mecz niesie reperkusje? Real pokazał dobrą formę i patrząc
przez pryzmat psychologii – złapał dużą pewność siebie. Co
więcej, w przekroju całego spotkania to Królewscy byli lepsi, w
pierwszej połowie dominując rywala. Może to był wysysający
energię blitzkrieg, ale gra odbywała się na zasadach Realu. Jak to
określił Graham Hunter, autor książki „Barca” - „były
momenty, kiedy można było ogłosić techniczny nokaut”. Wszystkie
te sprawy będą skutkować lepszą grą Realu w lidze. Pokonując w
dobrym stylu Barcelonę, Los Blancos znowu wskoczyli na tory, po
których sunie pociąg mistrzów.
Co zaś
to oznacza dla Barcelony? W zapowiedzi pisałem, że Barcelona nic
nie musi i choć przegrali z odwiecznym rywalem, co zawsze jest
trudne do przełknięcia, w ich grze nie zauważymy zmiany. Są w
dość komfortowej sytuacji w lidze, mając pięć punktów przewagi.
Grali przez dłuższy czas w dziesiątkę, otrząsnęli się po szoku
z początku spotkania, potrafili sobie stworzyć sytuacje. Xavi
powiedział, że czuł, że jego drużyna mogła to spotkanie wygrać.
Vilanova był dumny ze swoich zawodników. - „Grając w dziesiątkę,
do tego na Bernabeu, stworzyliśmy sobie pięć dobrych sytuacji”.
Zawodnicy i trener podchodzą do tej porażki dość spokojnie, co
zdaje się potwierdzać moją tezę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz